fbTrack

Mieszkaniowe

Deweloperzy przepłacili za grunty

Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Kupiona w szczycie nieruchomościowej hossy ziemia warta jest dziś nawet 1/3 ówczesnej ceny. Wysoki koszt gruntu w cenie mieszkań wstrzymuje budowę części apartamentowców
– Na rynek trafiają dziesiątki ofert sprzedaży działek kupionych w szczycie rozgrzania rynku, często w bardzo atrakcyjnych lokalizacjach – mówi członek zarządu jednej z giełdowych firm deweloperskich. – Właściciele chcą się ich pozbyć, nawet ze stratą, by spłacić zaciągnięte na ich kupno kredyty. A te były często dwu-, trzykrotnie wyższe od obecnych cen – dodaje.
Choć zainteresowanie mieszkaniami, biurami i galeriami handlowymi zaczyna w Polsce odżywać po kryzysowym dołku, to branża deweloperska jeszcze długo będzie dochodzić do siebie. – Na rynku gruntów widoczne są pierwsze oznaki ożywienia. Strony chętniej siadają do rozmów, jest więcej transakcji, ceny odbiły się od dna – mówi Daniel Puchalski, dyrektor działu gruntów inwestycyjnych w firmie doradczej Colliers International. – O powrocie do cen sprzed kryzysu jeszcze długo jednak nie będzie mowy – zaznacza.
Absolutny rekord cenowy nad Wisłą ustanowiła irlandzka firma Redshank, kupując w 2006 r. od spółki Zachodni NFI dwie działki przy ul. Hożej w Warszawie, o łącznej powierzchni niemal 1,9 tys. mkw. Sprzedający skasował za nie 58 mln zł, tj. 31 tys. zł za mkw. Eryk Karski, ówczesny prezes spółki Zachodni NFI, nie krył zadowolenia: – Nie jestem pewien, czy moglibyśmy zarobić tyle co na sprzedaży ziemi, budując nawet najbardziej ekskluzywny apartamentowiec. Trudno się dziwić – koszt ziemi, w przeliczeniu na metr kwadratowy lokalu, wyniósłby niemal 10 tys. zł. Choć od transakcji minęły prawie cztery lata, nic nie wskazuje na to, by w najbliższym czasie na działce powstał zapowiadany przez Redshank zespół apartamentowców. Właśnie jesienią 2006 r. ceny ziemi w głównych miastach Polski sięgnęły szczytów absurdu. Wtedy do ofensywy na szeroką skalę ruszyli inwestorzy zagraniczni, głównie z Hiszpanii i Irlandii. Twardy orzech do zgryzienia mają dziś dwaj hiszpańscy deweloperzy. Lubasa i Sando zwyciężyli w morderczej rywalizacji o tereny stołecznych zajezdni autobusowych przy ulicach Inflanckiej i Chełmskiej. Pierwszy za 28,7 tys. mkw. zapłacił 390,6 mln zł, czyli 13,6 tys. zł za mkw., drugi za 5,1 hektarową działkę wyłożył 371,5 mln zł – ok. 7,2 tys. zł za mkw. Lubasa zdecydowała się zmierzyć z wyzwaniem, jakim jest wyjście chociażby na zero w projekcie, w którym koszt ziemi w metrze powierzchni budynku wynosi 5 tys. zł – i przy Inflanckiej buduje biurowiec. Inwestycja przy Chełmskiej nie doczekała się jeszcze nawet startu. By zrealizować 20 – 30-proc. marżę brutto na sprzedaży w przypadku mieszkań po 7 – 7,5 tys. zł za mkw., koszt gruntu w tej cenie nie powinien przekroczyć 1 tys. zł. Potknięcie zdarzyło się też liderowi rynku mieszkaniowego – Dom Development. W 2008 r. kupił kamienicę Raczyńskich przy ul. Mazowieckiej w Warszawie, płacąc 100 mln zł. Plany były ambitne – miał powstać najbardziej luksusowy apartamentowiec w tej części Europy. Tymczasem spółka już spisała na straty 10 proc. wartości inwestycji i szuka chętnych do kupna tej nieruchomości. Z kolei firma LC Corp za niecały hektar ziemi w Katowicach przy al. Roździeńskiego, zapłaciła 80 mln zł (8 tys. zł za mkw.). Miał tam stanąć 220-metrowy wieżowiec. Ale realizację inwestycji wstrzymywał najpierw Urząd Lotnictwa Cywilnego, a potem kryzys.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL