fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Tenis

Andy Murray finałowym rywalem Novaka Djokovicia

Murray w finale Australian Open wystąpi drugi raz z rzędu
Fotorzepa
Szkot Andy Murray zagra w niedzielę w finale z Serbem Novakiem Djokoviciem
Murray pokonał w piątek Davida Ferrera 4:6, 7:6 (7-2), 6:1, 7:6 (7-2) i zasłużył na finał, ale jego rywal nie stracił opinii najbardziej walecznego tenisisty spośród tych, którzy bardziej niż w talent wierzą w pracę i rzemiosło.
Najważniejsza chwila spotkania mogła przemknąć niezauważona, gdyby nie rozmowa zwycięzcy z Jimem Courierem, jeszcze na korcie, tuż po zakończeniu meczu. – Co czułeś, gdy byłeś o jedną piłkę od przegrania także drugiego seta? – dociekał Courier. – Nie miałem o tym pojęcia, pewnie źle usłyszałem sędziego, wydawało mi się, że jest 3:4, czy coś takiego, nie bardzo wiedziałem, jaki jest dokładnie wynik – brzmiała odpowiedź Murraya. Było 4:5 i 30-40.
Jak widać, z małej niewiedzy można mieć w tenisie duży pożytek. Murray, nieświadom groźby, spokojnie obronił piłkę setową świetnym serwisem i po chwili w tie-breaku był już panem sytuacji.
[srodtytul]Bombardowanie[/srodtytul]
Pominąwszy trzeciego seta, w którym Hiszpan na kilkanaście minut stracił oddech i pomysły na wygrywanie wymian, mecz nie zawiódł widzów. Działo się wiele, bo Ferrer nie chciał oddać Murrayowi tanio żadnego punktu. Kilka bardzo długich wymian pokazało wszystkie umiejętności grających. To nie było bezpieczne przebijanie piłki pod górę, tylko obustronne stałe bombardowanie rogów i linii kortu. Gdy nogi przestały nosić Hiszpana tak szybko jak w pierwszym secie (czasem sprawiał wrażenie postaci ze sportowej gry komputerowej), wszystkie niewielkie, ale widoczne przewagi taktyczne i techniczne Szkota, jego większa wszechstronność wzięły jednak górę. Karolina Woźniacka w loży Andy’ego mogła bić brawo.
Novak Djoković też powinien być zadowolony. Ma dzień odpoczynku więcej, a finałowy rywal cztery trudne sety w nogach. Murray w półfinale nie był wzorcem solidności, czasem lekceważył piłki, których nie miał prawa przegrać. Ale trzeci set meczu z Ferrerem powinien ostrzec Serba, że Andy, choć nerwowy i niekiedy rozrzutny, miewa też chwile skupienia, w których nie przebacza rywalowi żadnego błędu.
Zagrają w niedzielę o 9.30 czasu polskiego. Nie mają łatwego zadania, bo jeśli chcą, by ten mecz zapamiętano na długo, muszą dorównać wielkim nieobecnym: Nadalowi i Federerowi. Jak zawsze Murrayowi będzie towarzyszyło oczekiwanie rodaków na wielkoszlemowy tytuł, którego Brytyjczycy nie świętują od 1936 roku, a w Australii od 1934. Szkot zawiódł ich już dwa razy, w 2008 roku w US Open i rok temu w Melbourne. Oba te finały przegrał z Rogerem Federerem.
Djoković raz wygrał w Melbourne, ale w ostatnich latach też został zepchnięty w cień rywalizacji Hiszpana i Szwajcara. Półfinał z Federerem zagrał jednak znakomicie. Statystyka też stoi po jego stronie – wygrał z Murrayem cztery mecze, przegrał trzy, zawsze grali w turniejach cyklu Masters. Gołe liczby jednak oszukują – to Szkot był lepszy w trzech ostatnich starciach.
[srodtytul]Kim u siebie[/srodtytul]
W sobotę, także w stałej porze sesji wieczornych (9.30 czasu polskiego), zaplanowano decydujący mecz kobiet Kim Clijsters – Na Li, następnie ciekawy finał: bracia Bryanowie kontra odnowiony po latach debel indyjski Mahesh Bhupathi i Leander Paes. Belgijka jasno mówi, że to pewnie jej ostatni pełny sezon w WTA Tour, a zatem także ostatni start w Melbourne, że nie przyjedzie potem na antypody co najmniej przez pięć lat. Trzy razy wygrywała US Open, inne Wielkie Szlemy nie nagrodziły jej tak hojnie. Z Australią, która od lat traktuje ją jak swoją, łączy Kim szczególna więź, więc zamknięcie pięknie wznowionej kariery sukcesem na Rod Laver Arena byłoby nagrodą wielkiej wartości.
Chińska rywalka to medialne i sportowe odkrycie ostatnich dni turnieju. Rówieśniczka Clijsters, dla niej też czas płynie już bardzo szybko i wielu więcej szans na zwycięstwo w Wielkim Szlemie pewnie nie będzie miała. Na Li często ostatnio żartuje (ostatnia próbka Chinki: – Najlepszą rzeczą w moim mężu jest jego karta kredytowa...), ale o pierwszy tytuł wielkoszlemowy zagra na pewno na poważnie.
[srodtytul]Ponętny szlem[/srodtytul]
Czeki i puchary odebrały już w piątek deblistki Gisela Dulko i Flavia Pennetta za pokonanie Wiktorii Azarenki i Marii Kirilenko. Finał miał w połowie wielki zakręt, Słowianki prowadziły 6:2 i 4:1, ale ostrzelane przez Włoszkę i Argentynkę schowaną na czarną godzinę ciężką amunicją, w końcu pogubiły się i skapitulowały.
Widzom zwrot akcji bardzo się podobał, tak samo jak uczestniczki meczu, więc wymyślone na poczekaniu określenie tego finału „glam slam”, w dość wolnym tłumaczeniu: „ponętny szlem kibica snem”, było całkiem na miejscu.
[ramka][b]>Mężczyźni[/b]
1/2 finału: A. Murray (W. Brytania, 5)
– D. Ferrer (Hiszpania, 7) 4:6, 7:6 (7-2), 6:1; 7:6 (7-2).
[b]>Kobiety [/b]
Finał debla: G. Dulko, F. Pennetta (Argentyna, Włochy, 1) – W. Azarenka, M. Kirilenko (Białoruś, Rosja, 12) 2:6, 7:5, 6:1.[b]>Mikst [/b]
1/2 finału: K. Srebotnik, D. Nestor (Słowenia, Kanada, 2) – M. Kirilenko, N. Zimonjić (Rosja, Serbia, 3) 6:4, 7:5; Yung-Jan Chan, P. Hanley (Tajwan, Australia) – B. Mattek-Sands, H. Tecau (USA, Rumunia) 2:6, 6:3, 11-9.[/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA