fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Jak oswoić talibów

AFP
Czy wspólnocie międzynarodowej uda się przekupić rebeliantów
Maulwi Mohammed Szah postanowił skończyć z wojną i podporządkować się władzy Hamida Karzaja, jeszcze zanim prezydent Afganistanu wyciągnął oficjalnie rękę do talibów na londyńskiej konferencji. Rozbroił swoich ludzi, załadował do samochodu 18 kałasznikowów, karabin maszynowy, granatnik i zawiózł to wszystko do siedziby władz dystryktu Jawand, niedaleko granicy z Turkmenistanem. Czy to potwierdza słuszność nowej strategii afgańskiej, obliczonej na pojednanie z talibami?
– Trudno powiedzieć. Badamy ten przypadek – mówi pułkownik Michael Matz, dowódca niemieckich sił szybkiego reagowania na północy Afganistanu. Rozmawiamy w bazie Marmal, w pobliżu Mazar-i Szarif, gdzie mieści się dowództwo sił międzynarodowych ISAF sprawujących teoretycznie kontrolę nad obszarem zamieszkanym przez jedną trzecią ludności Afgani- stanu.
[srodtytul]Posterunek bez lornetki[/srodtytul]
Pułkownik Matz nie przyjechał jednak tutaj, żeby negocjować z talibami.
– Moi ludzie są jak strażacy. Ruszamy tam, gdzie jesteśmy potrzebni, udzielając pomocy naszym żołnierzom zaatakowanym przez wroga – tłumaczy.
Na względnie spokojnej północy rzadko się zdarza, by konwoje ISAF były ostrzeliwane przez talibów, więc żołnierze spędzają czas na siłowni, przed telewizorami czy na rozmowach z kolegami. Nie są to jednak wczasy, o czym przekonał się sam pułkownik, gdy kilkadziesiąt metrów od niego upadł pocisk z moździerza.
Było to w Nawalbadzie, sporej mieścinie w prowincji Kunduz. Ludność powitała kolumnę Bundeswehry przyjaźnie. Starszyzna nie kryła zadowolenia, licząc, że sama obecność Niemców spowoduje wycofanie się talibów z pobliskich wzgórz, skąd kontrolowali całą okolicę. Stacjonujący w mieście oddział afgańskiej policji siedział jak mysz pod miotłą.
– Nie mieli nawet lornetki – mówi pułkownik.
Nikt nie ucierpiał w wyniku ostrzału talibów, ale ten incydent dowodzi, jak niestabilna jest sytuacja, nawet na wydawałoby się spokojnej północy kraju. A co dopiero na południu, w rejonie Kandaharu, gdzie siły amerykańskie toczą regularne boje z powstańcami afgańskimi.
Poprawić sytuację ma zaproszenie do rozmów wystosowane przez afgański rząd do talibów, wsparte milionami dolarów. Społeczność międzynarodowa zamierza zainwestować dodatkowo w Afganistanie pół miliarda dolarów, licząc, że gdy młodzi Afgańczycy będą mieli do wyboru: strzelać z kałasznikowa do armii rządowej czy żołnierzy ISAF za kilkadziesiąt dolarów tygodniowo (tyle wynosi żołd wypłacany przez talibów) albo zarobić legalnie znacznie więcej – wybiorą to ostatnie rozwiązanie.
[srodtytul]Dać ludziom pracę[/srodtytul]
– Nie wątpię, że tak będzie. Trzeba tylko stworzyć system rozsądnej dystrybucji tych środków – przekonuje kapitan Stefan Roth ze specjalnej służby CIMIC (Civil Military Cooperation) zajmującej się współpracą sił ISAF z organizacjami cywilnymi. Analizuje rozwój sytuacji w Afganistanie od kilku lat i dawno już doszedł do wniosku, że jedynym sposobem na pozbawienie talibów narybku jest danie Afgańczykom pracy. Wszystko jedno jakiej, byle nie powstało wrażenie, że oferowane im pieniądze są jałmużną.
– Afgańczycy są zbyt dumni, żeby zaakceptować coś takiego – mówi Roth.
Dla pułkownika Matza taka strategia jest warta wypróbowania. – Dowódców talibów trzeba jednak unicestwić – przekonuje. Nie da się tego zrobić w trakcie potyczek czy starć zbrojnych. Giną w nich najczęściej wynajęci przez talibów bojownicy. To o nich jest mowa w komunikatach wojskowych informujących co tydzień o likwidacji kilkudziesięciu kolejnych „wrogów sił rządowych”. Przywódcami zajmują się specjalne jednostki sił ISAF oraz armii afgańskiej.
– Trudno ich wytropić, ale nie jest to niemożliwe – mówi pułkownik Matz.
[srodtytul]Partnerzy zamiast mentorów[/srodtytul]
Sam ma obecnie inne sprawy na głowie. Przygotowuje się do zmiany strategii działania Bundeswehry, która bardziej intensywnie niż dotychczas będzie szkolić afgańskich żołnierzy.
Od stosowanego dotąd mentoringu nowy system – partnering, różnić się będzie tym, że szkolenie odbywa się nie w bazach ISAF, ale sił afgańskich. Większe ryzyko dla Niemców i większy dyskomfort, bo afgańskie bazy to obozy przetrwania w warunkach ekstremalnych.
– Nie wyobrażam sobie, jak mógłbym spędzić w takich warunkach higieny nawet kilka dni – mówi otwarcie 25-letni Lukas, kapral sił szybkiego reagowania. Partnering oznacza także, że szkoleniowcy Bundeswehry będą czynnie uczestniczyć w akcjach afgańskiej armii. Ma to zwiększyć jej zdolność bojową. – To wszystko plany. Na razie jest, jak jest, i jeżeli coś się zmieni, to nie wcześniej niż jesienią – mówią niemieccy oficerowie.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA