fbTrack

Opinie

III RP nie realizuje postulatów Sierpnia

Fotorzepa, Justyna Cieślikowska
Polska jest dziś krajem dramatycznych nierówności. Zabezpieczenie socjalne jest skromne, demokracja odległa od ideału ludowładztwa, a Bruksela wiele w Polsce może – w 30. rocznicę strajków sierpniowych pisze publicysta i ekonomista
Spór o formę obchodów 30. rocznicy powstania „Solidarności” przetoczył się w tych dniach przez Polskę. To zrozumiałe. Ale ta rocznica powinna być przede wszystkim okazją do refleksji nad minionymi dekadami, które przyniosły historyczny przełom.
[srodtytul]Program demontażu[/srodtytul] W 1980 roku nikt ze strajkujących robotników nie wiązał nadziei z wewnętrzną reformą systemu. Gwarantem zmian miał się stać niezależny od władz związek zawodowy. Twardo domagano się też poszerzenia wolności (likwidacja cenzury) i odsunięcia aparatu partii komunistycznej od decyzji kadrowych w zakładach pracy (nomenklatura). Żądano również zasadniczej poprawy sytuacji materialnej pracowników.
To był de facto – choć niewyrażony wprost – program demontażu systemu komunistycznego. Postulaty polityczne mogły być zrealizowane tylko pod warunkiem likwidacji zasadniczych cech porządku komunistycznego. Postulaty bytowe były możliwe do realizacji (choć nie w kształcie zapisanym w porozumieniu) tylko w długim okresie. Liderzy komunistyczni do realizacji postulatów jednak się zobowiązali, ale w sposób oczywisty nie mieli zamiaru się zgodzić na usunięcie fundamentalnych cech systemu w którym pełnili kluczowe funkcje. Znaczyło to, że także postulaty bytowe nie mogły być spełnione – nawet w długim okresie. Od początku grano na zwłokę i czekano na odpowiednie warunki by „Solidarność” zlikwidować. [srodtytul]Terror i nieefektywność[/srodtytul] Przepychanka trwała 500 dni, a impas – wraz z upływem czasu – stawał się coraz bardziej oczywisty. Błędy „Solidarności” i usilne sugerowanie przez ekipę Jaruzelskiego, że grozi nam krwawa sowiecka interwencja, miały wpływ na przekonania Polaków. Jest faktem, że gdy Jaruzelski 13 grudnia sterroryzował społeczeństwo, to sprzeciw nie był powszechny. Wielu ludzi uznało, że Polska musi pozostać komunistyczna. Wbrew deklaracjom Jaruzelskiego stan wojenny osłaniał próbę odbudowy nadwerężonego porządku komunistycznego. Bezpośredni terror pozwolił też zapobiec protestowi, mimo że sytuacja bytowa ludności uległa dalszemu pogorszeniu. Jednak szok stanu wojennego stopniowo mijał, natomiast nieefektywność gospodarki pozostała zasadniczą cechą systemu, a jednocześnie – pierwszy raz w powojennej historii – działała nieźle zorganizowana opozycja. Nowym elementem była też całkowita utrata wszelkich nadziei wiązanych z systemem komunistycznym. W PZPR pozostali wyłącznie ludzie motywowani karierą osobistą, a system mógł dalej trwać tylko dzięki stosowaniu przemocy. W przyspieszonym tempie sytuacja komunistycznej władzy stawała się coraz gorsza. Wprawdzie zorganizowana opozycja nie rosła w siłę, ale było wysoce prawdopodobne, że masowy protest jest realny, a opozycja solidarnościowa zdoła stanąć na jego czele. Ponadto w okres erozji wszedł system w Rosji i polscy aparatczycy nie mogli już liczyć na „bratnią pomoc”. Rządzący – po niepowodzeniach liftingu systemu (referendum, konsultacyjna rada przy Jaruzelskim) – zaczęły rozważać zmiany dalej idące: posunięcie się „na ławce władzy”. Wprawdzie podjęta została jeszcze jedna próba wewnętrznej stabilizacji reżimu (rząd Rakowskiego), ale wkrótce zdecydowano się na szukanie pomocy opozycji. Solidarnościowa opozycja miała już zresztą status nieomal formalnego partnera – działał Komitet Obywatelski przy Lechu Wałęsie, który sygnalizował, że gotów jest zawrzeć kompromis z władzami. Celem było „pokojowe obalenie” systemu komunistycznego, a warunkiem wstępnym przywrócenie prawa „Solidarności” do legalnego działania. Władze godziły się na ustępstwa, ale chciały gwarancji dalszego rządzenia w systemie półdemokratycznym. Liczyły na stabilizację sytuacji dzięki bolesnym zmianom gospodarczym ubezpieczonym przez autorytet „Solidarności”. [srodtytul]Dwoista natura[/srodtytul] Spotkanie nastąpiło przy Okrągłym Stole. Zawarto porozumienie idące dalej, niż oczekiwały władze. Logika obrad przy otwartej kurtynie była dla władz zabójcza. Społeczeństwo zobaczyło opozycję jako ludzi odpowiedzialnych. Władze wiedziały, ze systemu nie można już uratować, a obydwie strony miały świadomość, że brak kompromisu doprowadzi (choć niekoniecznie natychmiast) do siłowego konfliktu. Porozumienie Okrągłego Stołu dobrze wyrażało dwoistą naturę „Solidarności”: związku zawodowego i ruchu społecznego. Manifestowało się to w dwu cechach tego porozumienia: kompromisie w kwestiach politycznych i uzgodnieniu programu przebudowy ustrojowej w gospodarce respektującego interesy środowisk pracowniczych. Wyniki wyborów 4 czerwca przyniosły druzgocącą porażkę ugrupowaniom peerelowskim, ale ujawnił się też pewien dystans części społeczeństwa wobec elit solidarnościowych (znalazło to wyraz w relatywnie niskiej frekwencji wyborczej – niewiele ponad 60 proc.). Z perspektywy czasu widać, że była to bardzo ważna cezura – „Solidarność” utraciła pozycję kluczowej instytucji dla polskich przemian. [srodtytul]Ciężar patronatu[/srodtytul] Znaczna część ludzi demokratycznej opozycji zgoła uznała patronat „Solidarności” (i związkowe postulaty) za ciężar i ograniczenie. Uwierało szczególnie przywiązanie do wartości egalitarnych, ale też trzy inne komponenty tożsamości „pierwszej »Solidarności«”: przywiązanie do narodowego państwa, skłonność do pojmowania demokracji jako „ludowładztwa” i konserwatywny stosunek do kwestii obyczajowych. Każda z tych cech kolidowała z programem liberalnej „reformy”, cieszącym się poparciem znacznej części dawnej demokratycznej opozycji działającej poprzednio pod parasolem „Solidarności”. [srodtytul]Jednak zwycięstwo wyborcze [/srodtytul] 4 czerwca – także ze względu na kontrakt Okrągłego Stołu – nie dawało „reformatorom” swobody działania. Liberalnie zorientowana część dawnej demokratycznej opozycji nie mogła wówczas realizować swojego programu bez przyzwolenia „Solidarności” i ugrupowań postkomunistycznych (w Sejmie zajmowali „ośle ławy”, ale to było 2/3 wszystkich miejsc). Plan Balcerowicza został jednak de facto zadekretowany (Sejm praktycznie bez dyskusji uchwalił wszystkie ustawy w czasie krótszym niż dwa tygodnie). Było to możliwe, bo „plan” poparł Wałęsa, a w Sejmie ręce podnieśli prawie wszyscy posłowie wybrani z list peerelowskich. I dla „Solidarności”, i dla ugrupowań postkomunistycznych miało to bardzo istotne następstwa. [srodtytul]Nierówny zysk[/srodtytul] Wydaje się, że w opinii społecznej „Solidarność” przestała być postrzegana jako organizacja reprezentująca interesy dużych grup pracowniczych. Wprawdzie Wałęsa wygrał jeszcze wybory prezydenckie jako lider związku (i dzięki jego organizacyjnemu wsparciu), ale nie sposób wiązać tego zwycięstwa z oceną ówczesnej polityki związku. Ugrupowania peerelowskie (przede wszystkim SdRP, powstała z przekształcenia PZPR) stały się „partiami jak inne”. „Reformatorzy” jeszcze nie zdecydowali się na kooptację tego środowiska (a później urosło ono w siły), ale poparcie dla „reform” dało środowiskom postkomunistycznym gwarancję politycznego bezpieczeństwa. Marginalizacja „Solidarności” i kształtowanie się „obozu reformatorów” na początku lat 90. oceniane jest dziś przez wielu z entuzjazmem. Faktycznie, Polska osiągnęła znaczące sukcesy, choć były one w znacznej mierze „naturalne”. Okazało się, że na odrzuceniu komunizmu można tylko zyskać. Zresztą okoliczności transformacji były korzystne (przede wszystkim uwarunkowania w gospodarce światowej). [srodtytul]Wyborcze rewolty[/srodtytul] System komunistyczny został więc definitywnie odesłany do lamusa historii. Rynek i prywatna własność stanowią podstawę ładu ustrojowego w gospodarce, jakoś działa demokracja przedstawicielska, a Polska korzysta ze znacznej dozy suwerenności. Ten rezultat w sensie najogólniejszym wyraża aspiracje solidarnościowego ruchu. Jednak nie można powiedzieć, że obecna Polska po prostu wyrosła z solidarnościowego przesłania. Na upadku systemu komunistycznego zyskały wszystkie duże grupy (również robotnicy), ale w bardzo różnych proporcjach. Polska jest dziś krajem dramatycznych nierówności. Zabezpieczenie socjalne jest bardzo skromne. Demokracja polityczna jest odległa od ideału ludowładztwa (nieprzejrzysty system, w którym wielki wpływ dają „pieniądze”), a Bruksela wiele w Polsce może. W sumie polska wersja „demokratycznego kapitalizmu” wydaje się dość odległa od solidarnościowego ideału. Dysonans między oczekiwaniami i realną zmianą stał się prawdopodobnie główną przyczyną „wyborczych rewolt”, które czasowo odsuwały „reformatorów” od rządowej władzy. Tak chyba trzeba interpretować epizod rządów Jana Olszewskiego. Takie było źródło wyborczego zwycięstwa AWS i – pewnie w mniejszym zakresie – PiS. Jednak zarówno lata 1997 – 2001, jak i okres 2005 – 2007 nie przyniosły przemyślanej korekty kierunku przemian ustrojowych i głównych linii polityki gospodarczej. Ani PiS, ani tym bardziej AWS nie wypracowały i nie podjęły próby wdrożenia polityki, która wyrażałaby alternatywną koncepcję transformacji w duchu solidarnościowej tożsamości. Ich polityka była niespójna i jeżeli jakieś przekonanie generalnie wyznaczało jej perspektywę, to przekonanie, że „sanacja” powinna wyeliminować komunistyczno-liberalne „układy”. Nie tyle szukano skorygowanej formuły ładu ustrojowego, ile oczekiwano, że system o cechach wolnorynkowych (Buzek wprowadził cztery „wielkie reformy”, a Kaczyński – zresztą przy pomocy PO i SLD – spłaszczając podatki, preferował interesy grup zamożnych) pozbawiony balastu „układu” przyniesie satysfakcjonujące rezultaty. Tę nadzieję miał również związek „Solidarność” i dlatego (choć nie tylko dlatego) popierał PiS i był zgoła częścią AWS. Nie można tego postrzegać – jak chce wielu polityków i komentatorów z obozu liberalnego, a także niektórzy byli działacze „Solidarności” – jako czystej politycznej patologii. To przede wszystkim – po trosze rozpaczliwe i nieporadne – próby popchnięcia polityki w kierunku solidarnościowych ideałów. Ale ponieważ były to próby nieudane, to prestiż związku doznał dalszego znacznego uszczerbku. [srodtytul]W klatce historii[/srodtytul] Z perspektywy 30 lat widać dobrze, że „Solidarność” odegrała rozstrzygającą rolę w doprowadzeniu do upadku komunizmu. Jednak po upadku tego reżimu ukształtował się model ustrojowy odległy od solidarnościowego etosu. Wielu ludzi działaczy pierwszej „Solidarności” w istocie nie akceptowało jej etosu – oni działali (bardzo często wiele ryzykując) w organizacji, która była antykomunistycznym taranem. Często mają duże zasługi, ale nie mają racji, gdy twierdzą, że obecny system jest jedynym rozsądnym następstwem solidarnościowej rewolucji. Obecny prezydent kilkakrotnie mówił, że na wiecach wykrzykiwał: „Nie ma wolności bez »Solidarności!«” i sugerował, że idee „Solidarności” właśnie (pod rządami PO) tryumfują. To – w najlepszym razie – nieporozumienie. Dziś, 30 lat po powstaniu, „Solidarność” jest słabym i stosunkowo nielicznym związkiem. Mimo wszystko historyczna pamięć jest jego najważniejszym kapitałem. Ten kapitał nie powinien związku zamykać w klatce historii, ale nie jest on balastem. Może być przekształcony w program wyrażający interesy wielkich grup pracowniczych, które w toku transformacji zostały zepchnięte na margines. Słusznie mówi Janusz Śniadek, że „Solidarność” jest nadal Polakom potrzebna. Choć na sukces nie jest skazana. [i]Autor jest publicystą, ekonomistą i politykiem. W latach 1980 – 1981 ekspert NSZZ „Solidarność”, po 1989 roku twórca i lider Unii Pracy[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL