fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Dziewczyna z fotografii

Rzeczpospolita
Rz: „Ślad łyżwy”, pani ostatnia książka, zbiera dobre recenzje i nagrody, m.in. Warszawskiej Premiery Miesiąca. Kto właściwie jest jej bohaterem?
Anna Piwkowska: Nawet teraz, gdy ta opowieść jest już wydana, ma dla mnie jakąś tajemnicę. Jest to rzecz oparta na wątkach z biografii Georga Trakla, żyjącego na przełomie XIX i XX wieku austriackiego poety, a jednocześnie nie jest to książka o nim. Ma kilku bohaterów. Pierwszym z nich są ekspresjonistyczne wiersze Trakla, które były moją inspiracją do napisania tej historii. Książka opowiada o ważnym wątku z życia poety, o jego kazirodczym związku z młodszą o pięć lat siostrą Margarethe. W Ablu i Anabel – głównych postaciach tej opowieści o miłości niemożliwej, o strachu przed samotnością, lęku przed destrukcją – dostrzegamy podobieństwo do rodzeństwa Traklów.
Obok wierszy Trakla kolejną bohaterką mojej książki jest właśnie dziewczyna – Anabel. I znowu, nie chodziło mi o przedstawienie losów siostry poety. Moją bohaterką jest dorastająca dziewczyna, która upomina się o własną tożsamość, poszukuje jej, uważa, że jedynie poprzez sztukę i miłość może pokonać lęk, nieprzystosowanie do życia. Okazuje się to niemożliwe i ponosi klęskę. Odnoszę wrażenie, że ta kameralna proza swoim dyskretnym, eleganckim językiem wyraża też uczucia bardzo osobiste. Pisząc „Ślad łyżwy”, przeżyłam pewnego rodzaju katharsis – otworzyły się we mnie wspomnienia z dzieciństwa, dorastania. Moje dzieciństwo było szczęśliwe i nie miałam z pozoru żadnych dramatycznych przeżyć. Odwrotnie niż moja bohaterka. A mimo to doświadczałam problemu z tożsamością. Anabel mówi, że zrobi wszystko, by nie powielać losów matki, babki, sióstr. Wiek inicjacyjny, gdy ma się 15, 16 lat, to czas, kiedy człowiek ma poczucie z jednej strony wyjątkowości, niezwykłości, niepowtarzalności swego istnienia, a z drugiej dopada go strach, że jego życie będzie powtórzeniem, odbiciem, kalką losów matki, babki czy rodzeństwa. Repliką zwyczajnego życia, banalną historią. Dopiero znacznie później przychodzi refleksja, że każdy los jest niepowtarzalny i bezcenny. W tym poczuciu młodej osoby, że życie może być cudowne i wyjątkowe, jest pewna pycha, ale i przerażenie, że jeśli się czegoś nie zrobi, nie dokona wyboru, nie przełamie stereotypu, to trzeba się szykować do zwyczajnego życia. Ten lęk mnie nie opuszczał. Przypomniałam sobie siebie samą z czasu, kiedy wszystko się dopiero buduje w człowieku. A potem już tylko narasta. „Ślad łyżwy” jest też więc i o tym, jak życie coraz bardziej wtłacza człowieka w jedną biografię, wpisuje w jeden los. I jest coraz mniej możliwości ucieczki, coraz bardziej są ograniczone o niej marzenia. Jest jeszcze jeden, trzeci, bohater tej książki – miasto Salzburg. Traklem, muszę przyznać, zainteresowałam się właściwie dopiero wówczas, gdy otrzymałam – w 1995 roku – nagrodę jego imienia. Aby go bliżej poznać, postanowiłam pojechać jego śladami, tak jak niegdyś podróżowałam śladami Anny Achmatowej, pisząc o niej książkę. Byłam więc w Wiedniu, w Innsbrucku, kilka razy odwiedziłam Salzburg. W Innsbrucku widziałam grób Trakla. Poeta zmarł w Krakowie i wcześniej był pochowany na Cmentarzu Rakowickim. Jego zwłoki sprowadził do Innsbrucku zaprzyjaźniony z nim wydawca. To wzruszająca historia, bo człowiek ten, który przeżył Trakla o dobre pół wieku, chciał być obok niego pochowany. I teraz sąsiadują ze sobą dwie mogiły: poety i wydawcy. Przełomowym momentem okazała się jednak wizyta w Salzburgu oraz w domu, w którym się urodził i mieszkał z rodziną George Trakl. Zdjęcia rodzinne poety, pokoje z oknami na rzekę, do której się rzucił w próbie samobójczej jako pięcioletnie dziecko, fotografie bardzo do siebie podobnego rodzeństwa, zwłaszcza zdjęcie Margarethe przyciągnęło moją uwagę i odtąd nie mogłam już uwolnić się od myślenia o niej. To ona, „dziewczyna z fotografii” stała się bohaterką mej opowieści. I również Salzburg, niezwykłe alpejskie miasto, „zatrzaśnięte” pomiędzy górami, z cmentarzem wykutym w skale. Piękne i jednocześnie pełne smutku i melancholii. Wizyty w Salzburgu spowodowały, że zaczęłam pisać książkę inną, niż zamierzałam, bardzo osobistą. Czyżby zetknięcie się z materialnym światem, przywołanym sprzed lat w postaci przecież kruchej i niepełnej, było tak istotne dla fikcji literackiej? Bardzo ważne, i to w podwójnym sensie. Po pierwsze, uruchomiło to moją wyobraźnię, a po wtóre, z tych okruchów świata materialnego sprzed lat wysnuwa się przekonanie, że skoro tamten dawny świat ożywa w pewien sposób, to i nasz świat materialny nie ograniczy się tylko do tego, co nas dzisiaj otacza. Potencjałem duchowym, duchowymi zasobami, można bowiem ten świat przekraczać i jednocześnie w pewien sposób go ocalać. Esencja nasyca egzystencję? Można i tak powiedzieć. Jeszcze odważniej sięga pani w przeszłość w swoim najnowszym, czekającym na edycję, tomie poetyckim pt. „Farbiarka”? Nowy zbór wierszy powstawał na Krecie i jest w nim wiele odniesień mitologicznych. Bo przecież wszyscy żyjemy w jakimś micie, albo w kilku jednocześnie. Mit to po prostu sytuacja psychiczna. Pojawiają się w tych wierszach kobiety o imionach znanych z literatury starożytnej: Ifigenia, Fedra, Ismena... A kim jest Farbiarka? To kobieta, która miesza kolory i farby, dosłownie i w przenośni. Farbiarce towarzyszą wszystkie inne postacie – znane z mitologii są w pewien sposób komentatorkami współczesności. I w tym przypadku miało swoje znaczenie, że mogłam mieć kontakt z materialnym światem starożytnym, czy raczej pamiątkami po nim, jakich pełna jest Kreta. A także z jej niezwykłą przyrodą. Jak to się dzieje, że pani poezja, która ujmuje czytelnika swą raczej „niedzisiejszą” formą: rytmem i rymem, jest tak bardzo nowoczesna? Rym sprawia, że poezja ma w sobie wiele z muzyki. Melodyjność wierszy jest według mnie wzmocnieniem ich siły wyrazu. Muzyczna harmonia wierszy działa bezpośrednio na sferę emocjonalną. Ale to język i sposób obrazowania, ta cała materia współczesności, przesądzają o tym, czy wiersz jest nowoczesny czy staroświecki. Lubię wiersze zachowujące melodyjność i rym, choćby asonans, choć czasami bywam określana jako niedzisiejsza. A ja się z tym nie zgadzam. Ja też! Powiedziałabym nawet, że jest to pewien akt odwagi pisać dziś wiersze w ten sposób. Poezja może mieć swoją wielką urodę i być zarazem bardzo nowoczesna. Nieprzekonanych odsyłam do pani książek, zwłaszcza tomiku „PO” i pewnie już niebawem do „Farbiarki”.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA