fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Merkel żongluje coraz większą liczbą piłeczek

Piotr Semka
Fotorzepa, Kuba Kamiński kkam Kuba Kamiński Kuba Kamiński
Niemiecki piątek Piotra Semki
Wymuszona dymisja niemieckiego ministra obrony Karla-Theodora zu Guttenberga nie wzbudziła w Polsce większego zainteresowania. A jednak była to dotkliwa porażka prestiżowa Angeli Merkel.
Przypomnijmy, że trzy tygodnie temu– mimo ujawnienia kompromitujących, licznych przypadków plagiatu w pracy doktorskiej zu Guttenberga -  pani kanclerz uznała, że korzystniej jest bronić arystokratę z Frankonii.
Wraz z szefową rządu  zu Guttenbergowi pełnego poparcia udzieliły także obie partie chadeckie – CDU i CSU. Nie bez powodu. Sondaże wskazywały, że większość Niemców chce aby powszechnie lubiany „Gutti" pozostał na stanowisku. Kampanię w obronie ministra podjął tradycyjnie przychylny prawicy „Bild".
21 lutego pani kanclerz oświadczyła, że darzy swojego współpracownika „pełnym zaufaniem" i dodała: „Powołałam Karla-Theodora zu Guttenberga na stanowisko ministra obrony, a nie doradcy naukowego, docenta czy posiadacza tytułu doktorskiego. Pracę ministra obrony wykonuje on doskonale. Tylko to się dla mnie liczy."
Ten pokaz pewności siebie rozdrażnił z kolei środowisko dziennikarzy, które aferę nagłośniło. Oburzenia  arogancją zu Guttenberga nie kryły też kręgi uniwersyteckie i naukowe. Wskazywano, że uznając, iż  ujawnienie plagiatu nie musi oznaczać dymisji, Angela Merkel zlekceważyła powagę tytułów naukowych i prestiż niemieckich wyższych uczelni.
 
Satyrycy zaczęli porównywać Niemcy do  Włoch,  gdzie Berlusconi może spokojnie kłamać i mataczyć, ale wyborcy nadal go kochają
Niemieckie media, od prawicowego FAZ poprzez centrową „Sueddeustche Zeitung" po lewicowego „Spiegla", zawzięły się i nie pozwoliły, aby sprawa po jakimś czasie zeszła z czołówek gazet. W końcu próbę sił wygrał obóz oburzonych plagiatem – zu Gutteberg 28 lutego ustąpił ze stanowiska.
Teraz porażka Angeli Merkel w sprawie barona zu Guttenberga może kazać jej ze znacznie większą determinacją próbować wygrać spór o „pakt na rzecz konkurencyjności" – ostrzegają Annika Breithardt i Paul Taylor – analitycy agencji Reutera.
Chodzi o stworzenie sfery państw waluty euro jako grupy realizującej wspólną i rygorystyczną politykę finansową i ekonomiczną.
Gdy 4 lutego Angela Merkel i Nicolas Sarkozy bez wcześniejszych konsultacji przedstawili plan pozostałym 24 członkom Unii, rozległy się liczne krytyczne opinie. Do grona krytyków należał też polski premier Donald Tuska.
Spór zawieszono ogłaszając, że do dyskusji na temat paktu liderzy Unii powrócą  na najbliższym szczycie 11 marca w Brukseli.
A przed szefową CDU rychłe wybory w Badenii-Wirtembergii 27 marca. Chadecy obawiają się, że mogą tam utracić władzę na rzecz partii zielonych.
Merkel wie, że zwykli Niemcy z niechęcią przyjęli ratowanie Grecji z bankructwa za głównie niemieckie pieniądze. Pani kanclerz wyczuwa instynktownie, że na dalszą pomoc dla eurosłabeuszy jej rodacy zgodzą się tylko pod jednym warunkiem: że to Berlin będzie narzucał krajom waluty euro dobre obyczaje  w finansach i gospodarce.
Na dodatek nerwowość pani kanclerz wzmaga fakt, że  Axel Weber, jej wymarzony kandydat na stanowisko szefa Europejskiego Banku Centralnego (ECB), wycofał się z kandydowania. W praktyce oznaczać to może, że fotel szefa eurobanku może objąć ktoś spoza Niemiec. A to jeszcze bardziej utrudni Berlinowi czuwanie nad sytuacją euro.
Jak wskazują w analizie dziennikarze Reutera, prawdziwym celem Berlina jest przygotowanie w Brukseli 11 marca gruntu pod kolejny etap 'paktu". Chodzi o planowany przez Berlin na 24 i 25 marca „Big bargain". Kraje eurolandu miałyby wtedy podpisać deklaracje intencji wprowadzenia  w swoich konstytucjach zapisów nakazujących wyznaczenie limitów zwiększania długu publicznego, ujednolicania bazy naliczania CIT i przyjęcia zasady że wysokość wieku emerytalnego uzależniona ma być od tendencji demograficznych. W zamian Berlin ma zwiększyć swój udział finansowy w EFSF – funduszu ratującym eurobankrutów.
Wszystko wskazuje więc, że na najbliższym szczycie unijnym w Brukseli niemiecka dyplomacja będzie próbowała wykazać się swoją skutecznością na tyle na ile  się tylko da. Ale  Ulrike Guerot z Europejskiej Rady Stosunków Międzynarodowych,  nie wierzy w szybkie rozwiązania. „To było już wcześniej jasne, że marcowy szczyt nie przyniesie jasnego rozstrzygnięcia".
Tak czy inaczej pani kanclerz musi z coraz większym trudem godzić rolę RFN jako supergwaranta euro z nastrojami zwykłych Niemców. A niedawne wybory lokalne w Hamburgu chadecja przegrała bardzo boleśnie.
Angela Merkel zmuszona jest żonglować coraz większą liczbą piłeczek.
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA