Kultura

Magda Umer – Noce i sny, czyli oswajanie starości

Magda Umer na płycie „Noce i sny” wraca do piosenek Agnieszki Osieckiej, Marka Grechuty, Jonasza Kofty i Jeremiego Przybory. Nagrane w kilka dni, zostały skromnie zaaranżowane, muzyka ustępuje tekstom. Opracowana przez Umer korespondencja miłosna Osieckiej i Przybory „Listy na wyczerpanym papierze” jest teraz hitem wydawniczym. Od pięciu lat Umer występuje z Andrzejem Poniedzielskim w spektaklu „Chlip hop” w teatrze Ateneum
materiały prasowe
Magda Umer nagrała nową płytę "Noce i sny". Mówi o ratowaniu się dowcipem i cyfrowym życiu kultury
[b]Znów nagrała pani smutne piosenki. Piękne, ale smutne. Nie chce się pani zmieniać?[/b]
MAGDA UMER: Może bym i chciała, ale coś we mnie nie chce. Nie decydujemy o tym, jaką mamy osobowość. Próbuję rozjaśniać smutek, ale pocieszam się, że może niewesołość jest mądrzejsza. Człowiek, który jest z natury niewesoły, ma o tyle dobrze, że gdy przytrafi mu się coś radosnego, cieszy się sto razy bardziej niż taki wiecznie pogodny wesołek. [wyimek][link=http://www.rp.pl/artykul/9131,569403-Noce-i-sny-Magdy-Umer.html]Oglądaj tv.rp.pl[/link][/wyimek]
[b]Może jednak przecenia pani smutek?[/b] Są dwa rodzaje: ten, który przemija, i ten, który zostaje na zawsze. Na przykład kiedy odchodzą przyjaciele, troszeczkę się z nimi umiera. Andrzej Poniedzielski mówi, że smutek to radość inaczej. A Wojtek Borkowski, najbliższy mi współpracownik i producent muzyczny nowej płyty, uważa, że noszę smutek promienny. Mam nadzieję, że to słychać w śpiewie. Nie znoszę zabawiania ludzi na siłę. Skecz za skeczem, kabaret za kabaretem, serial za serialem; walka o oglądalność za wszelką cenę. Telewizja zarabia pieniądze kosztem rezygnacji z poziomu inteligencji i wrażliwości odbiorcy. Wychowuje średnich ludzi. [b]Ale dlaczego widzowie oglądają? [/b] Może są zmęczeni po pracy albo po walce o pracę? Może już oduczyli się myśleć samodzielnie. Sukces odnoszą programy, które proponują świat czarno#-biały i pozbawiony niuansów, finezji. Decydenci traktują odbiorców pogardliwie. Ale może już jest lepiej? Wiem o telewizji coraz mniej, bo jej oglądanie rzuciłam dobrych parę lat temu. Naszemu pokoleniu towarzyszył ten szczęśliwy paradoks, że w ciężkich czasach politycznych kultura była na dużo lepszym poziomie. Każdy, kto wychowywał się z kulturą wysoką – dziś traktowaną jak dziwoląg – stawał się innym człowiekiem. Myślę, że artysta, który dostał od Boga talent, ma pewien obowiązek. Powinien robić coś, żeby ludzie wokół byli odrobinę wrażliwsi i mądrzejsi. [b]Dziś młodzi rzadziej chodzą do teatrów, ale znajdują kulturę w sieci.[/b] Dlatego Internetu nie można bagatelizować, trzeba przenosić do niego kulturę. Bo człowiek, który jeździ samochodem z iPodem w uszach, nie skupi się już na czytaniu książki drukowanej, musi mieć e-booka. Świat się zmienił. [b]A może to tylko nowe dekoracje? Wszyscy rwą włosy z głowy, że młodzi żyją na Facebooku, a zamiast się spotykać, wysyłają esemesy. Tylko co z tego wynika?[/b] Nie mówię, że to zmiana na gorsze. Od czterech lat piszę blog, co dzień otwieram laptopa i jestem bardziej związana z Internetem niż z telewizją. Też unowocześniłam dekoracje. Ale może któregoś dnia moje oczy, zmęczone czytaniem książek i zaglądaniem do tych pudełek z niezdrowym światłem, powiedzą: dość. Będę wtedy patrzeć tylko na rośliny, drzewa, na ogień i niebo. [b] Ma pani dużo młodych wielbicielek i wielbicieli. Czego od pani chcą?[/b] Najwyraźniej jest na świecie grupa ludzi, którzy szukają ratunku w myśleniu. Od 40 lat pozwalają, by pewna smutna pani im śpiewała. Ale zastanawiam się, dlaczego słuchają mnie, a nie jakiejś młodej dziewczyny, która by opowiadała o tym samym? Pewnie dlatego, że nikt dziś nie dałby jej takiej możliwości. Impresariowie kazaliby jej śpiewać mniej smutne i modniejsze piosenki. Mam szczęście, że na nowej płycie mogłam zaśpiewać o tym, co mnie interesuje najbardziej – o potędze miłości, lęku przed przemijaniem, oswajaniu się z nim. [b]Kiedy zrozumiała pani, że nie jest nieśmiertelna?[/b] Dorastałam w domu i w szkole bez Boga, komunizm miał zbawić świat. Gdy miałam pięć lat, zdałam sobie sprawę, że wszyscy umrzemy i zakopią nas w ziemi. To było coś straszliwego, może wtedy zalęgła się we mnie depresja? Jako kobieta 30-letnia czułam, że wszystko skończone. Ale im się jest starszym, tym dalej przesuwa się granica starości. Dziś mówię jak bohaterka książki Jacka Dehnela "Lala": "Co to jest 81 lat dla młodej kobiety?". Ratuję się poczuciem humoru, ale nagrałam tę płytę, by podziękować za niesamowite życie, a nie żeby się mazgaić. [b] Od lat działa pani jak kustosz pamięci o Agnieszce Osieckiej i Kabarecie Starszych Panów. Tymczasem minister kultury prowadzi digitalizację – powstaje wielkie cyfrowe archiwum naszej kultury i przeszłości. Tylko czy ktoś do niego zajrzy? Czy będziemy chcieli pamiętać?[/b] Mam nadzieję, że znajdą się młodzi przewodnicy, którzy powalczą o większą wrażliwość następnych pokoleń. Kiedy Pawlikowska wydawała wiersze, cały nakład kupował jej ojciec i składał na strychu w Kossakówce. Leśmian był biedny jak mysz kościelna, bo nikt nie kupował jego poezji. Wtedy wielu ludzi nie umiało czytać. Dziś mamy 3 – 4 procent inteligencji. Mnie zależy, by nie było jej o dwa procent mniej. Chcę wierzyć, że inteligentnych młodych przybywa, tylko o tym nie wiemy, bo korzystają już z nowoczesnych środków przekazu. Najważniejsze, żeby znaleźli się ludzie, którzy w prosty i przystępny sposób potrafią mówić innym o sprawach trudnych. [b]Co najbardziej chciałaby pani ocalić od zapomnienia?[/b] Dla siebie – cudowne chwile, bezcenne błyski i uśmiechy. Dla świata chciałabym czegoś innego – żeby znalazł się geniusz, który wynajdzie nowy ustrój. Nie socjalizmo-komunizm i nie krwiożerczy kapitalizm, tylko system, w którym nie ma miejsca dla biedy. Ona jest najgroźniejsza.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL