Film

Widzowie oczekują od nas ciepła i nadziei

PAT
Gra główną rolę w „Katyniu”. Za kreację w „Aniołach w Ameryce” dostała Nagrodę im. Zelwerowicza. Dziś zobaczymy ją w spektaklu „I. znaczy Inna” - rozmowa z Mają Ostaszewską
Rz: Zauważa pani, że coraz więcej osób czuje się w naszej rzeczywistości obco i ucieka od najbliższych, wybiera samobójstwo lub nałóg?
Maja Ostaszewska: Sama się nad tym ostatnio zastanawiałam, bo ciągle słyszę, że ktoś przeżywa nerwowe załamanie. Zadaję sobie pytanie, czy dzisiejsza rzeczywistość jest trudniejsza. Każdy czas ma swoje demony. Ale może jest i tak, że dopiero teraz zaczęliśmy szczerze rozmawiać o problemach, które jeszcze niedawno stanowiły tabu. Może się z tym, paradoksalnie, wiązać moda na psychoterapię.
Woody Allen od dawna śmieje się z uzależnień od terapeutów, którzy powinni z uzależnień leczyć. Mimo to uważam, że mądrze prowadzona terapia może przynieść zbawienne rezultaty. Również u osób, które nie radzą sobie z coraz większą presją nowych wzorców – kultu wiecznej młodości, sukcesu osobistego i zawodowego. Nie jest tajemnicą, że pracodawcy łatwiej tolerują pracowników chorych na serce niż niedomagających psychicznie. A gdy załamanie nerwowe oznacza utratę pracy, zaczyna się dramat osobisty i rodziny. Kult sukcesu i młodości sprawia, że w nasze życie wkrada się fałsz? W rodzinie i z przyjaciółmi żyję w szczerych i otwartych relacjach. Ale w środowisku zawodowym jest już trudniej. Za fasadą modnego wyglądu i przyklejonych uśmiechów często rozgrywają się dramaty. Spektakle Teatru Rozmaitości z pani udziałem pokazują obyczajowe zmiany w życiu Polaków: pierwszą gorączkę kapitalizmu, kryzys uczuć i rozpad rodziny. W komunizmie podział był prosty – my i oni. Teraz uczymy się kapitalizmu, który w Polsce jest niezwykle trudnym doświadczeniem. Czasami czujemy, że zmienił się tylko rodzaj niewolnictwa, poznajemy siebie na nowo. Najbardziej zagubieni są młodzi. Każdy z nas zauważa jak po godzinach spędzonych przed komputerem w wirtualnym świecie trudno się im odnaleźć w prawdziwej rzeczywistości. w „Krumie” i „Aniołach w Ameryce” sportretowano także mężczyzn słabszych od kobiet, porzucających rodziny, wybierających związki homoseksualne. Świetną książkę na ten temat, „Zdradzony przez ojca”, napisał przed laty Wojciech Eichelberger. Żyjemy w czasach kryzysu rytuałów, mitów i inicjacji. Wszystko zaczyna się od naszych relacji z najbliższymi, od wczesnego dzieciństwa. Moi rodzice poświęcali nam niezwykle dużo uwagi. Teraz sama jestem mamą, mój synek ma zaledwie dwa miesiące, a ja już czuję silne naciski, żebym przestała karmić i czym prędzej wróciła do pracy. Z powodu macierzyństwa nie była pani na festiwalu awiniońskim, nie pojedzie na festiwal BAM w Nowym Jorku i do paryskiego Odeonu, co jest marzeniem każdego aktora. Macierzyństwo przypadło na czas, kiedy dojrzałam do niego. Już sobie pograłam i kontakt z dzieckiem jest dla mnie najważniejszy. Kiedy ma się rodzinę, trzeba zrezygnować z wielu przyjemności. Są jednak wartości od nich ważniejsze. Oczywiście wrócę do pracy, bo nie ma szczęśliwego dziecka bez spełnionej i szczęśliwej matki, a praca jest moją pasją i również dzięki niej się spełniam. Czy udział w spektaklach Rozmaitości, które pokazują również rozbite związki, życie odrzuconych lub mniejszości, wzmocnił w pani marzenie o tradycyjnej rodzinie? Teatr nie miał wpływu na moje decyzje. Były one ściśle związane z tym, co działo się w moim życiu osobistym. Prawdą jest, że kiedy pracowałam nad rolą Harper w „Aniołach w Ameryce”, którą można poprowadzić pesymistycznie, zależało mi na tym, żeby znaleźć dla tej upokorzonej kobiety, którą mąż zostawił dla kochanka, promień nadziei. Odrodziła się, co Krzysztof Warlikowski podkreślił mocno w słonecznym finale, granym przez nas bardzo osobiście. Widzę, że widzowie są wzruszeni, niektórzy płaczą. Oczekują od nas tego ciepła. To jeden z owoców pracy Krzysztofa, z którym rozmawiamy nie tylko o tym, jak będziemy konstruować postaci i sceny, lecz także o naszych osobistych przeżyciach. Bez przesadnego ekshibicjonizmu, nie żerując na prywatności, ale szczerze. Wielu krytyków i ludzi ze środowiska uważa, że gracie wyłącznie zboczeńców, tymczasem gdyby nie pani, Danuta Stenka, Stanisława Celińska, Magda Cielecka i Andrzej Chyra, nie byłoby sukcesu „Katynia”. Jak połączyć nowoczesność, otwartość z patriotyzmem? Panu Andrzejowi zależało na tym, żebyśmy oddali hołd tragicznie pomordowanym, jednocześnie grając prawdziwe emocje współczesnych ludzi, a nie cmentarne pomniki. Przeżyłam udział w filmie głęboko również z powodów osobistych, w Katyniu został zamordowany mój pradziadek. W domu dużo się o tym mówiło. Gdy przeczytałam scenariusz, okazało się, że moja rola przypomina los prababci, która została sama z córeczką i nie chciała się pogodzić z katyńskim kłamstwem. Ale dla mnie „Katyń” jest filmem uniwersalnym. Dziś z podobnymi tragediami zmagają się matki, żony i córki w Tybecie, Czeczenii, Afryce, bo z różnych powodów prawda o śmierci ich ojców, mężów i braci jest niewygodna dla polityków.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL