fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Mieszkaniowe

Kilka ofert z jednego bloku niepokoi klientów

Fotorzepa, Jak Jakub Ostałowski
Możliwość zabudowy sąsiednich działek, planowane trasy szybkiego ruchu, a nawet morderstwo w okolicy – to wszystko może przeszkodzić w sprzedaży mieszkania
– Każde wydarzenie, które ma lub może mieć wpływ na bezpieczeństwo lub samo jego poczucie, wpływa na popyt w danej lokalizacji – przyznaje pośrednik Cezary Szubielski, dyrektor żoliborskiego biura Krupa Nieruchomości. – Dla klientów ważne bywają nawet statystyki napadów czy kradzieży samochodów.
[srodtytul]Bo budynek się sypie[/srodtytul]
Krzysztof Celiński, pośrednik z agencji nieruchomości Askel, potwierdza, że klienci wybierają dany rejon miasta m.in. przez pryzmat bezpieczeństwa. – Są miejsca, które wielu nabywcom wciąż źle się kojarzą, jak chociażby Szmulki. Dla wielu warszawiaków ta lokalizacja jest nie do przyjęcia – mówi Krzysztof Celiński.
Cezary Szubielski zaś ocenia, że przy wyborze lokalizacji wciąż jesteśmy konserwatywni. – Często niesłusznie. Konserwatyzm wynika bowiem z tego, że pod uwagę brany jest obraz przedwojennej Warszawy, jakże różnej w swojej zabudowie i granicach od dzisiejszej – podkreśla dyrektor z Krupa Nieruchomości.
Pośrednicy zauważają, że wpływ na sprzedaż mogą mieć też zupełnie przypadkowe zdarzenia. – Pamiętam sytuację z 2007 r., gdy na rynku pojawiły się równocześnie trzy identyczne mieszkania z budynku przy ul. Promyka na Żoliborzu. Potencjalni nabywcy często wyrażali przypuszczenie, że budynek... prawdopodobnie się wali i stąd potrzeba ucieczki mieszkańców – wspomina Cezary Szubielski. – Tymczasem budynek, skądinąd doskonale zlokalizowany, jest w świetnym stanie technicznym – podkreśla.
Bywa też odwrotnie. – Są w stolicy bloki, na które klienci patrzą bardzo niechętnie – opowiada Krzysztof Celiński. – Na Pradze-Południe na przykład stoi stosunkowo nowy, bo dziewięcio- może dziesięcioletni budynek, który wygląda jak wielkopłytowa ruina. Inwestor, który miał problemy z budową, nagle zniknął. Ciężar ukończenia inwestycji wzięli więc na siebie sami klienci, którzy zrobili to, na co ich było po prostu stać. Potencjalni nabywcy nie mogą dziś jednak uwierzyć, że budynek powstał tak niedawno – podkreśla pośrednik.
Jarosław Gabler z agencji nieruchomości Locus zauważa, że na popyt mogą też mieć wpływ głośne wydarzenia kryminalne.
– Bardzo popularny jeszcze na początku lat 90. ubiegłego wieku Anin, uznawany za jedno z najbardziej prestiżowych osiedli, bardzo stracił na popularności po morderstwie Jaroszewiczów i po przeniesieniu jednej z ekskluzywnych szkół do Wilanowa – mówi Jarosław Gabler. – Także podwarszawska Magdalenka przez długi czas po głośnej strzelaninie była niechętnie widziana przez klientów. Takie wydarzenia się pamięta, choć niechęć do całej okolicy z czasem oczywiście mija. Mało kto jednak chciałby mieszkać w bezpośrednim sąsiedztwie budynków, w których doszło do takich zdarzeń – zastanawia się przedstawiciel Locusa.
[srodtytul]Bo może powstać galeria[/srodtytul]
Dla klientów ważne jest także poczucie komfortu i wygody. – Nabywcy biorą pod uwagę choćby plany budowy dróg ekspresowych. W sąsiedztwie takich inwestycji popyt zanika – przyznaje Cezary Szubielski.
Krzysztof Celiński zauważa z kolei, że wielu potencjalnych nabywców zwraca też uwagę na plany zagospodarowania i możliwość zabudowy sąsiednich działek.
– Jeśli jest to np. Stary Mokotów, gdzie nic się już nie da obok wcisnąć, to sprawa jest prosta. Ale kiedy klient widzi, że w sąsiedztwie budynku, w którym upatrzył sobie mieszkanie, są puste tereny, to zaczyna się interesować, co mu za parę lat może wyrosnąć za oknem – opowiada pośrednik z Askel Nieruchomości. – Dziś, kiedy każda działka w stolicy jest na wagę złota, klienci zastanawiają się, czy na pustym terenie nie powstanie np. centrum handlowe – dodaje.
Klienci wciąż mają też w pamięci zagrożenie powodziowe. – Przez wiele lat popyt na nieruchomości wzdłuż al. Wilanowskiej ograniczały lokalne zalania wywołane wzbieraniem potoku – mówi pośrednik z Krupa Nieruchomości. Dziś klienci są ostrożniejsi także przy wyborze innych miejsc blisko wody.
– Ceny na terenach zagrożonych zalaniem powinny spadać. O wartości nieruchomości decyduje przecież lokalizacja, więc w przypadku obiektywnie niebezpiecznych miejsc jej wartość powinna być niższa, uwzględniająca koszt ryzyka – tłumaczy Cezary Szubielski. Podkreśla, że na wycenę nieruchomości wpływ powinny mieć zresztą także inne zagrożenia – np. lawinowe w górach.
Jarosław Gabler potwierdza, że potencjalni nabywcy ciągle jeszcze mają w pamięci strach przed zalaniem. – Na początku wielkiej fali nikt nawet nie pytał o nieruchomości w rejonie Wału Zawadowskiego: telefony zamilkły jak ręką odjął – wspomina przedstawiciel Locusa. – Teraz, gdy się okazało, że wały wytrzymały, klienci powoli wracają. Ale poczucie zagrożenia całkiem jeszcze nie minęło – dodaje.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA