fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Podróż do źródeł natchnienia

Fotorzepa, BS Bartek Sadowski
Dzięki nowej płycie Johna McLaughlina wiemy, kto wywarł największy wpływ na jego muzykę i życie
To najbliższy jazzowym korzeniom album McLaughlina, chętnie sięgającego po rockowe i klasyczne motywy, ale także nagrywającego z artystami z kręgu world music.
Na muzyczną drogę i życie duchowe McLaughlina największy wpływ wywarł jeden album Coltrane’a – „A Love Supreme” z 1965 r., choć nawet dziś gitarzysta przyznaje, że wówczas nie rozumiał tej muzyki. Ale na okładce znalazł słowa saksofonisty, które naprowadziły go na drogę własnych duchowych i twórczych poszukiwań, bo muzyka Coltrane’a była żarliwym i szczerym wyrazem uwielbienia dla Najwyższego.
W 1965 r. McLaughlin miał już za sobą grę w czołowych brytyjskich zespołach r’n’b: Georgie Fame’a, Grahama Bonda i Briana Augera. Był sfrustrowany powtarzaniem prostych akordów, czuł, że jego powołaniem jest improwizacja. Płyt amerykańskich jazzmanów słuchał od końca lat 50., w tym nagrań Coltrane’a, ale „A Love Supreme” było dla niego olśnieniem.
– Usłyszałem coś, czego nie mogłem ogarnąć jako muzyk. Na okładce albumu znalazłem poemat, modlitwę Coltrane’a, który skłonił mnie do zadania sobie podstawowych pytań: Kim jestem? Kim jest Bóg? Czym jest wszechświat? – powiedział McLaughlin w rozmowie z dziennikarzem magazynu „Jazz Times”. Poszukiwanie odpowiedzi na te pytania wytyczyło artystyczną drogę gitarzysty.
Kiedy wyemigrował do Nowego Jorku, jego oryginalny styl gry od razu zauważyli inni. Do grupy Lifetime zaprosił go perkusista Tony Williams, a potem polecił Milesowi Davisowi. McLaughlin zagrał na najważniejszych jego płytach, które zapoczątkowały erę jazz-rocka: „In a Silent Way” i „Bitches Brew”. Niedługo potem założył The Mahavishnu Orchestra, najbardziej radykalną grupę nurtu fusion. Oprócz rockowych i jazzowych elementów znajdziemy u niego rhythm and bluesa, a nawet odniesienia do muzyki klasycznej.
Na nowej płycie „To the One” jest przede wszystkim jazzmanem. Jeden z najwybitniejszych gitarowych wirtuozów przestał popisywać się błyskotliwą techniką, a skupił na duchowym przekazie swojej muzyki. Zachwyca brzmienie instrumentu, przemyślane, rozbudowane improwizacje. Nie ma tu zbędnych dźwięków, choć muzyka momentami jest bardzo intensywna, nasycona rytmem: kameruńskiego basisty Etienne’a M’Bappe’a i perkusisty Marka Mondesira wspomaganego przez Gary’ego Husbanda – perkusistę i klawiaturzystę.
McLaughlin znalazł właściwy dla siebie sposób przekazywania emocji, opisywania świata i przeżyć. Artysta tak dynamiczny w swych solówkach jest jeszcze bardziej przekonujący w balladach, jak choćby w „Lost and Found”.
Album zamyka utwór tytułowy. Ekstatyczna, grupowa improwizacja w stylu, jaki doprowadził do doskonałości John Coltrane. „To the One” jest albumem dla wymagających miłośników jazzu i przed nimi postawi wysoką poprzeczkę.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA