Sędziowie i sądy

Andrzej Zoll opowiada o swoim rodzie

Helena z Seelingów i Fryderyk starszy Zollowie, pradziadkowie Andrzeja Zolla, z synami i ich żonami. Od lewej: Adela i Fryderyk, Maryla i Józef, Oktawia i Antoni
archiwum rodzinne
Z profesorem Andrzejem Zollem, o historii jego rodu rozmawia Ewa Usowicz
Rz: Postanowił pan spisać historię rodziny. Czyżby nadmiar wolnego czasu po latach pełnienia funkcji publicznych?

Prof. Andrzej Zoll: Nie narzekam na brak zajęć – nie tylko na uczelni, ale też m.in. w Komisji Kodyfikacyjnej. Znalazłem go jednak i na pisanie, bo podczas zjazdów Zollów rodzinna młodzież coraz częściej pyta o szczegóły z życia przodków.

To do którego wieku się pan dokopał?

Dokładnie do 1520 r., przy pomocy członków rodziny. Pomagał mi bardzo m.in. bratanek Jacek Zoll. Nasza rodzina pochodzi z Wirtembergii.

A w rodzinie sami Fryderykowie. Szczerze powiedziawszy, można się wśród nich pogubić...

Rzeczywiście, Fryderyków ci u nas dostatek – to tradycja, aby tym imieniem nazywać pierworodnych. Były odstępstwa, ale nieliczne, bo jesteśmy przywiązani do naszych zwyczajów.

Na przykład jakich?

W dzień świętych Piotra i Pawła – 29 czerwca – nie pływamy. W tym dniu w połowie XVII w. utopiło się dwóch Zollów – ojciec i syn. Od dziecka pamiętam ten zakaz ojca – był największym utrapieniem dla mojego brata Józka, reprezentanta Polski w waterpolo, i siostry Marysi, mistrzyni Warszawy w pływaniu stylem klasycznym. Zdarzało się, że to święto wypadało w dniach zawodów.
Rodzina Zollów kojarzy się przede wszystkim z prawnikami. Kto pierwszy uprawiał ten zawód? Zachowała się pisana po łacinie jeszcze w XVIII w. rozprawa doktorska Jakuba Henryka Zolla. Z lepiej znanych krewnych pierwszym w naszej rodzinie doktorem prawa został w 1868 r. brat mego prapradziadka Zygmunt. Przetrwała też pisana przez niego po polsku broszura zawierająca, dla potrzeb egzaminu doktorskiego, tezy ze wszystkich dziedzin prawa. W tym taką: „władza męża w małżeństwie nie da się ze stanowiska filozofii prawa usprawiedliwić".
Prapradziadek był dość postępowy. Tak, ale też kobietom w rodzinie wiele zawdzięczamy. To za ich sprawą w domu mówiło się po polsku, a rodzina przeszła z wyznania ewangelicko-augsburskiego na katolicyzm. A Zygmunt ostatecznie nie wybrał kariery naukowej. Został adwokatem. Potęgą prawniczą okazali się rektorzy Uniwersytetu Jagiellońskiego – pana dziadek i pradziadek. Byli do siebie niezwykle podobni pod względem zainteresowań i losów oraz bardzo zżyci. Był czas, kiedy Fryderyk starszy, czyli pradziadek (ur. w 1841 r.), był rektorem, a Fryderyk młodszy, czyli dziadek (ur. w 1865 r.), doktorem na uczelni. I starszy ganił młodszego, że skoro zbyt wielu studentów nie zdaje u niego egzaminu, to znaczy, że... nie umie pytać. Mnie zresztą też zdarza się zwracać uwagę synowi, że za dużo osób oblewa  u niego prawo cywilne. Jaką dziedziną prawa zajmował się pradziadek? Fryderyk starszy nazywany był też Rzymianinem, bo kierował Katedrą Prawa Rzymskiego. Był ogromnie ceniony i lubiany. Gdy obchodził 40-lecie pracy w tej katedrze, koledzy wręczyli mu złoty pierścień z wtopioną monetą z czasów Justyniana. Potem przechodził w naszej rodzinie z ojca na syna. Fryderyk starszy był też bardzo aktywny poza uczelnią... Często bywał w Wiedniu na posiedzeniach Izby Panów, był radnym Krakowa i posłem na Sejm Krajowy. Mam w domu mnóstwo dokumentów z wyrazami wdzięczności za jego działalność. Podobno od dziecka był niepokorny. Był wzorowym uczniem, ale notorycznie łamał szkolny regulamin: na terenie szkoły mówił po polsku. A malowane przez niego karykatury uznano za... politycznie podejrzane. W efekcie jedenastolatek musiał nosić na szyi długi język – tzw. Sprachzeichen, dopóki następny kolega nie został przyłapany na mówieniu po polsku. Swoją drogą była to perfidna nauka donosicielstwa. Fryderyk starszy ożenił się z Polką? Jego żoną była Helena Seeling von Saulenfels, której rodzina wywodzi się z Anglii. Prababka była bardzo religijna – uczestniczyła kiedyś w przygotowaniach do chrztu dorosłego wyznawcy religii mojżeszowej. Nie omieszkała pochwalić się tym zaprzyjaźnionemu z rodziną księdzu Nowińskiemu. A ten, słynący z poczucia humoru, powiedział jej, żeby nie zapominała o sobie, bo kiedy stanie przed świętym Piotrem, ten gotów ją powitać: „To przecież ta Zollowa, która nam tak niebo zażydziła". Rodzina nie obracała się tylko w kręgach prawniczych – pana przodkowie znali podobno Matejkę. Tak, z tym też wiąże się zabawna historia. Kiedyś pradziadek wybrał się z rodziną na wystawę, na której prezentowany był najnowszy obraz Matejki. Mistrz zapytał jego syna, siedmioletniego Antosia, czy obraz mu się podoba. A ten odpowiedział poważnie, że... rama jest prześliczna. Jego starszy brat Józef pozował Matejce, gdy malował anioły w kościele Mariackim. Józef wyłamał się z rodzinnej tradycji – studiował medycynę. Antoni był natomiast doktorem praw, bardzo zresztą lubił się bawić. Jego przyjaciel Kornel Makuszyński pisał o nim później: „Ale że nieszczęście może się zdarzyć w najporządniejszej familii, zdarzyło się przeto i w szlachetnym klanie Zollów". To ulga, że jest jakiś hulaka w tej „najporządniejszej familii"... Oczywiście, chociaż największym utracjuszem był Henryk, brat mojego pradziadka, który słynął z „knajpowania". Nasza rodzina łączyła zamiłowanie do prawa z zamiłowaniem do wina. Moi przodkowie uprawiali zresztą winorośl. Pana dziadek, w przeciwieństwie do „Rzymianina", zajął się nowymi jak na owe czasy dziedzinami prawa. Pracował w Katedrze Prawa Cywilnego – specjalizował się m.in. w prawie autorskim i przepisach o nieuczciwej konkurencji. W tych dziedzinach zyskał wówczas uznanie na skalę europejską. Pracował też w powołanej w 1919 r. Komisji Kodyfikacyjnej. Wtedy rozmawiał z Piłsudskim, który mówił tak: „Niech kodeksy będą mniej dobre, byle były najprędzej jednolite. Potem dopiero starajcie się o ich doskonałość". Jaki był dziadek? Bardzo zdyscyplinowany, ale i roztargniony. Do późnej starości przestrzegał zalecanej przez księdza Kneippa metody na długie życie: nacierał się codziennie zimną wodą. Zachęcał do tego rodzinę – głównie wnuków, którym za takie hartowanie się wypłacał kieszonkowe. A jego roztargnienie? Kiedyś na klatce schodowej mijał go człowiek wynoszący futro babci Adeli. Przekonany, że nieznajomy niesie je do pralni, zdjął też swoje i poprosił o dostarczenie. Tym sposobem dziadkowie pozbyli się futer na rzecz złodzieja. Dziadek był bardzo uzdolniony muzycznie – świetnie grał na fortepianie. Zresztą dzięki muzyce poznał babcię. Gdzie się poznali? Na balu – ich pierwsza rozmowa dotyczyła muzyki Chopina. Babcia Adela Hosch była wiedenką, piękną i świetnie wykształconą kobietą. Pobrali się w Wiedniu, a potem przenieśli do Krakowa, tam rodzice kupili im kamienicę. Gdzie te czasy, gdy rodzice w prezencie ślubnym kupują kamienicę... To fakt! W tym domu przy Studenckiej 25, w samym sercu Krakowa, mieszkały potem kolejne pokolenia rodziny. Ja sam prawie 50 lat, z czego 11 lat z babcią. Babcia zresztą świetnie tym domem zarządzała. Gdy nastały czasy kwaterunku, dzięki jej zapobiegliwości mieszkała z nami tylko bliższa i dalsza rodzina lub osoby polecone. Babcia była wielkim wsparciem dla swego męża – profesora. Robiła też mnóstwo innych rzeczy – np. organizowała bale charytatywne na rzecz biednych rodzin, a nawet, wspierając tym rodzinny budżet, piekła torty na zamówienie. Czy mówiła po polsku? Tak, szybko stał się dla niej językiem ojczystym. Po niemiecku tylko liczyła, prowadząc domowe rachunki. Pamiętam, jak raz w życiu bezwiednie przeszła na niemiecki. W studenckich czasach odśnieżałem z kolegami dach naszej kamienicy i babcia tak się bała, że zaczęła do nas krzyczeć po niemiecku. Czy pana ojciec to też Fryderyk? Tak. Też był prawnikiem? Nie. Ojciec (ur. w 1899 r.) uczęszczał do krakowskiego Gimnazjum im. J. Sobieskiego – z jego maturalnej klasy aż 19 osób zostało profesorami! Ukończył studia rolnicze, równolegle przez dwa lata studiował prawo. Jednak jego powołaniem okazała się nauka o organizacji i zarządzaniu. To właśnie za namową twórcy tej dziedziny prof. Karola Adamieckiego przeniósł się do Warszawy – na ulicę Natolińską 2, obok placu Zbawiciela. Tam rozpoczął się warszawski rozdział historii rodziny. Aż do wybuchu wojny ojciec był przewodniczącym Głównej Komisji Klasyfikacji Gruntów. Po wojnie m.in. wykładał na SGGW. Czy warszawski rozdział historii rodziny oznaczał też udział w powstaniu warszawskim? Tak. W powstaniu walczył ojciec i moi dwaj starsi bracia – Fryderyk, nazywany Rydkiem, i Feliks. Bracia zginęli, a mama, która nie mogła pogodzić się z utratą dwóch synów, zmarła w 1947 r. Miał pan zaledwie pięć lat... Tak, ale ojciec zawołał mnie, abym pożegnał się z umierającą matką. Bardzo jestem mu za to wdzięczny – obraz matki pozostał we mnie na zawsze. Pamięta pan pierwsze lata powojenne? Bardzo dobrze. Najpierw mieszkaliśmy w Milanówku, potem na warszawskim Mokotowie. Ojciec wynajął willę przy ul. Ursynowskiej. Często było mi głupio, że ja mieszkam w „normalnym" domu, podczas gdy wielu moich kolegów z klasy – w ruinach. W naszym ogrodzie leżał pocisk artyleryjski. W całej Warszawie było ich pełno, więc saperzy przyjechali dopiero po kilku miesiącach. Mieliśmy tylko zakaz bawienia się koło niego. Z niemieckim nazwiskiem pewnie się po wojnie łatwo nie żyło? Oczywiście – często się z tego powodu w szkole biłem. Niektórzy widzieli tylko nazwisko, a nie to, że byliśmy stuprocentowo polską rodziną, ciężko doświadczoną przez wojnę. Ale pamiętam i miłe chwile z tego czasu – przede wszystkim śpiewanie w chórze dziecięcym Filharmonii Narodowej, dopóki nie musiałem z niego odejść z powodu mutacji. Dlaczego pana ojciec został aresztowany przez UB? Działał w AK i w Delegaturze Rządu. Do więzienia trafił w 1949 r. Co ciekawe, został zwolniony dzięki Leninowi. Jak to dzięki Leninowi? W sierpniu 1914 r. na terenie powiatu nowotarskiego Lenin został aresztowany pod zarzutem szpiegostwa. Przesłuchiwał go spokrewniony z naszą rodziną Kazimierz Głowiński. Znajomi Lenina interweniowali w jego sprawie i po paru dniach przyszła decyzja o zwolnieniu. Głowiński rozmawiał z nim przed wyjazdem i pożyczył 200 koron na podróż do Szwajcarii. Lenin pożyczkę pokwitował, ale pieniędzy nigdy nie oddał. Kazimierz, a potem jego syn Antek przechowywali całą dokumentację dotyczącą tej sprawy. To właśnie Antek wpadł na pomysł, aby spróbować wykupić mego ojca z więzienia w zamian za te papiery. I tak się stało: wiadomość o dokumentach przekazała do Wydziału Historii Partii KC PZPR Izabela Czajka-Stachowicz, która była oficerem UB. Poznała kiedyś ojca i chyba się w nim podkochiwała, dlatego nam pomogła. Dostarczył je Antek Głowiński i dowiedział się w KC, że zostaną przekazane w prezencie urodzinowym Stalinowi. Jak rodzina radziła sobie po wojnie? Nie było łatwo. Ojciec z powodu swojej akowskiej przeszłości miał coraz większe problemy z pracą. I sporo osób na utrzymaniu. Wkrótce odkrył w sobie talent rzeźbiarski i wziął udział w konkursie na rzeźby, które miały zdobić dach odbudowywanego pałacu Branickich przy Miodowej. Stworzył rycerza, który stoi tam do dziś. Co ciekawe, tych rzeźb tam przed wojną nie było, ale były na obrazie Canaletta. Ojciec wykonał jeszcze jedno ważne dzieło: rzeźbę na grób moich braci, Rydka i Feliksa. Jak wyglądała? Na tarczy leżą dwa hełmy powstańcze przepasane wstęgami, a na hełmach oparty jest krzyż. Pamiętam, jak przemycaliśmy ją na wojskowe Powązki. Był 1955 r., nie mieliśmy specjalnego pozwolenia na umieszczenie jej na cmentarzu, a ojciec i tak by go nie dostał. Wnieśliśmy ją w drewnianej skrzynce na kwiaty, przykrytą bratkami. Mijając posterunek, musieliśmy udawać, że niesiemy tylko kwiatki, podczas gdy był to straszny ciężar. Pan był najmłodszy z rodzeństwa? Tak. Było nas siedmioro: czterech chłopaków i trzy siostry. Najmłodsza siostra była ode mnie starsza aż o dziesięć lat. A najstarszy Rydek był moim ojcem chrzestnym. Rydek i Feliks, zanim zginęli w powstaniu, zaczęli studia. Pierwszy budownictwo i socjologię, a drugi prawo i nauki polityczne. Trzeci brat, Józek, był inżynierem mechanikiem i zapalonym sportowcem, przez co kiedyś nie zgłosił się w terminie do pracy. Wtedy, w myśl ustawy o socjalistycznej dyscyplinie pracy, trzydniowa nieusprawiedliwiona nieobecność oznaczała odpowiedzialność karną. Został oskarżony, ale miał szczęście – sędzią był uczeń dziadka. Uniewinnił go. A pana siostry? Maria jest lekarzem – prowadzi przychodnię dla bezdomnych. Zakładała też polski oddział Lekarzy Świata. Teresa skończyła prawo, w czasie studiów pracowała w Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich. Zachorowała na gruźlicę, co udaremniło jej karierę prawniczą. Była związana z Piwnicą pod Baranami – w rodzinie zachowała się pamiątka z tego okresu. To dowód osobisty Piotra Skrzyneckiego z dedykacją dla niej. Potem wiele lat mieszkała w Afryce. Zosia skończyła rehabilitację na AWF i pracowała w Konstancinie. Gdzie się pan uczył w Warszawie? W łacińskiej klasie Liceum Rejtana. Moim kolegą był m.in. Janusz Korwin-Mikke, z którym namiętnie graliśmy w brydża. Wrócił pan do Krakowa na studia. Czy dlatego, że tam kształcili się słynni rodzinni prawnicy? Chciałem się wyrwać z domu. Trzeba też było zaopiekować się wiekową już babcią Adelą i w 1959 r. zamieszkałem u niej na Studenckiej. Poza tym stanowiłem zabezpieczenie przed obcym kwaterunkiem. Moimi profesorami byli m.in. uczniowie dziadka, więc nie mogłem się kompromitować. Na pierwszym roku studiów poznałem moją żonę Wiesię – wzięliśmy ślub 18 kwietnia 1964 r. 18 kwietnia to w naszej rodzinie nie tylko nasza szczęśliwa ślubna data. Jak to się stało, że po Fryderykach cywilistach siedzi przede mną karnista? No tak, mój syn Fryderyk (ur. w 1970 r.), który wykłada prawo cywilne, też mi wypomina, że odszedłem od tradycji. Co nie jest prawdą, bo pradziadek doktoryzował się w 1858 r. na podstawie pracy „O materialnym prawie karnym Kościoła rzymskokatolickiego". Na studiach trafiłem na seminarium znakomitego karnisty prof. Władysława Woltera. Pracowałem też w prokuraturze powiatowej jako starszy rejestrator. Potem tę pracę zaliczono mi do aplikacji sędziowskiej, a jednocześnie pisałem doktorat. Mój egzamin doktorski zbiegł się z wydarzeniami Marca 1968 r. Zdawałem go dokładnie 13 marca. Czy karierę naukową rozpoczynał pan na UJ również u prof. Woltera? Tak. Profesor ogłosił konkurs na asystenta. Zgłosiłem się ja i Andrzej Gaberle [obecnie profesor, znawca procedury karnej, kryminolog – przyp. red.]. Wolter poprosił nas do siebie i powiedział, abyśmy sami zdecydowali, który dostanie u niego etat, bo on nie chce wybierać. Jednocześnie obiecał, że o przyjęcie drugiego z nas poprosi prof. Mariana Cieślaka, szefa Katedry Postępowania Karnego. Kupiliśmy z Andrzejem wino i rzuciliśmy monetą. Wygrałem! Zadzwoniłem do prof. Woltera, który powiedział: to dobrze, bo prof. Cieślak woli Andrzeja Gaberlego. Ile lat pracuje pan na uczelni? 47! Nie wiem, kiedy to minęło. Za dwa lata czeka mnie emerytura, a chciałbym jeszcze trochę poprawić prawo karne. Która funkcja publiczna dała panu najwięcej satysfakcji? Chyba rzecznikowanie. Ale najbardziej cieszę się z tego co i moi przodkowie: udało mi się wychować w Katedrze Prawa Karnego uczniów lepszych ode mnie. Premiera książki Andrzeja Zolla „Zollowie. Opowieść rodzinna"(Wydawnictwo Literackie) odbędzie się 23 marca
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL