fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Konflikt, który opłaci się Polsce

Wojna podjazdowa Lecha Kaczyńskiego z Donaldem Tuskiem potrwa długie trzy lata – do wyborów prezydenckich. Ale oprócz złych stron może też przynieść Polsce korzyści – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”
Szef Platformy Obywatelskiej jeszcze nie zdążył zostać premierem, a już jest jasne, że jego relacje z prezydentem to nie będzie nawet szorstka przyjaźń. To będzie stan permanentnej, czasami bardziej, a czasem mniej otwartej, politycznej wojny. I to nie dlatego, że Lech Kaczyński i Donald Tusk mają szczególnie paskudne charaktery czy dlatego, że się szczególnie osobiście nie lubią.
Wynika to wprost z ich osobistych politycznych planów. One powodują, że już dziś obaj politycy są bezpośrednimi konkurentami. I każdy ich krok, każdy gest, sukces, porażka są krokiem do przodu albo wstecz na drodze do prezydenckiego fotela w 2010 roku. Celem obu panów jest prezydentura następnej kadencji. I nie ma w tym niczego złego. To normalne, że każdy chce wykonywać swoją funkcję jak najlepiej, tak by w przyszłości móc otrzymać nagrodę czy awans. Taka jest polityczna droga. Tyle że oceniając, analizując i przewidując rozwój politycznych wypadków, musimy zdawać sobie sprawę, że de facto rozpoczęła się właśnie bardzo długa kampania prezydencka, w której naprzeciw siebie stanęli Donald Tusk i Lech Kaczyński.
I oni sami, i ich polityczne otoczenie, doradcy i stratedzy, mają tego pełną świadomość. Prezydent od początku chce pokazać, kto jest ważniejszy i że jest w stanie upokorzyć drugą stronę. W warszawskim języku politycznym nazywa się to przeczołgiwaniem. Najpierw przez kilka dni prezydent milczał, sprawiając, że wszyscy zaczęli mówić o tym, dlaczego nie składa gratulacji zwycięzcy wyborów. Lech Kaczyński odczekał trochę, po czym oznajmił, że jego poprzednik też nie gratulował zwycięzcy wyborów parlamentarnych. Po kilku następnych dniach oczekiwania zgodził się przyjąć u siebie przyszłego premiera. Oświadczył, że oczywiście desygnuje go. Ale te kilka dni teatru zapowiedziało już, czego będziemy świadkami przez najbliższe kilkadziesiąt miesięcy. Potem pojawiały się uwagi dotyczące Radka Sikorskiego i Zbigniewa Ćwiąkalskiego. Donald Tusk przyjął zupełnie inną strategię. Podkreśla publicznie, że chce współpracować z prezydentem, deklaruje swoją otwartość i zdaje się kompletnie nie przejmować deprecjonowaniem go przez głowę państwa. Ale jednocześnie mruga okiem i daje znak: „zobaczcie, jaki ten Kaczyński jest okropny. Wszyscy to widzimy, ale ja chcę inaczej”. Zaciętości twarzy prezydenta chce przeciwstawić własny uśmiech i mówienie o potrzebie miłości. Taka postawa zjednać mu może większą sympatię i na końcu okazać się bardziej skuteczna. To nie znaczy jednak, że sam nie będzie prowadzić bezwzględnej gry i tam, gdzie to możliwe, nie upokorzy politycznego konkurenta czy jego przedstawicieli. To, że walka jest bezwzględna po obu stronach, pokazuje choćby sprawa głosowania nad stanowiskiem wicemarszałka Senatu dla Zbigniewa Romaszewskiego. Platforma zachowała się w tym przypadku dokładnie tak, jak wcześniej zarzucała to PiS. PiS kiedyś odrzuciło jej kandydata na marszałka Sejmu, mówiąc, że może być to ktoś z PO, tylko nie Komorowski, którego dwa lata temu na tym stanowisku widziała Platforma. Teraz za tamten bolesny kuksaniec partia Tuska oddała prztyczka w nos, mówiąc: „możecie mieć wicemarszałka Senatu, pod warunkiem że nie będzie to Romaszewski”. Gdyby chodziło o kogoś takiego jak Ryszard Bender, postawa Platformy zostałaby pewnie łatwiej zrozumiana. Ale PiS zgłosiło nie Bendera, ale Romaszewskiego. Zaproponowało człowieka zasłużonego i doświadczonego, ze strony PO można więc tylko mówić o zemście albo zimnej grze. Dzisiaj Platforma nie widzi niczego złego w tym, że na czele marszałkiem izby wyższej jest polityk PO, a jego dwoma zastępcami są inni politycy PO. Prezydent oczywiście nie pozostaje dłużny i rzuca, nie podając szczegółów, coraz to nowe podejrzenia na Radka Sikorskiego, w końcu używając do walki nawet Antoniego Macierewicza, który trzy dni przed powołaniem rządu doniósł na kandydata na szefa MSZ do prokuratury.Nie można więc mieć nadziei, że ta współpraca ułoży się lepiej. Nie ułoży się, bo interesy są sprzeczne. Każda następna sytuacja rodząca potencjalny konflikt będzie wykorzystywana do – jawnego lub ukrytego – dyskredytowania się nawzajem. Do tego musimy się przyzwyczaić. Jeśli prezydent będzie mógł, nie omieszka sypnąć piasku w tryby rządowi. Pierwszą okazją po powołaniu rządu może być budżet. Potem będą zapewne ustawy podatkowe. Próba zmiany ustawy o Centralnym Biurze Antykorupcyjnym. Zapewne gdy pojawią się projekty dotyczące reform w służbie zdrowia, zmian w KRUS, próby zmian ustaw medialnych, Lech Kaczyński będzie albo wetował, albo groził użyciem tego narzędzia.Niełatwa będzie współpraca w dziedzinie polityki zagranicznej i bezpieczeństwa wewnętrznego i zewnętrznego. To naturalna sfera wpływów „dużego pałacu”. Zarówno więc szefowie MSZ, MON, jak i MSWiA mogą się spodziewać uprzykrzania życia przy każdej okazji. Ponieważ Radosława Sikorskiego prezydent darzy szczególną niechęcią, a polityka zagraniczna jest dziedziną, w której Lech Kaczyński czuje się coraz bardziej pewnie, można się spodziewać wielu sporów kompetencyjnych. Nie powinno to jednak mocno odbić się na polskiej polityce zagranicznej, będą to raczej teatralne zagrywki. Bowiem poglądy na zasadnicze kwestie liderów Platformy i prezydenta aż tak bardzo się nie różnią. Różnice mogą dotyczyć taktyki, ale zapewne nie strategii. Choć liderzy Platformy sugerują, że chcą przesunąć ciężar polityki zagranicznej z USA do Europy, trudno sobie wyobrazić, żeby Polska rządzona przez PO stała się państwem antyamerykańskim. Postawa prezydenta zapewne nie ułatwi życia ani Tuskowi, ani Sikorskiemu, ale nie powinno to zasadniczo utrudnić prowadzenia naszej polityki na zewnątrz. To będą raczej spory adresowane do wewnątrz, do polskiej publiczności. Przynajmniej należy mieć nadzieje, że ani jedna, ani druga strona nie będzie próbowała do walki w kraju używać zagranicznych sojuszników, co ostatnio zdarzało się np. profesorowi Geremkowi. Poza okresem rządów PiS oraz KLD za czasów Lecha Wałęsy nie było w Polsce pary prezydent – premier, która współpracowałaby gładko i przyjemnie. Ale obie te sytuacje były wyjątkowe. Rząd KLD był mniejszościowy i trwał jedynie dzięki silnemu wsparciu ówczesnego prezydenta Wałęsy. Podobnie nietypowa, z przyczyn oczywistych, była pokojowa koegzystencja duetu Kaczyński – Kaczyński. Konflikt między prezydentem a premierem jest w Polsce czymś naturalnym, bo wywołanym przez takie a nie inne zapisy konstytucyjne. Ale jeszcze nigdy nie było sytuacji tak oczywistej, w której na trzy lata przed wyborami wiadomo jest, że premier rządu jest kandydatem na prezydenta. I będzie kontrkandydatem obecnej głowy państwa, która będzie się starała o reelekcję. I zapisy konstytucyjne, i zaszłości między obu panami, i ich obecne cele polityczne tworzą niezwykłą mieszankę wybuchową. To nie będzie nowa, polska wersja kohabitacji. To będzie nowa wersja ciągłego politycznego sporu. Sporu, który często będzie szkodliwy, ale może być bardzo ciekawy, a czasem nawet twórczy. Bo ta sytuacja ma też swój plus. Oba obozy władzy będą bardzo uważnie, jak nigdy dotąd, patrzeć sobie na ręce. Oba mają do tego odpowiednie narzędzia i rozbudowane aparaty urzędnicze. Paradoksalnie może to również wpłynąć na podwyższenie standardów sprawowania urzędów w Polsce. Premier mruga okiem i daje znak: „zobaczcie, jaki ten Kaczyński jest okropny. Ja będę inny”. Zaciętej twarzy prezydenta chce przeciwstawić własny uśmiech i mówienie o potrzebie miłości
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA