Kraj

Lewica nie jest trędowata

Fotorzepa, Jerzy Dudek JD Jerzy Dudek
Według byłego prezydenta lider PO przegrał walkę o lewicowych wyborców
Były prezydent nie wybiera się na polityczną emeryturę. Po wyborach nadal będzie wspierał LiD. Choć na razie nie chce mówić o roli, w jakiej najchętniej by się widział.
Odradza jednocześnie politykom lewicowym wchodzenie w koalicję rządzącą z Platformą Obywatelską. Namawia Lewicę i Demokratów, żeby jak najszybciej przekształciła się w partię polityczną. RZ: Jest pan zmęczony kampanią wyborczą? W debacie z Donaldem Tuskiem sprawiał pan wrażenie człowieka, który nie ma motywacji do walki.
Aleksander Kwaśniewski: Człowiek, który przeszedł tyle kampanii co ja, patrzy na nie z pobłażliwością, a nawet politowaniem. Mnie się już nie chce słuchać obietnic, które nigdy nie będą spełnione, jak na przykład ta o podatku liniowym, który jest nierealistyczny i nie zostanie wdrożony przez żaden rząd. Poza tym dużo łatwiej walczy się o zwycięstwo, niż o budowanie alternatywy, która zaowocuje sukcesem dopiero za kilka lat. Partie, które walczą o zwycięstwo mają naturalną siłę przyciągania. Walka o głosy dla LiD jest znacznie trudniejsza. Odchodzi pan z polityki? W niedzielę mówił pan, że skłania się pan ku temu, by zostać dziadkiem. Każdy dochodzi do momentu, w którym musi się liczyć ze zmianą ról. Ja już byłem ministrem, liderem partyjnym, prezydentem. W polityce została mi już tylko rola byłego prezydenta, co też sporo znaczy i nestora wspierającego młode pokolenia. Pana rola w tej kampanii jest trochę dziwaczna. Jest pan najważniejszą postacią LiD, choć nie pełni pan żadnych funkcji i nie poniesie odpowiedzialności za ewentualną porażkę. Być może popełniono błąd, opierając tę kampanię przede wszystkim na mnie. Nie skorzystano z szansy wylansowania nowych postaci. Ale promując LiD, dążyłem przede wszystkim do tego, żeby scena polityczna była zbalansowana. Bo moment jest naprawdę trudny. Zamiast programowych wyborów mamy plebiscyt. Jesteśmy w trudnym momencie dla demokracji – tabloidyzacja mediów i działania rozmaitych PR-owców, spindoktorów lub tak jak w moim przypadku sanepiddoktorów to jest prawdziwy rak, który toczy życie polityczne. To jest chore. Oddajemy się w ręce szamanów. LiD przecież też jest produktem marketingowym. Nieprawda. Ta koalicja powstała w warunkach głębokiego kryzysu po rozsypce SLD. A inicjatywa, która powstaje w takich warunkach, nie jest produktem marketingowym. Dlaczego po 17 latach transformacji i sukcesach wyborczych lewica traktowana jest jak trędowata? Nikt nie chce mieć z wami nic wspólnego. Właśnie dlatego, że odbywa się plebiscyt i nastąpił powrót do historycznych rozliczeń. Ale lewica nie jest trędowata. Uznawanie LiD za ugrupowanie, z którym nie można współpracować, jest chore. Dla mnie absurdalne jest, jak Donald Tusk rzuca się na kwestię antykomunizmu, a jednocześnie dodaje, iż będzie robił koalicję z PSL. Ludowcy potrafili zdjąć z siebie odium partii postpeerelowskiej. Nieprawda. PSL nigdy od niczego się nie odcięło. Ale są użyteczni. Nie mam nic przeciwko temu. Tylko nienawidzę hipokryzji, którą prezentuje Tusk. Oto on zadeklarowany antykomunista pod żadnym pozorem nie chce mieć nic wspólnego z LiD, w którym jest Janusz Onyszkiewicz, Bronisław Geremek, Bogdan Lis czy Władysław Frasyniuk, za to chętnie podejmie współpracę z PSL. A czy LiD z Platformą mogłyby współpracować po yborach? Współpraca dla Polski oczywiście tak. Koalicja trudna do wyobrażenia. Jeżeli koledzy z LiD będą mnie pytać, czy wchodzić do koalicji, to będę im to gorąco odradzał. Dla centrolewicy znacznie ważniejsze jest budowanie własnej tożsamości programowej niż kilka ministerialnych stołków. LiD i PO dzielą przede wszystkim różnice programowe, a nie historia. Donald Tusk ma 50 lat. Ja mam 53 lata. Co prawda byłem już ministrem w kilku rządach i przez dziesięć lat prezydentem, a on to wszystko ma dopiero przed sobą, ale to nie znaczy, że on jest z innej generacji niż ja. A czy pana zdaniem LiD przetrwa po wyborach czy też podzieli się zaraz po wejściu do parlamentu? To byłby skandal, gdyby nie powstał wspólny klub LiD. Uważam też, że byłoby głupotą nie myśleć o utworzeniu jednej partii o nazwie Lewica i Demokraci. Bez pośpiechu, ale konsekwentnie. Nie sądzi pan, że Partia Demokratyczna po prostu skorzystała z tratwy ratunkowej w postaci LiD, żeby wrócić do Sejmu, a tak naprawdę nie ma i nie chce mieć nic wspólnego z SLD? Gdyby tak było, to mógłbym tylko wyrazić żal i niezrozumienie dla takiej postawy. Jeżeli wchodzi się do większego sojuszu wnosząc własną markę i ludzi, to trzeba się lojalnie troszczyć o powodzenie całego przedsięwzięcia. Jeżeli LiD okaże się strukturą nietrwałą, to uznam to za moją osobistą porażkę. Ale co łączy pana Janusza Onyszkiewicza z Wojciechem Olejniczakiem poza szyldem LiD? Dzieli ich różnica wieku, droga życiowa i program, bo wbrew temu co pan mówił w debacie z Donaldem Tuskiem, Partia Demokratyczna ma podatek liniowy w swoim programie. Łączy ich sporo – obaj panowie są na O i sąsiadują w moim kalendarzu. Często się nawet mylę z tego powodu. Ponadto demokraci wycofali się z podatku liniowego, w trakcie wewnętrznej debaty programowej LiD. Wreszcie tym spoiwem Onyszkiewicza i Olejniczaka, jest droga, którą Polska przeszła od 1989 roku. To ich różni od Jarosława Kaczyńskiego, który uważa, że w 1991 roku trzeba było zerwać z ustaleniami Okrągłego Stołu i pójść ścieżką bardziej rewolucyjną. O Donaldzie Tusku nic nie mogę powiedzieć, bo ludzie Platformy są współtwórcami III Rzeczypospolitej, a zachowują się tak, jakby ich przy tym nie było. Może widzą błędy, których lewica nie chce dostrzec. O błędach jestem gotów rozmawiać. Ale słysząc zakłamane argumenty, musiałbym być brutalny, a nie chcę tego. Pan jako szczery socjalista nawołujący do podniesienia minimum socjalnego też jest mało wiarygodny. Przez dziesięć lat prezydentury w ogóle pan o tym nie wspominał. Bo nie było warunków do podnoszenia minimum socjalnego. SLD wykazywał się ogromnym rygoryzmem w pilnowaniu finansów publicznych. Często wbrew własnym interesom. Dzięki temu Jarosław Kaczyński został wywianowany znakomitą sytuacją gospodarczą jak żaden inny rząd. Oczekujemy jednego – żeby tego nie zmarnowano. I żeby było dla nas trochę szacunku. Niech nawet mówią o nas: „łobuzy, komuniści, ale jednak trochę się Polsce przysłużyli”. To nie jest wygórowane żądanie. Jak się rozwinie sytuacja polityczna po wyborach? Wydaje się, że nastrój antykaczyński jest tak silny, iż wybory nieznacznie wygra Platforma Obywatelska. Nie wykluczam jednak, że misję tworzenia rządu dostanie Jarosław Kaczyński nawet jeżeli jego ugrupowanie nie wygra wyborów. To jest jego gra. Wszyscy inni są tylko w roli uczestników ruchu drogowego - albo będzie korek albo ostra jazda. Koalicja Lewica i Demokraci podupadła w sondażach po przypadku pana filipińskiej choroby. To zbyt proste wytłumaczenie. Z mojego powodu mogli stracić najwyżej jeden procent poparcia. Trudno, zdarzyło się. Połączenie leków, obiadu itd, dało taki afekt. Nie chce mi się o tym gadać. Chwila słabości. Nigdy nie twierdziłem, że jestem złożony z samych zalet. Z drugiej strony media i politycy wykorzystali to bezwzględnie przeciwko LiD. Nikt nawet nie zapytał, jak się czuję, choć byłem naprawdę chory. Skoro źle się pan czuł, to może trzeba było zrezygnować z publicznego wystąpienia? Pewnie tak, ale człowiek zawsze ma nadzieję, że da radę. Są takie sytuacje, że człowiek nagle zaczyna się czuć coraz gorzej, a z drugiej strony ma jakieś poczucie obowiązku. Uważam zresztą, że LiD ma swój elektorat, który i tak zagłosuje na tę koalicję. Ale masowego poparcia nie będzie, bo kibicowanie trzeciej i czwartej drużynie wymaga miłości. Co innego kibicowanie zwycięzcy – to sama radość. Z tego wniosek, że apel pana Tuska do wyborców LiD był sprytnym zagraniem. Tusk starał się wyciągnąć wnioski z dwóch przegranych kampanii. Ale popełnił błąd, bo jego końcowy apel jest bez znaczenia, po tym co powiedział o dekomunizacji i lustracji. W tym momencie zatrzasnął sobie drzwi do serc wyborców SLD. Jego apel mógł trafić co najwyżej do 1 procentu obywateli popierających Partię Demokratyczną. Powinien był powiedzieć: panie prezydencie, dużo nas dzieli, ale ja was szanuję. A on powiedział: ja was nie szanuję. rozmawiała Eliza Olczyk
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL