Świat

Birmańska junta boi się nowych protestów

AFP
Setki policjantów uzbrojonych w karabiny i gaz łzawiący znów pojawiło się na ulicach Rangunu. Ustawili się tam, gdzie dokładnie przed miesiące krwawo stłumili wielkie protesty buddyjskich mnichów. Oficjalnie zginęło wtedy 16 osób, nieoficjalnie – setki lub nawet tysiące.
Przed pagodą Szwedagon, gdzie 26 września policja otworzyła ogień do mnichów, pojawiły się barykady z drutu kolczastego. Podobne barykady ustawiono też przy innych pagodach. Według komentatorów to wyraźny znak, że junta obawia się kolejnych zamieszek.
Wojskowi mogą się ich spodziewać nie tylko dlatego, że od ostatnich demonstracji minął miesiąc. W Birmie właśnie zakończył się okres postu: mnisi mogą znów szczać mury buddyjskich klasztorów. W piątek wielu z nich – pod baczną kontrolą policji – wracało „do domu”. Gdy jeden z fotoreporterów chciał im zrobić zdjęcie, natychmiast został otoczony przez kilkunastu policjantów, którzy skonfiskowali kartę pamięci z aparatu. Po wrześniowych protestach do więzień trafiło około trzech tysięcy osób. W piątek junta wypuściła 70 więźniów, w tym 50 członków opozycyjnego ugrupowania Aung San Suu Kyi.
Zaledwie dzień wcześniej reżim zgodził się na rozmowę z przywódczynią opozycji. Zabrano ją z domu, gdzie Aung San Suu Kyi od 12 lat przebywa w areszcie domowym. Spotkanie z przedstawicielem junty trwało około godziny. Było możliwe dzięki wysłannikowi ONZ Ibrahimowi Gambariemu.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL