fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Styl życia

Wyszarpywanie serca

Jako wampir energetyczny sam się żywię świeżą krwią
Fotorzepa, Seweryn Sołtys
Miłość płynąca od widza, ale i akceptacja współtwórców przedstawienia, filmu czy słuchowiska daje mi poczucie stabilności gruntu, po którym się porusza - mówi Janusz R. Nowicki
Siła pana aktorstwa drzemie w specyficznie podawanym słowie, to dziś nietypowe...
Janusz R. Nowicki : Jestem absolwentem krakowskiej szkoły teatralnej, której pedagodzy szczególny nacisk kładli właśnie na słowo. Wtedy, w połowie lat 60., zaczęto krytykować ten sposób nauczania jako zbyt konserwatywny. Zostałem jednak tak ukształtowany, że szacunek do słowa pozostał mi nawet w buntach. Uczono nas, że teatr jest wielki. W wymiarze ideowym i artystycznym, ale przede wszystkim ze względu na przestrzeń, w której trzeba być słyszalnym. Tych, których głos nie przebijał się poza pierwszy rząd krzeseł, nazywano pierwszorzędnymi artystami. Mój tembr głosu jest dość nośny. Słowo jest mi bliskie od czasów dzieciństwa dzięki radiu, które przenosiło mnie w zupełnie inny wymiar. Tak samo jak literatura. Czytałem prawie wszystko: Prusa, Gojawiczyńską, książeczki dla młodych ludzi z czasów wczesnego socjalizmu, Sagankę, Simone de Beauvoire i Sartre'a. To właśnie słowo - pisane i mówione - otworzyło mnie na aktorstwo. Jakie widzi pan różnice w graniu na tak różnych - i wielkich, i kameralnych - scenach?
Świadomość przestrzeni teatralnej wyniosłem ze szkoły, więc ten aspekt pracy aktorskiej nie sprawiał mi trudności. Podobnie jak kolegom, którzy odebrali edukację zbliżonego typu. Potrafimy się zaadaptować. Problem pojawia się dziś w przypadku młodych wykonawców przyzwyczajanych, niestety, do grania w warunkach telewizyjnego studia. Na wielkiej scenie, np. Teatru Polskiego w Warszawie, są zagubieni i bezradni. Przy całym szacunku dla filmu i telewizji istotę zawodu aktora określa teatr. Granie na scenie jest otwieraniem wyobraźni widza. To proces właściwie nieskończony, choć nawet najlepszy artysta jest ograniczony warunkami stwarzanymi mu przez reżysera. Powszechnie rozpoznawalny stał się pan dopiero po głównej roli Mikołaja Regisa w "Carze Mikołaju" Tadeusza Słobodzianka. Można zaryzykować tezę, że to on odkrył pana dla kamery? Od czasów krakowskich łączy mnie z Tadeuszem Słobodziankiem przyjaźń, wspólnota poglądów na sztukę i podobieństwo temperamentów. Obaj jesteśmy cholerykami, więc postrzegamy rzeczywistość nieco gwałtowniej niż ludzie zrównoważeni. Potrafimy się wzajemnie ranić, ale i głaskać. Musieliśmy się spotkać w pracy, zwłaszcza tak szczególnej. Aby się oswoić ze specyficzną materią dramatu - sięgającą rejonów sacrum i profanum, w jakie nasza wyobraźnia nawet się nie zapuszcza - zamieszkałem w domu Słobodzianka. Jego rodzina w Białymstoku to zresztą osobna opowieść, na dwie, trzy książki. Przygotowanie się do "Cara Mikołaja" było rodzajem obozu treningowego. Autor potrafił mnie budzić o trzeciej nad ranem, by koniecznie skonfrontować z moją wrażliwością jakieś zdanie, które właśnie dopisał. Powstało absolutnie wyjątkowe widowisko Teatru TV, które z niepojętych powodów nie jest wznawiane, podobnie jak jego "Prorok Ilja". Praca w zespole łączy się zawsze z dużym ryzykiem. Kiedy przynosi najlepsze owoce? Aktor, czy się do tego przyznaje, czy nie, chce być kochany. Miłość płynąca od widza, ale i akceptacja współtwórców przedstawienia, filmu czy słuchowiska daje mu poczucie stabilności gruntu, po którym się porusza. Autor nakreśla konflikt, ale dopiero aktor sprawia, że jego słowa zaczynają żyć. Każdą rolę buduję z nadzieją, że będzie wyjątkowa. Dlatego najlepiej czuję się z reżyserami, którzy czegoś ode mnie oczekują. Dają mi asumpt do wspólnego drążenia, wiarę i poczucie bezpieczeństwa. Chcę być przez nich właściwie rozumiany i odbierany. Potrafię być szorstkim człowiekiem, i tak też często bywam obsadzany, ale nie znoszę chamstwa. Dopuszczając ostrość, a nawet brutalność, nie akceptuję krzywdy. Jest mi więc po drodze z ludźmi na podobnym poziomie rozumienia rzeczywistości. Takimi jak w okresie krakowskim Rudolf Zioło i Mikołaj Grabowski, a Maciej Englert w Warszawie, gdzie udało mi się nawet pracować z tak wspaniałymi reżyserami jak Erwin Axer i Gustaw Holoubek. Wspólnota aktorów, to także garderoby, bufet, korytarze, kulisy... To osobny rozdział życia. W warszawskim Współczesnym sypali anegdotami Czesław Wołłejko i Wiesław Michnikowski, teraz prym wiedzie Krzysztof Kowalewski, a dołącza Borys Szyc. Łatwo daję się rozśmieszyć, co na scenie stawia mnie niekiedy w trudnej sytuacji. Kiedyś grałem króla w "Hamlecie". W scenie po śmierci Ofelii jej brat Laertes wpada i krzyczy: "Gdzie jest król?!". Reżyser wymyślił, że zacznie krzyczeć w holu, przebiegnie przez całą widownię i wskoczy na scenę, gdzie odbędzie się jego sam na sam z królem. Kolega grający Laertesa tak się pewnego wieczoru rozpędził, że się potknął. Cały kostium miał śliski, bo ze skóry, i podjechał na brzuchu wprost pod moje nogi. Ucierpiał majestat królewski? Jeszcze jak! Człowiek, który się wywraca, jest strasznie nieporadny. Aktor szczególnie, bo próbuje zatuszować, że się gramoli. No, i byłem ugotowany. Ciśnienie skoczyło mi pewnie do 320. Bałem się, że eksploduję. Spadła kurtyna, wyszedł inspicjent i ogłosił 10 minut przerwy "z powodów technicznych". Innym razem grałem Kreona w "Antygonie". Tejrezjasz, który w dramatycznej scenie wieszczy Kreonowi zagładę, z woli autora jest ślepcem. Aktor w tej roli opracował sobie kroki, żeby po omacku stawać we właściwym miejscu. Podczas gościnnych występów zmieniła się nieco topografia sceny. Kolega wypowiedział swoje kwestie i zamiast wycofać się w kulisy, trafił, niestety, w kieszeń dla kurtyny, gdzie musiał przeczekać do końca przedstawienia. Rzucało mnie też po świecie z monodramem. Kiedyś w jednym z wiejskich klubów usiadła w pierwszym rzędzie młoda kobieta z niemowlęciem na rękach. Do teatru, zwłaszcza w klubie, może przyjść każdy. Niemowlak strasznie się darł. Usiłowałem go przekrzyczeć, co nie było łatwe. Dziewczyna zorientowała się, że jej małe zagłusza widzom odbiór. Wyciągnęła ogromną, piękną pierś i zaczęła dziecko karmić. Nie wytrzymałem, przerwałem. Inni ludzie zaczęli się śmiać wraz ze mną. Wspominam tę sytuację jako niebywale liryczną, z pogranicza transcendencji. Pan też karmi swoim kunsztem widzów. A kto pana? Jako wampir energetyczny sam się żywię świeżą krwią. Wszędzie i przez cały czas uczę się od młodych kolegów, których bardzo lubię i cenię. Oni jednak nierozważnie trwonią nadwyżkę energii. Ja ją zbieram, chodząc za nimi. Podobnie od reżysera biorę wszystko, co mi chce dać, a czasami i więcej. Nie mam skrupułów, wiedząc, że reżyser tak samo postępuje z aktorem, kiedy prowokuje go do wydawania energii. I słusznie. Wystąpił pan w pojedynczych odcinkach seriali. Nie chciał pan się wiązać z żadnym z nich na dłużej? Nie oszukujmy się, że stawiałem opór. Po prostu nie miałem długofalowych propozycji. Poza jedną, na tyle czasochłonną, że musiałbym zrezygnować z teatru, więc podziękowałem. Owszem, mogę grać w serialu, ale nie takim kosztem. Braku telenowelowych propozycji nie traktuję w kategoriach dyskomfortu, ostatnio zresztą często grałem skorumpowanych inteligentów: a to sędziego, a to senatora. W życiu dorosłego mężczyzny przychodzi jednak moment, że już się tak nie rwie do roboty. Dyrektor Maciej Englert słusznie stwierdził, że gdyby człowiek był stworzony do pracy, to by się tak nie męczył. Wystarczy mi komfort pracy w teatrze. Jaki to komfort, skoro aż do premiery nie ma pan pewności, czy pana trud przyniesie należyte efekty? Jakkolwiek banalnie to zabrzmi, traktuję swój zawód nie jako formę zarobku, lecz sposób na życie. To jest moja forma spełnienia. Robię, co lubię. Czy ten zawód jest stresujący? Oczywiście, że tak. I niewdzięczny. Bilans dorobku aktora rzadko kiedy jest dlań pomyślny. Niewielu osiąga sukces. Większość wykonuje codzienną, mozolną pracę. Dla niektórych brak szansy zawodowego spełnienia jest katastrofą. Wcześnie zdałem sobie z tego sprawę, dlatego nie mam wygórowanych oczekiwań. Aktorstwo daje mi szansę zaspokajania ciekawości: świata, ludzi, siebie. Komfort udziału w próbach polega na tym, że nawarstwienie sytuacji konfliktowych, stresowych czy wręcz bolesnych, przynosi w końcu pozytywny efekt. Ludziom spoza teatru trudno to zrozumieć. Podczas prób odradza się wspólnota, której tak mało mamy na co dzień. To fundament teatru. Tak naprawdę zmusza nas do tego cel - spotkanie z widownią. Paradoks zawodu trafnie ujęła Glenda Jackson: aktor każdego wieczoru otwiera się do głębi przed nieznanymi ludźmi w nadziei, że ktoś w jego świeżą ranę nie włoży brudnej łapy i nie wyszarpie mu serca. Ta nadzieja pozwala uprawiać ten fach. W ostatecznym myśleniu jest to wiara w drugiego człowieka. W jego delikatność i wrażliwość. Nabywamy prawo, aby powiedzieć widzowi: ja tę rzeczywistość oglądam z takiej perspektywy. A z jakiej ty?
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA