fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kolekcje

Dzieła sztuki, w które warto inwestować

Fotorzepa, Robert Gardziński Robert Gardziński
Jeśli nas na to stać, to nie warto ograniczać się tylko do zbierania polskiej sztuki - mówi Janusz Dorosiewicz, kolekcjoner dzieł sztuki
[b]Rz: Jak zaczęła się pana kolekcjonerska pasja?[/b]
[b]Janusz Dorosiewicz:[/b] Pod koniec lat 50. jako student byłem jednym z założycieli klubu Hybrydy w Warszawie na Mokotowskiej 48. Tam zaprzyjaźniłem się z artystami, np. Wandą Warską i Andrzejem Kurylewiczem, znałem Kobielę, Cybulskiego, Janusza Głowackiego. Poznałem wtedy malarza Tadeusza Dominika i kupiłem od niego pierwszy obraz. Wtedy wszedłem w środowisko malarzy.
[b]W 1964 roku wyemigrował pan do Kanady.[/b]
Zainteresowałem się, kto z polskiej emigracji ma obrazy. Kupiłem od kogoś obraz Jana Lebensteina, przez sentyment kolejny obraz Dominika. Kiedy na przełomie lat 60. i 70. przeniosłem się do Nowego Jorku, kupowałem tam polskie współczesne obrazy od słynnej kolekcjonerki Evy Pape. One wówczas kosztowały w Stanach od ok. 500 do 2 tys. dolarów.
[b]Przeżył pan w Nowym Jorku niezwykłą kolekcjonerską przygodę.[/b]
Mieszkałem na Madison Avenue, gdzie co krok były galerie sztuki, nierzadko prowadzone przez Żydów pochodzących z Polski. Oni byli bardzo przychylnie nastawieni do Polaków. Chętnie zaglądałem w okna galerii, ale na niewiele mnie było stać. Kiedyś zaprosił mnie do środka jeden z marszandów i powiedział: mam trzy obrazy, jednego z nich nie sprzedam, na drugi cię nie stać, ale ten trzeci powinieneś kupić! Autorem wszystkich trzech obrazów był Mark Rothko, przyszły klasyk światowej sztuki.
Marszand zapytał, czy mam żonę. Ucieszył się, że nie mam. Stwierdził, że to dobrze, bo zamiast kupować dom i wyposażać go w sprzęty codziennego użytku, kupię od niego ten obraz i będę go spłacał. Zapewniał, że dzięki temu zakupowi na starość będę zamożnym człowiekiem... To była kwota między 200 a 300 tys. dolarów, zupełnie dla mnie niewyobrażalna! Odpowiedziałem, że gdybym miał tyle pieniędzy, to wróciłbym do Polski. Miałem na koncie zaoszczędzone ok. 20 tys. dolarów i uważałem to za ogromny sukces.
Marszand zaproponował, że poręczy za mnie kredyt w banku, by ułatwić mi kupno. Kusił mnie! Zapraszał, żebym siedział przed tym płótnem i po prostu patrzył. Powtarzał: „Posłuchaj, Rothko maluje ciszę...”.
[b]Kupił pan tamten obraz?[/b]
Nie! Sądziłem, że to są jakieś marketingowe sztuczki. Jednak od tamtej pory zacząłem śledzić amerykańską sztukę współczesną, zwłaszcza karierę Marka Rothki.
[b]Ile teraz kosztowałoby tamto dzieło?[/b]
Między 20 a 30 milionów dolarów...
[b]Jak nazywał się marszand o polskich korzeniach?[/b]
Nie pamiętam. To była galeria na Madison Avenue położona między 76. a 80. ulicą.
[b]Jakie wnioski można wyciągnąć z tamtej kolekcjonerskiej przygody?[/b]
Po pierwsze, jeśli nas na to stać, to nie warto ograniczać się tylko do zbierania polskiej sztuki. Po drugie, powinno się kupować tylko sztukę współczesną. Ona najlepiej pasuje do naszego stylu życia, najwięcej mówi o epoce, w jakiej żyjemy. Najlepsze stare dzieła są już w muzeach, natomiast z najnowszej sztuki kolekcjoner może jeszcze zdobyć rzeczy bardzo dobre!
Zacząłem kupować obrazy współczesne Tarasina, Lebensteina, Dominika, Gierowskiego, Pągowskiej. Wtedy obrazy Wojciecha Fangora przerastały mnie jeszcze formą...
[b]Polscy emigranci rzadko kupowali obrazy, jeśli już to przede wszystkim dzieła Kossaków i szkoły monachijskiej.[/b]
Namalowany koń jest tylko koniem... Taki obraz nie wnosi do mojego życia żadnych emocji. Natomiast abstrakcyjny obraz nigdy nie jest taki sam. Kiedy patrzę codziennie na abstrakcyjne obrazy sztuki współczesnej, to stale dostarczają mi nowych przeżyć.
[b]Zbiera pan także rzeźbę.[/b]
Jeszcze w Kanadzie na początku lat 70. kupiłem rzeźbę z brązu Henry’ego Morre’a. Kosztowała ok. 30 tys. dolarów. Niestety, musiałem ją sprzedać, czego do dziś żałuję. Po kilku latach w tej samej galerii dostałem za nią 50 tys. dolarów. Moja pasja do sztuki krąży wokół malarza Marka Rothki. Po latach w jednej z książek przeczytałem, co Henry Moore powiedział o swoim kontakcie z malarstwem Rothki. Było to dla niego najbardziej pouczające spotkanie z malarstwem współczesnym od czasu, gdy w młodości odkrył Cezanne’a, Picassa, Matisse’a.
Teraz koncentruję się na polskiej rzeźbie. Mam prace np. Tadeusza Łodziany.
[b]Ma pan w zbiorach także grafikę artystyczną.[/b]
W Kanadzie kupowałem grafiki Henry’ego Moore’a, Legera, Braque’a, Picassa, odbite i sygnowane przez nich osobiście. Zawsze dbałem o to, żeby kupować specjalne limitowane nakłady, na specjalnych gatunkach papieru. Za grafikę Miro odbitą w nakładzie sześciu sztuk w latach 80. zapłaciłem 5 tys. dolarów. To wtedy była spora suma. Mam także grafiki polskiego malarza Tadeusza Makowskiego, wykonane w technice tzw. suchej igły.
[b]Nie myślał pan, żeby oprócz grafik geniuszy sztuki, kupować także ich obrazy?[/b]
Najważniejsze prace światowych klasyków dawno temu zostały kupione, oczywiście nie byłoby mnie stać na ich zakup. Teraz dostępne są najwyżej ich trzecio- czy nawet czwartorzędne rzeczy. Na polskim rynku pojawiały się obrazy nawet Renoira, ale była to właściwie sama sygnatura malarza... Jak ktoś kupuje tylko nazwisko, to trudno mówić o miłości do sztuki...
[b]A sztuka jako inwestycja?[/b]
Sztuka naturalnie drożeje, stosownie do zamożności społeczeństwa. Jeśli polska gospodarka będzie się rozwijać pomyślnie, to za pokolenie Polacy będą gotowi płacić znacznie więcej za sztukę niż dziś. Na inwestycję najbardziej nadają się zawsze najlepsze dzieła. Zawsze staram się tylko takie kupować, ale wyłącznie z pobudek estetycznych.
Teraz kolekcjonuję dodatkowo z myślą o wnukach, które mają od trzech do ośmiu lat. Oni bardzo lubią abstrakcyjne malarstwo. Im się wydaje, że potrafią malować tak samo jak np. Jan Tarasin.
[b]W kolekcji przeważają duże formaty.[/b]
Mam dzięki temu wrażenie, że obraz wypełnia mi życie. Jeśli ma wymiary np. 2,5 na 3 metry, to w swoim mieszkaniu czuję się tak, jakbym był tylko dodatkiem do sztuki. Mam duże kompozycje np. Tomasza Tatarczyka, Tarasina, Pągowskiej.
Współczesne malarstwo żyjącego artysty wobec zalewu fałszerstw na naszym rynku ma ważną dodatkową zaletę. W każdej chwili mogę odwiedzić autora i zapytać go, czy to na pewno jego praca.
[b]Ostatnio kupił pan na aukcji w Rempeksie obraz inspirowany sztuką Marka Rothki.[/b]
Za 1,2 tys. zł kupiłem obraz Macieja Krakowskiego. Jest w nim zawarta jakby historia mojej przygody z malarstwem Rothki w Nowym Jorku.
[b]Niedrogo! Niska cena ma w kolekcjonerstwie znaczenie?[/b]
Cena nie gra roli! Jeśli kolekcjoner dorósł do jakiegoś obrazu w sensie wrażliwości, chce mieć ten obraz i stać go na zakup, to powinien zapłacić każdą cenę, żeby być z tym obrazem na co dzień. To jest najlepsza inwestycja w siebie, bo taki obraz szalenie wzbogaca duchowo.
[b]Ile czasu poświęca pan kolekcjonerstwu?[/b]
Codziennie godzinę lub dwie przeglądam katalogi aukcyjne, w Internecie szukam dzieł, jakie mnie interesują. Mam około 300 książek z dziedziny sztuki, więc je czytam. Dzięki kolekcji zyskuję to co niewymierne: spokój, nastrój, poczucie wewnętrznej harmonii. To jest na pewno obcowanie z absolutem. Miałem szczęście obcować z wybitnymi artystami, znałem np. Teresę Pągowską. Mam szczęście do ludzi. Na czym to polega? Może na tym, że zawsze mam dla nich czas.
[b]Planuje pan wystawę Rothki w Polsce.[/b]
Otworzą Muzeum Sztuki Współczesnej w Warszawie, które ma być zbudowane obok Pałacu Kultury, to chcę zorganizować tam wystawę tego artysty. To byłoby ukoronowanie mojej kolekcjonerskiej miłości do sztuki i twórczości Marka Rothki. Przeprowadziłem już wstępne rozmowy w tej sprawie.
[ramka][srodtytul]CV[/srodtytul]
Janusz Dorosiewicz (ur. 1939). W Kanadzie pracował jako architekt. Po powrocie do Polski w 1990 roku został producentem filmowym, m.in. filmów Władysława Pasikowskiego „Psy 2” i „Słodko gorzki”, także „Szamanki” Andrzeja Żuławskiego. Założyciel Fundacji Ronalda Reagana w Polsce.[/ramka]
[b][link=http://www.rp.pl/temat/181797.html]Czytaj więcej o kolekcjonowaniu sztuki[/link][/b]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA