fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Protokoły mędrców z Wall Street

Fotorzepa, Jak Jakub Ostałowski
Nikt o zdrowych zmysłach nie może twierdzić, że banki świadomie wywołały kryzys. Ich wina polega raczej na krótkowzroczności i złudnym poczuciu panowania nad rynkami – tłumaczy publicysta „Rzeczpospolitej”
W czasie lektury tekstu Jarosława Makowskiego „Kryzys, którego nie było?” miałem uczucie przykrego déja`vu. Gdzieś już czytałem te zdania, ktoś już proponował mi taki tok rozumowania. W końcu zrozumiałem – wystarczy zastąpić często padające w tym artykule słowo „finansiści” innym – „żydowska plutokracja”, a jeszcze lepiej „Żydzi”.
Zobaczmy, jak to zgrabnie wychodzi: „Kto ponosi odpowiedzialność? Krótko: żydowska plutokracja, która stając się nową klasą rządzącą, dzieliła i rządziła jak planeta długa i szeroka. Żyła w przekonaniu, że świat leży u jej stóp, a jedynym jej zajęciem (...) była niekończąca się orgia zaspokajania swoich najwymyślniejszych potrzeb”. Albo inny fragment: „Publiczne pieniądze okazały się więc dla Żydów nie tylko łakomym kąskiem, ale ostatnią deską ratunku, jeśli myśleli o przeżyciu. Rodziło się tylko jedno „ale” – jak położyć na nich łapę?”.
[srodtytul]Katastrofa, a nie gra[/srodtytul]
Wrażenie obcowania z najgorszą kioskową propagandą pogłębia fakt, że Jarosław Makowski nie zadaje sobie trudu, by swoje przemyślenia uargumentować. Autorowi wystarcza, że banki dostały od rządu kryzysową pomoc. A skoro dostały, to znaczy, że same wywołały kryzys.
Spróbujmy jednak potraktować rewelacje Jarosława Makowskiego z dobrą wolą i sprawdzić, czy przystają one do rzeczywistości. Nie jest to łatwe, bo z tekstu nie wynika jasno, czy Jarosław Makowski w ogóle nie wierzy w kryzys i uważa, że został nam on wmówiony przez finansistów, media i ekipę Busha, czy też zakłada, że banki go tylko umyślnie wywołały.
Tak czy siak najlepiej zobaczyć, co się stało z amerykańskim sektorem bankowym w trakcie kryzysu. Z pięciu wielkich banków inwestycyjnych – szermierzy kasyno-kapitalizmu – nie ostał się ani jeden. Lehman Brothers i Bear Stearns zbankrutowały, Merrill Lynch został przejęty przez Bank of America, Goldman Sachs i Morgan Stanley zrezygnowały ze swojego inwestycyjnego statusu i przekształciły się w tradycyjne banki, co wprawdzie pozwoliło im skorzystać z publicznych pieniędzy, ale za cenę poddania swojej działalności pod kontrolę nadzoru finansowego (pomijając niedogodności z tego wynikające, co za wstyd!).
Zwykłym dużym bankom poszło tylko odrobinę lepiej – Citi uratował skórę, oddając jedną trzecią swoich udziałów rządowi. Bank of America musiał przejąć inwestycyjnego Merill Lyncha. Gdy menedżerowie BoA zajrzeli w zabagnione księgi tego drugiego, bronili się przed przejęciem rękami i nogami, ale rząd ich po prostu do tego zmusił. Podobnie jak zmusił Wells Fargo do wzięcia publicznych pieniędzy w ramach programu TARP (sic!).
Udział w pomocy wiązał się bowiem z koniecznością dopuszczenia rządowych instytucji do mieszania się w decyzje firm. Dlatego wszystkie wymienione banki zwróciły już pomoc, oddając zresztą więcej, niż dostały, ponieważ pomoc miała formę pożyczki oprocentowanej 5 proc. w skali roku. W dodatku musiały się dzielić z państwem zyskiem wypłacanym w ramach dywidendy (trochę to kłóci się z tezą o zawłaszczaniu publicznych pieniędzy, nieprawdaż?).
Bilans kryzysu jest więc dla banków niekorzystny. Wszystko to wygląda raczej na katastrofę niż ukartowaną grę rekinów z Wall Street. Może jednak mamy do czynienia z piramidalnym blefem i zasłoną dymną – kto wie, do jakich krętactw zdolni są bankierzy, aby na kilka miesięcy położyć swe łapy na publicznym groszu? Jeżeli tak było, to w swój spisek wciągnęli też innych.
[srodtytul]Brawura kierowcy[/srodtytul]
W ramach różnego rodzaju programów ratunkowych prywatny sektor finansowy dostał 906,7 mld dol. (nie wliczam w to pomocy dla Freddie Mac, Fannie Mae i podobnych instytucji). Ogromna kwota, ale co zrobić z 860,6 mld dol., które trafiły do innych sektorów gospodarki w ramach ulg i zwolnień podatkowych, dopłat do ubezpieczeń i hipotek oraz różnych programów ożywienia rynków? Są to pieniądze, z których skorzystał już nie tylko biznes, ale i zwykli ludzie. Trzymając się teorii Jarosława Makowskiego, oni również uwikłani są w spisek (przeciwko samym sobie). To nawet dobrze współgra ze spiskową mentalnością autora „Kryzysu, którego nie było?” – spisek się rozszerza, konspiratorzy są wszędzie i nikomu nie można już ufać.
[wyimek]Choć od początku wielkiego kryzysu minęło już 80 lat, każda ważna szkoła ekonomiczna tłumaczy jego wybuch inaczej. Podobnie jest z kryzysem 2007 – 2010[/wyimek]
Takie myślenie to jednak dowód postępującej paranoi, a nie rzeczowy głos na temat przyczyn kryzysu. Na jego powstanie złożyło się wiele zjawisk, a to, które z nich uważa się za dominujące, zależy wyłącznie od światopoglądu oceniającego. Podejrzewam zresztą, że nigdy nie dojdziemy tutaj do jednej interpretacji – wciąż nie dorobiliśmy się takiej co do genezy wielkiego kryzysu, choć od jego początku minęło już 80 lat, a samo wydarzenie jest przecież świetnie udokumentowane. Każda ważna szkoła ekonomiczna tłumaczy jego wybuch inaczej.
Podobnie jest z kryzysem 2007 – 2010. Dla jednych jest on skutkiem polityki monetarnej Rezerwy Federalnej, dla innych konsekwencją bańki spekulacyjnej na rynku nieruchomości, inni obwiniają brak dostatecznego nadzoru nad rynkami finansowymi, jeszcze inni korzystanie ze skomplikowanych instrumentów finansowych, których działania nie ogarniali nawet ich twórcy. Są wreszcie i tacy, którzy przyczyny dopatrują się w modelu współczesnego kapitalizmu, który nie dając perspektyw wysokich zysków w „realnej gospodarce”, popycha inwestorów do spekulacji na rynkach finansowych (pogląd ten jest inspirowany koncepcjami polskiego ekonomisty Henryka Grossmana, o którym w kraju chyba zapomniano).
We wszystkich tych teoriach banki odgrywają rolę, i to na ogół negatywną. Jednak nikt o zdrowych zmysłach nie twierdzi, że świadomie wywołały one kryzys. Ich wina polega raczej na krótkowzroczności, poczuciu panowania nad rynkami, które jednak zachowały się inaczej, niż zakładano. Trochę przypominają w tym kierowcę, który wskutek brawurowej jazdy wpadł w poślizg i spowodował wypadek. Można takiemu zabrać prawo jazdy, zasądzić grzywnę, a nawet parę lat więzienia, ale sądzenie go za usiłowanie morderstwa w celach rabunkowych byłoby po prostu absurdem.
[srodtytul]Tropienie spisków[/srodtytul]
Mimo to w takie właśnie nonsensy brnie Jarosław Makowski. Czy z ignorancji? Fakty, liczby i teorie, które przytoczyłem wyżej, nie są ukryte w bilansach banków czy tajnych raportach rządowych. Można je sprawdzić, nie ruszając się z domu, pod warunkiem że ma się komputer podłączony do Internetu. Nie wierzę zatem, by Jarosław Makowski tego nie zrobił. Dlaczego więc napisał to, co napisał? Zakładam, że dla publicystycznego efektu, powiedzenia czegoś oryginalnego, co poruszy innych. Jednak tropienie wszechświatowych spisków i powielanie schematów antysemickiej propagandy raczej nie świadczy o mocy intelektu, a wciskanie czytelnikom ciemnoty zasługuje po prostu na krytykę. Chyba że Makowski naprawdę wierzy w to, co pisze – wtedy wypada mu tylko współczuć.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA