Opinie

Ziemkiewicz: Kwestia sumienia

Rafał A. Ziemkiewicz
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
We wpisach pod moim subotnikiem znalazłem taki list. Zakładam, że nazwisko pod nim jest prawdziwe (w internecie wszak nigdy nie ma co do tego stuprocentowej pewności):
[i]Rafale, przeczytałem Twój felieton i zrobiło mi się przykro, że człowiek, z którym się nie zgadzam, ale którego szanowałem, tak bardzo mija się z prawdą. Nie bywałeś wielokrotnie gościem moich Klubów Trójki? Publicyści o prawicowych poglądach nie byli regularnymi komentatorami w porannym "Zapraszamy do Trójki"? Kiedy mówiłem, że Twoje audycje naruszają standardy Trójki to sugerowałem, że chodzi mi o to, kto wcześniej w tym radiu pracował? Gdybyś był jeszcze mniej inteligentny, uwierzyłbym, że szczerze nie rozumiesz, o co poszło. Stwierdzasz: “starałem się właśnie pokazywać głównie tę drugą stronę zagadnienia”. No i o to właśnie chodzi: w radiu publicznym trzeba pokazywać wszystkie strony. Czego z premedytacją w “Trójce po trzeciej” nie robiliście. Więc teraz nie wykręcaj kota ogonem, bo żal.
Jerzy Sosnowski [/i]
Rozwinę temat tu, a nie w odpowiedzi „na priwa”, ponieważ sprawa dotyczy imponderabiliów i ponieważ Jerzego Sosnowskiego nie tylko szanowałem, ale nadal szanuję (chociaż akurat nie jako zawodowego związkowca). Nie rozumiem, co ma wspólnego ze sprawą obecność moja czy innych dziennikarzy etykietowanych jako „prawicowi” w programach radiowych w charakterze gości. Zapewniam, że Jerzy Sosnowski też może liczyć na zaproszenie do mojej audycji, jeśli akurat będzie mi pasował do tematu. I co z tego? W wywiadzie Jerzego dla „Krytyki Politycznej” nie było nic o naruszaniu przez moje programy standardów ? było autorytatywne stwierdzenie, że te a te programy to nie jest prawdziwa Trójka. Starałem się przewodniczącemu NSZZ Pracowników Programu Trzeciego (czy jak się to nazywa) zwrócić uwagę, że przyznając sobie prawo do wydawania podobnych wyroków traci na powadze. Nie wierzy, jego sprawa. Skoro jednak wreszcie padło oskarżenie, to chętnie bym się dowiedział, jakie to standardy ? konkretnie ? i który z moich programów naruszył. Tak się składa bowiem, że nigdy jeszcze żadnego konkretnego zarzutu dotyczącego czy to etyki zawodowej, czy to profesjonalnego kształtu moich audycji nie usłyszałem. Skromnie dopuszczam myśl, że mogę popełniać błędy. Ale jeśli mam być za nie krytykowany, to proszę o zarzuty. A jeśli ktoś nie potrafi mi takowych postawić, to ? zmuszony jestem ponowić apel, który skierowałem do pana przewodniczącego już bodajże w „Newsweeku” ? proszę sobie nie wycierać moim nazwiskiem ust, bo w zawodzie, który uprawiam, to nazwisko jest zarazem rynkowym brandem i jako taki podlega ochronie. Zresztą nie tylko mnie, ale nikomu żadnych zarzutów nie postawiono ? bo także te dotyczące jednego (słownie: jeden) programu Tomasza Sakiewicza, że zaprosił gości „z jednej strony”, trudno traktować poważnie. Co tydzień Jacek Żakowski zaprasza do telewizyjnego studia, na przykład, redakcyjnego kolegę Marka Ostrowskiego, Waldemara Kuczyńskiego i Teresę Torańską. Co drugi tydzień Tomasz Lis zaprasza do swego studia równie „zróżnicowany” skład autorytetów (czasem dodaje jako listek figowy jednego pisowca, z góry ustawiając go na przegranej pozycji). O mediach rzekomo „komercyjnych” nie wspominam, bo są one propagandową tubą władzy z zasady i z mocy ustawy, z jej chorym systemem koncesyjnym, który sprawił, że szanse budowania prywatnych mediów dostali w Polsce tylko pp. Solorz i Walter (oczywiście bez jakiegokolwiek związku z faktem, iż obaj byli dobrze znani służbom, a drugiego z nich za czasów „prylu” Jerzy Urban polecał nawet Czesławowi Kiszczakowi do robienia programów pod egidą SB) a nie np. śp. Marian Terlecki czy pan Grausso. Jedyny zarzut, jaki słyszę, to że dostałem audycję od „pisowskiego” dyrektora. Mówiąc ogólnie, zarzut ten sprowadza się do tego, że w ogóle miałem czelność dostać szansę prowadzenia audycji i z niej skorzystać. A od kogo mogłem niby dostać audycję? Od wspomnianych panów, znanych swoim znajomym? Czy może od hipotetycznego dyrektora mediów publicznych nominowanego przez UW czy PO? Przecież nie od widzów, bo żadnych mediów komercyjnych w Polsce nie ma, proszę mnie nie rozśmieszać (chyba że za „komercyjną” firmę uznamy też Orlen czy OFE ? i one wszak koszą miliony) Wiem, że brzmi to bufoniasto, ale niech czytelnicy sami osądzą. Samo moje pojawienie się w porannym paśmie telewizyjnym, choć ograniczone jedynie do „przemazywania” się przez ekran, podnosiło oglądalność pasma o jedną trzecią, a przy przeglądach prasy czasem i dwukrotnie. „Antysalon” przed wakacjami (na nowe dane muszę jeszcze poczekać) ściągał przed telewizory około 600 tysięcy widzów, czyli mniej więcej co dziesiątego oglądającego telewizję w niedzielny poranek. Jak na program z gatunku „meet the press”, czyli mówiąc po polsku, „siedzą dziennikarze i gadają”, jest to absolutny rekord. Podobnie, jak oglądalność „Ringu” - choć z różnych przyczyn nie całkiem wyszedł on tak, jak powinien - była mniej więcej pięć razy większa od oglądalności innych programów poświęconych z założenia wyłącznie tematyce kulturalnej. I tak dalej, twarde dane liczbowe dotyczące oglądalności, słuchalności, odsłon internetowych etc. można znaleźć. Mniemam, że gdyby w polskich mediach kierowano się logiką komercji, to ktoś w szefostwie telewizji zastanowiłby się, czy gdyby powierzyć mi pasmo bezpośrednio po „M jak Miłość”, to zdołałbym może zatrzymać przy odbiornikach nie co czwartego widza, co uchodzi obecnie za szczyt sukcesu, ale, na przykład, co trzeciego? Cóż, „czego nie wiemy, tego nie wiemy”, i się nie dowiemy. Ale logiką komercji szefowie mediów się nie posługują, ani tych prywatnych, od których nikt bezstronności nie wymaga, ani tych publicznych. W publicznych kamieniem obrazy dla gazet jawnie uprawiających propagandę i lizusostwo wobec establishmentu nie jest wszak, że na antenie pojawiają się TYLKO Pospieszalski, Wildstein i „Misja Specjalna”, ale to, że okropny PiS pozwolił im tam być TAKŻE, obok takich gwiazdorów słuszniactwa jak wspomniany Lis czy Żakowski. Bo zdaniem „obrońców pluralizmu” powinno być i tu tak samo jak w mediach „komercyjnych”, gdzie prawo wstępu daje tylko zblatowanie z władzą i salonem. Podchwytuje Jerzy Sosnowski ? jeśli go dobrze rozumiem ? frazę powtarzaną ostatnio przez przewodniczącego Dworaka czy radcę (tak chyba trzeba tytułować członków rady radiofonii?) Lufta. Mantrę o „zrównoważeniu” poglądów w ramach każdej jednej audycji, czyli że trzeba pokazywać „wszystkie strony”. Doprawdy nie wiem, czy uznać, że Jerzy Sosnowski powtarza te brednie w dobrej wierze, i tym samym odmówić mu rozumu, czy spostponować jego polemiczną rzetelność, zakładając, że świadomie posługuje się argumentem fałszywym. Drogi kolego, umiałbyś wymyślić, że tak walnę z najgrubszej rury, przykładową „zrównoważoną” po dworakowemu audycję o holokauście? Obok Żyda siada hitlerowiec, który dla zrównoważenia poda argumenty, iż żydowski spisek doprowadził „ciosem w plecy” do przegranej Niemiec w wojnie i knuł nad zniszczeniem rasy germańskiej? Tak? Dobrze, co tam sięgać po ekstrema. Jeśli robimy audycję „dlaczego w Polsce brak praworządności”, to musimy połowę cennego czasu antenowego poświęcić na równoważenie przyjętego a priori założenia, że praworządność jest czymś dobrym? (A są argumenty przeciwne ? bezprawie sprzyja akumulacji kapitału, na przykład, czego gospodarcze dzieje III RP są najlepszym dowodem). A rozmawiając o literaturze, musimy przez jedną trzecią czasu omawiać powieści sprzyjające wizji świata według PO, przez drugą trzecią powieści PiS, a resztę czasu podzielić miedzy pisarzy PSL i SLD? Ciekawe swoją drogą ? a w której części umieściłby swoje powieści Jerzy Sosnowski? Dziennikarz nie jest od „równoważenia”, proszę nie powtarzać tych ad hoc wymyślonych na użytek politycznej nagonki głupstw. Dziennikarz ma mówić prawdę i nie ukrywać, do jakiego systemu wartości przymierza fakty. Jeśli gdzieś uchybiłem prawdzie, a zwłaszcza dopuściłem się manipulacji ? proszę albo o konkretny zarzut, albo, kto go nie umie znaleźć, o zamknięcie ust. Moi widzowie, słuchacze i czytelnicy wiedzą doskonale, że jestem wolnorynkowcem i konserwatystą i mogą brać na to odpowiednią poprawkę. A kiedy wypowiadam się publicznie na przykład o ubezpieczeniach rolniczych, to zaznaczam, że z mocy absurdalnego prawa sam jestem nimi objęty, żeby wiadomo było, że wypowiadam się poniekąd także we własnej sprawie – nie robię z siebie pajaca, jak obrońcy pewnego „geja”, którego pani minister miała czelność zdekonspirować, że lobbuje za swoim środowiskiem z pozycji „bezstronnego”. Tak rozumiem rzetelność dziennikarską. Teza, że w mediach publicznych ludzie z zewnątrz, na dodatek o zdeklarowanych poglądach, mogą występować tylko jako goście, a wszystkie programy prowadzone być muszą przez etatowych pracowników, dla odbiorcy niewyrazistych, jest tezą, delikatnie mówiąc, dyskusyjną. Moim zdaniem jest dorabianiem sobie ideologii do prostego, zrozumiałego skądinąd interesu pracowników radia, którzy chcą chronić się przed konkurencją dziennikarzy z zewnątrz. Od załatwiania takich właśnie interesów są związki zawodowe, i dobrze, cokolwiek o tym myślę, nie odmawiam Sosnowskiemu prawa do istnienia (którego on odmawia mnie). Tylko po co walić w dzwony o niezależności etc. ? zwłaszcza gdy się, nolens wolens, wzięło udział w czymś tak parszywym jak akcja wyrzucania z Trójki pod kłamliwymi zarzutami Jacka Sobali? Nie wiem jak Jerzy, ja na jego miejscu czułbym jednak kaca. Piszę o państwowym radiu, bo tu sytuacja jest już wyklarowana i jasna ? sztama, czystka i okej (Trójka, uciekając w dużym stopniu na ideologicznie obojętne pole muzyczne, i tak zdołała się fartownie wywinąć). W telewizji zaś jeszcze przez jakiś czas, może i ponad rok, będzie się kisić. Przez ten rok macherów z Czerskiej będzie miotać wściekłość, że gdziekolwiek poza internetem wciąż mogą być dopuszczani są do głosu „tubylczy” Polacy albo mogą być pokazane zdjęcia rosyjskich funkcjonariuszy niszczących wrak tupolewa. Można wierzyć, że przyczyna jest taka, jaką niedawno wyłożył na naszych łamach Włodzimierz Czarzasty – po prostu i on, i inni postkomuniści zmienili się, uwierzyli, że pluralizm i wielogłosowość to w mediach publicznych istotna wartość. Można też dojść do cynicznych wniosków: po prostu polityczny interes rządzącej telewizją lewicy każe na razie pozwalać „tubylcom” istnieć na antenie, bo raz, że ewentualne ścięcie ich głów to argument przetargowy w negocjacjach z PO, którego nie ma co z góry się wyzbywać, a dwa, że siłą rzeczy walą nie w lewicę, tylko w platformerski rząd, co lewicy podwójnie na rękę; z jednej strony wierzy ona, że rozczarowani kłamstwami PO przerzucą głosy na Napieralskiego, nie na Kaczyńskiego, z drugiej, na rękę jej, by te kłamstwa demaskowali prawicowcy, których się potem skiluje, bo to nie psuje im perspektyw przyszłej lewotuskowej koalicji. Jako ziarenko kręcące się w tych trybach od lat nawet nie muszę czytelnikom tłumaczyć, ku któremu wyjaśnieniu się skłaniam. Gdyby Jerzy Sosnowski swe jeremiady o upartyjnieniu mediów wygłaszał z pozycji hodowcy pietruszki, zgodziłbym się w całej rozciągłości. Tak jak jest – coś mi przeszkadza. Nie mam przecież do niego pretensji, że w takich „dziejowych uwarunkowaniach” musimy docierać do słuchaczy i widzów, wykonywać swój zawód, a nawet służyć czemuś, co, niektórzy przynajmniej, uważamy za swoją misję. Taki parszywy ustrój urządzili nam przy okrągłym stole Wałęsa z Jaruzelskim, innego ustroju i innych mediów nie mamy. Ja w każdym razie zdaję sobie z jego parszywości sprawę, i staram się robić swoje, być, jak to ujmował poeta, tym kamieniem, na którym lawina może choć odrobinę zmieni bieg. A Jerzy… no właśnie, sam wciąż nie wiem, nie rozumie, czy udaje, że nie rozumie?
Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL