fbTrack

Muzyka

Vavamuffin – „Mo’ Better Rootz”

Vavamuffin przekonuje, że Warszawa jest „piękniejsza niż Paryż na fotkach”
Fotorzepa, Jerzy Dudek JD Jerzy Dudek
Nie mamy wątpliwości, co jest najważniejszą polską premierą wakacyjnych miesięcy. Czwarta płyta popularnego zespołu Vavamuffin – „Mo’ Better Rootz” – porwie wszystkich. Niezależnie, czy bliskie, czy dalekie jest im klasyczne reggae. Poza tym grupa znów sławi stolicę.
Warszawska grupa od początku stanowiła kolektyw indywidualności, ale nigdy nie było widać tego lepiej niż teraz. Jej członkowie angażują się w autorskie projekty, rejestrują gościnne występy, grają u innych artystów, a nawet produkują im całe albumy. Jednak Vavamuffin nigdy nie traktowali drugoplanowo.
[wyimek][link=http://empik.rp.pl/mo-better-rootz-vavamuffin,prod58392688,muzyka-p]Zobacz na Empik.rp.pl [/link][/wyimek] [srodtytul]Z partyjnym kacykiem[/srodtytul]
– To, czego nauczyliśmy się na własną rękę, wnosimy jako wartość dodaną. Vavamuffin to dla nas statek matka. Gdy potrzebuje pomocy, inne rzeczy automatycznie idą na bok – przekonuje Pablopavo, wokalista, ale także autor świetnie przyjętego solowego „Telehonu”. – Nowa płyta Vavy jest wynikiem obserwacji poczynionych przez ostatnie trzy lata. Nasłuchaliśmy się wielu nowych (i starych) produkcji, napatrzyliśmy się na wiele sytuacji, było sporo czasu, żeby przełożyć to na kawałki – uzupełnia Mr. Reggaenerator, drugi „głos” w zespole. Gdy oddala się na chwilę, Pablo przekonuje, że wkład Reggaeneratora był dla warstwy tekstowej „Mo’ Better Rootz” najważniejszy. Ma rację. Trzeba posłuchać, jak apeluje o to, by „kochać można było bez opodatkowania ciał” i żeby „Vava nie pomyliła się Vivą”. Ewentualnie zwiastuje „huragan, który bez pardonu z parkietu powyrywa setki dech”. Do niego należy też najlepsza definicja postawy kapeli – „bosko, ale w ostrogach”. Ten charakter dobrze widać. Trzecia ze stojących za mikrofonem postaci, najbardziej doświadczony w całej ekipie Don Gorgone, zmuszona była niestety ograniczyć swoją rolę w związku z przejściowymi problemami zdrowotnymi. Koledzy mówią, że dał z siebie więcej, niż mógł. Gdyby słuchał lekarzy, w ogóle nie powinien brać udziału w przedsięwzięciu. Ale nikt w „plemieniu Vava” nie brał takiego scenariusza pod uwagę. Większość utworów powstawała bowiem od zera, w czasie prób – również dlatego, że gdyby powtórzyć doświadczenia ze studyjnego „Inadibusu”, byliby dopiero w połowie pracy. Często kompozycje docierały się dopiero podczas koncertów. O ostatecznym kształcie utworów i całej płyty decydował każdy z członków. Pełna demokracja. [link=http://www.zyciewarszawy.pl/artykul/507831_Bosko__ale_w_ostrogach.html]Czytaj więcej w Życiu Warszawy[/link]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL