fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Phil Collins powraca do gry

Phil Collins był gościem specjalnym jazzowego festiwalu w Montreux. Tylko tam i w Londynie przedstawił przedpremiero wo piosenki z nowego albumu „Going Back”, który ukaże się we wrześniu. „Rz” jako jedyna polska gazeta była świadkiem powrotu mistrza
WARNER
Muzyk był największą gwiazdą kończącego się festiwalu w Montreux. We wrześniu ukaże się płyta
Nad Jezioro Genewskie, do Montreux, gdzie w lipcu trwa najbardziej prestiżowy letni festiwal muzyczny na kontynencie, ściągnęły tysiące młodych ludzi z całego świata.
[srodtytul]Dziecięce emocje [/srodtytul]
Na tym tle 59-letni Phil Collins, wchodząc na scenę Audytorium Strawińskiego, wyglądał jak bohater "Końcówki" Becketta. Pełna emocji mimika i ekspresyjne ruchy podziwiane jeszcze podczas ostatniego tournée Genesis przepadły bezpowrotnie. Oczy, zgodnie z beckettowskimi didaskaliami, skrywały przyciemnione okulary. Nie zdziwiłbym się wcale, gdyby wokalista wjechał na scenę na wózku inwalidzkim: o stanie jego zdrowia docierały hiobowe wieści.
– Lata siedzenia za perkusją przypłaciłem operacją kręgosłupa. Grać już nie mogę, ale będę śpiewał – pocieszał siebie i fanów.
Na początku koncertu w Montreux można było pomyśleć, że jednak pokonał chorobę: kiedy rozświetliła się scena, pośród perkusyjnych talerzy błysnęła charakterystyczna łysina. Ale było to tylko łudzące podobieństwo należała do Lesliego Smitha, który zastępuje Phila za bębnami. On sam stanął na proscenium. Poruszał się nie bez trudu. Zdecydował się tylko na dwa koncerty w Europie. Patrząc z bliska na jego dłoń ściskającą mikrofon, można było zobaczyć żleby w miejscu zwiotczałych ścięgien. Te dłonie nie mogą, jak dawniej, wywoływać perkusyjnej burzy.
Pociechę znalazł Collins w soulowych piosenkach artystów skupionych wokół legendarnej wytwórni Motown, słuchanych w dzieciństwie na przełomie lat 50. i 60.
– Dwa lata temu postanowiłem, że zaśpiewam je na nowej płycie "Going Back" – powiedział w Montreux. – Nie chciałem nic zmieniać, tylko przypomnieć dawne emocje.
Gdy w maju zaproszono mnie na przesłuchanie albumu przywiezionego do Warszawy przez przedstawicieli niemieckiego oddziału Warnera, towarzyszyły mi najgorsze przeczucia. Co to za tytuł: "Cofając się w przeszłość"? A dlaczego nie "Wybiegając w przyszłość"? Czyżby kolejny – po Rodzie Stewarcie i Carlosie Santanie – artysta, który odnosił wielkie sukcesy w latach 70. i 80., szukał sposobu na comeback, bo ostatnio mu się nie wiodło?
[srodtytul]Jeden z trzech [/srodtytul]
Kiedy debiutował solo albumem "Face Value" (1981), a i nagrywając trzy kolejne, sygnował je na okładce twarzą i mógł fanom spojrzeć prosto w oczy. Tworzył nową jakość w światowym popie. Nigdy nie udawał, że w życiu prywatnym jest szczęśliwy. Śpiewając o kilku rozwodach, kompensował rodzinne niepowodzenia obecnością na szczytach list przebojów. Tylko Michael Jackson, Paul McCartney i on sprzedali po 100 milionów albumów pod szyldem macierzystego zespołu i solo.
Stał się tak wpływową osobistością, że pomógł wrócić na scenę Fridzie z ABBY i Ericowi Claptonowi. Jednak od połowy lat 90. sam sobie nie mógł pomóc. Przeboje do disnejowskiego "Tarzana" to za mało dla wymagającej, dojrzałej publiczności. Spróbował więc powrotu z Genesis. Skończyło się na koncertach. Zanim w gronie kilku dziennikarzy wysłuchaliśmy "Going Back", odebrano nam telefony komórkowe, na których moglibyśmy zarejestrować nowe piosenki. Żarty? Kto by chciał ich słuchać? Tymczasem okazało się, że "Going Back" może być krokiem w przyszłość.
Z tym większą nadzieją czekałem na szwajcarski show w Montreux, gdzie Collins dostąpił zaszczytu wystąpienia na prawach gościa specjalnego – przed koncertami Quincy Jonesa, Diany Krall, Nory Jones czy Dead Weather. Kto miał wątpliwości, ile wart jest artysta, mógł spojrzeć na cenę biletu: 380 szwajcarskich franków (ok. 1200 zł). Wysoką nawet jak na Montreux, gdzie zjeżdża śmietanka towarzyska z całego świata.
Znana jest już okładka nowej płyty: na archiwalnym zdjęciu kilkunastoletni Phil trzyma pałeczki perkusji. W oczy rzuca się biały krawat. Taki sam założył na otwarcie szwajcarskiego festiwalu i nie była to bynajmniej biała flaga. Muzyk się nie poddaje, a o tym, że sięgając po soulowe przeboje, nie jest koniunkturalistą, świadczą wcześniejsze płyty. Zawsze były na nich autorskie kompozycje utrzymane w stylu Motown. W Montreux zaśpiewał jedną z nich, "You Can't Hurry Love" The Supremes. Poderwała publiczność do tańca, a Phil oddał hołd czarnym mistrzom, na jaki nie zdobyła się dotąd żadna z białych gwiazd. Uświadomił, ile show -biznes zawdzięcza Motown.
Jego wersja "Papa Was a Rolling Stone" z wibrującymi trąbkami była lepsza od tej Roda Stewarta. Gdy zaintonował "Dancing on the Street", nie sposób było nie pamiętać, że reinterpretacją tej kompozycji szukał szansy na listach przebojów duet Mick Jagger i David Bowie. Dynamicznym "Going to a Go -Go" podgrzewali atmosferę koncertów The Rolling Stones. Phil zaśpiewał subtelniej. Nową wersją "You Really Got a Hold on Me" rozpoczynali karierę Beatlesi, u boku których Collins debiutował w roli zwariowanego nastolatka w "A Hard Day's Night". Lennon śpiewał lepiej.
[srodtytul]Laudacja Jonesa [/srodtytul]
W Montreux Collinsowi towarzyszyli Bob Babbitt, Eddie Willis i Ray Monette, członkowie legendarnej formacji The Funk Brothers, która nagrywała z największymi czarnymi gwiazdami. Z ich pomocą swingowały szlagiery Hollanda i Smokey Robinsona, "Uptight" i "Blame It on the Sun" Steviego Wondera. W finale zaś wyszedł na scenę Quincy Jones, jeden z największych autorytetów czarnej muzyki.
– Kariery Phila nie wspierają CIA, KGB ani Mossad. On ma talent – wykrzyknął z zachwytem.
I bez tej laudacji koncert udowodnił, że "Going Back" to jeszcze nieostatnia taśma nagrana przez Collinsa. Wyznał, że pisze nowe piosenki, i wykonał jedną z nich, potwierdzając, iż nie jest wypalonym kompozytorem. Zazwyczaj zwierzał się z niepowodzeń. Tym razem śpiewał, że każdego dnia możemy czuć się jak w raju.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA