fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Ekonomia

Dragons Den startuje w Polsce

Archiwum
Magdalena Lemańska
Pomysłowi, innowacyjni, lepsi, niż myśleliśmy, ale też zdarzają im się rażące niedociągnięcia. To obraz przedsiębiorcy ze słów jurorów o uczestnikach nowego telewizyjnego show o biznesie
Podwójne paluszki – wersja dla wiecznych farciarzy, wodorower, wędka z elektronicznym czujnikiem, nowatorski system montażu ościeżnic drzwiowych, podzlewowa zgniatarka do śmieci. To tylko kilka projektów, jakie od 6 marca będą walczyć o dofinansowanie od piątki polskich biznesmenów w programie „Dragons' Den" – jak zostać milionerem" w TV 4.
Bardzo dużo jest też projektów internetowych. – Podzieliłbym uczestników, którzy przyjeżdżają z pomysłami, na trzy grupy. Pierwszą stanowią przedsiębiorcy już działający, drugą osoby, które mają pomysł w głowie i są na etapie przenoszenia go na papier, trzecia to ludzie przyjeżdżający z jakąś ideą – wymyśloną kilka dni wcześniej albo i dziesięć lat temu – mówi Marian Owerko, główny udziałowiec i prezes Bakallandu, jeden z piątki jurorów, którzy oceniają zgłaszane do programu projekty. Jego firma notowana na giełdzie to główny rozgrywający na polskim rynku bakalii.
W jury zasiadają też Grzegorz Hajdarowicz, właściciel m.in. Grupy Kapitałowej Gremi (zajmuje się m.in. produkcją filmową), NFI Jupiter czy Wydawnictwa Przekrój, Krzysztof Golonka, prezes i współwłaściciel funduszu inwestycyjnego Xevin Investments, Maciej Kaczmarski (do niego należy m.in. Kaczmarski Inkasso czy Krajowy Rejestr Długów) oraz Anna Garwolińska, właścicielka agencji PR Glaubicz Garwolińska Consultants. Zasada programu jest taka, że muszą to być osoby, które mają swoje firmy, same je zakładały i nadal się nimi zajmują.
Doświadczenia zagranicznych edycji pokazują, że dofinansowanie zaoferowane przez jurora najczęściej przyjmuje formę przejmowania udziałów w przedsiębiorstwie za wskazaną przez uczestnika sumę.
Wpolskiej edycji zawalczy około 70 projektów. Wartość dofinansowania, o jakie walczą uczestnicy, waha się od 10 tys. zł do 50 mln zł.
Krzysztof Daniluk, 35-letni handlowiec z Warszawy, chce np. pozyskać na podzlewową zgniatarkę do śmieci, dzięki której śmieci można rzadziej wynosić, 200 tys. zł, za co oferuje 49 proc. udziałów w swojej firmie. Do programu zgłosił się spontanicznie, w ostatniej chwili, wieczorem w sylwestra.
Co przyciągnęło jurorów? – Ubaw po pachy i jeszcze mogę przy tym zarobić – wskazuje Grzegorz Hajdarowicz.
Jurorzy nie dostają za udział w programie wynagrodzenia, ale mogą upolować ciekawy projekt do biznesowego portfolio. – Uczestnicy wypadają lepiej, niż się spodziewałem, choć zdarzają się propozycje kompletnie nieprzygotowane. Na pytanie, o ile wzrośnie któryś wskaźnik, pada np. odpowiedź, że „mniej więcej o połowę" – mówi Maciej Kaczmarski.
Bartosz Głowacki, 29-letni handlowiec z Poznania, który produkuje podwójne paluszki Beer Fingers, a do programu przyszedł po 400 tys. zł (za 20 proc. udziałów swojej firmy), i zdolność kredytową w wysokości
1 mln zł, robi na jury wrażenie, zaczynając od miniprezentacji o rynku, na którym działa. – Rynek słonych przekąsek jest w Polsce wart 2 mld zł. 280 mln zł to sam rynek paluszków, którego tempo wzrostu wynosi dziś 7,5 proc. – wylicza.
27-letnia Iwona Pikuła z Mrzeżyna w gminie Trzebiatów, jedna z czterech kobiet, które dostały się do programu, oferuje 20 proc. udziałów w swojej stajni Pestka za wkład w wysokości 400 tys. zł, który pozwoli jej wybudować zadaszoną halę.
– To opłacalny wydatek, bo dzięki temu będę mogła zaoferować więcej zajęć. A projekt już dziś jest rentowny, zwraca się po dwóch tygodniach pracy – przekonuje.
Niechętnie dopuszcza możliwość odsprzedania pakietu kontrolnego. – Znam się na tym biznesie. Wydaje mi się, że może lepiej niż osoby z jury, które z kolei lepiej się znają na ekonomii – tłumaczy.
Niewielu uczestników dopuszcza początkowo myśl o oddaniu obcemu inwestorowi kontroli nad firmą. Zazwyczaj za potrzebną im sumę są gotowi przekazać 20 proc. udziałów.
– Ale to byłoby możliwe tylko w genialnym pomyśle, bo z drugiej strony wygląda to trochę jak randka w ciemno. Juror, który przychodzi do programu z pieniędzmi, nie otrzymuje w ciągu tych kilkunastu minut zbyt wielu informacji. Dlatego uczestnicy często proszą np. o pakiety menedżerskie, które przewidują sukcesywny powrót do nich oddanych udziałów, i to już jest ciekawy pomysł – mówi Hajdarowicz.
Niektórzy zgadzają się na ustępstwa, wiedząc, że bez pomocy zewnętrznego wsparcia ich biznes nie zmieni skali działania. – 100 proc. udziałów od zera to wciąż zero, a 50 proc. od, dajmy na to, 100 mln zł to już 50 mln – mówi Bartosz Głowacki (od podwójnych paluszków), a Krzysztof Daniluk (pomysłodawca podzlewowej zgniatarki) dodaje: – W pojedynkę, bez kontaktów i znajomości trudno by było sprzedać nawet maszynę do cofania się w czasie.
Według Mariana Owerki program pokaże, że Polacy są przedsiębiorczy i innowacyjni. – Ale też trzeba ich czasem naprowadzić na różne rozwiązania – dodaje.
W Wielkiej Brytanii łączna suma zainwestowana w najciekawsze projekty pokazane w „Dragons' Den" to już prawie 9 mln funtów. Program miał też edycje m.in. w Australii, Kanadzie, Czechach czy Finlandii. W Polsce producent (program powstaje we współpracy Medion Art Studio i ATM Grupy) na razie nie ujawnia, ile kontraktów udało się zawrzeć dzięki show.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA