Świat

Tli się jeszcze nadzieja

AFP
Strach widać na twarzach ludzi. Jest wyczuwalny w powietrzu. Jak zapach świeżo parzonej herbaty, podawanej w Rangunie ze słodkim mlekiem
Jestem w jednej z moich ulubionych indyjskich restauracyjek przy Maharbandoola Road w Rangunie. To zaledwie trzy przecznice od pagody Sule, która w zeszłym tygodniu była świadkiem wielotysięcznych antyrządowych demonstracji. Dziś jest odcięta od reszty miasta kordonem zasieków. Za nimi stoją wojskowe ciężarówki i czuwają setki żołnierzy.
Kilka dni wcześniej w południe w tym miejscu trudno było o wolny skrawek stolika, by zjeść chiapati z curry. Zwykle wciśnięty w sam róg małej salki, tym razem mam wokół siebie zdumiewająco dużo miejsca. Teraz nikt mnie nie zaczepia, nikt nie pyta, skąd jestem i co tu robię. Nikt nie ma ochoty się do mnie przysiąść. Wszyscy udają, że mnie tu nie ma.
Na miejsce docieram, omijając Sule Pagoda Road i samą świątynię. W ten sposób unikam kolejnej kontroli dokumentów. Przeciskając się bocznymi uliczkami handlowego centrum Rangunu, obserwuję, jak powoli odradza się aktywność sklepikarzy, warsztatów, ulicznych sprzedawców. Ale miejsca, które zaledwie tydzień temu żyły tym, co wydawało się początkiem wielkich przemian w Birmie, obecnie spowija niewidzialna mgła rezygnacji, zmęczenia, a przede wszystkim strachu. Jeszcze tydzień temu spacer po tych zaułkach był czystą przyjemnością. Mogłem godzinami włóczyć się bez celu. Teraz czuję się nieswojo: moja obecność wyraźnie przeszkadza miejscowym , wprawia ich w z trudem ukrywane zakłopotanie. O nocnych nalotach policji, wyciąganiu ludzi z domów, masowych aresztowaniach i przeszukaniach klasztorów krążą szeptem przekazywane opowieści, których nie sposób zweryfikować. Dostęp do klasztorów jest zamknięty, ale widok kursujących nocą policyjnych więźniarek daje do myślenia. Rządowa gazeta „New Light of Myanmar” i telewizja raczą Birmańczyków oficjalną propagandą w stylu z najgorszych lat stalinowskiego terroru. Na porządku dziennym są nawoływania do polowań na wrogów pokoju, wichrzycieli, agentów obcych mocarstw. Gdy policja zaczęła strzelać z ostrej amunicji, a na ulicach Rangunu protestowało prawie 100 tys. ludzi, telewizja pokazywała konkurs piosenki transmitowany z birmańskich gór, a po nim uroczyste otwarcie nowo wybudowanego mostu. Patrząc na most i jego okolice, miałem nieodparte wrażenie, że to „nowe otwarcie” oglądałem już w zeszłym roku. Ostatni tydzień spędziłem w mie- szkaniu przy Bargayar Road u znajomego Szkota, który pracuje w szkole dla dzieci z bogatych rodzin. Pozwoliło mi to uniknąć nocnych kontroli wojska i policji przeprowadzanych w hotelach, by wyłapać i odstawić na lotnisko obcokrajowców, w których niespodziewanie odezwała się żyłka dziennikarska. O robieniu zdjęć na ulicy nie ma mowy. Rozstawione niemal na każdym rogu policyjne patrole co chwila żądają okazania paszportu. Dopytują się o aparat fotograficzny i telefon komórkowy. O wysłaniu e-maila również można zapomnieć. Wszystkie kafejki internetowe w Rangunie są nadal zamknięte. Dostępu do Internetu nie ma nawet w legendarnym, zbudowanym w najlepszym brytyjskim stylu kolonialnym, świeżo odrestaurowanym The Strand Hotel przy Strand Road numer 92, gdzie za dobę trzeba zapłacić 480 dolarów. Obsługa, w której stylu wyczuwało się dawną szkołę brytyjską, informuje, że centrum biznesowe zostało chwilowo zamknięte z powodu awarii kabla. Awaria kabla była pierwszą oficjalną wersją przyczyn odcięcia Birmańczykom dostępu do sieci. O przedłużeniu wizy nie ma mowy. Zresztą, kto by miał ochotę tłumaczyć się aroganckim urzędnikom birmańskich służb imigracyjnych. Wyjeżdżam z uczuciem, że w tym kraju mogło się wydarzyć coś naprawdę wielkiego, a skończyło się na wielkiej goryczy. Optymistyczne jest jednak to, że nadzieja ciągle się tli, chociaż nie wiadomo, kiedy zapłonie na nowo.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL