fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Finanse

Chiński rynek nie dla wszystkich firm

Chiny kuszą inwestorów
Rzeczpospolita
Google to nie pierwszy światowy koncern, który może zniknąć z chińskiego rynku
Producent największej internetowej wyszukiwarki na świecie zapowiedział kilka dni temu, że rezygnuje z cenzurowania wyników wyszukiwań na chińskim rynku. Cenzurę wymógł na nim rząd w Pekinie z przyczyn politycznych.
– To tylko kwestia czasu, gdy cenzura zostanie złagodzona. I czy rząd zamierza walczyć z tym, co jest w przyszłości nieuniknione – powiedział pekińskiemu „China Daily” Hu Yong, profesor z Wydziału Dziennikarstwa na Uniwersytecie Pekińskim. Dzisiaj w Chinach z Internetu korzysta 384 mln użytkowników, a ich liczba przyrastała w ostatnich latach o kilkadziesiąt procent rocznie.
Google nie będzie pierwszą firmą, która miała kłopoty na chińskim rynku. Dwa lata temu Time Warner Cinemas sprzedał udziały w sieci kin lokalnemu partnerowi. Nie chciał zostać mniejszościowym udziałowcem sieci, którą firmował własnym logo. Chińczycy wprowadzili przepis, że w każdym joint venture partner miejscowy musi mieć ponad 50 proc. udziałów. Rok wcześniej z tego samego powodu wycofał się eBay, który za partnera miał Tom Online, do którego należała ponad połowa udziałów. EBay uznał, że nie ma szans w konkurencji z portalem Taobao należącym do największej chińskiej sieci e-handlu Alibaba Group. Wcześniej Alibaba przejął 40 proc. udziałów Yahoo! w małej chińskiej firmie, wydając na nie miliard dolarów. Przedstawiciele Yahoo! teraz nie chcą wypowiadać się w sprawie Google’a. Zapewniają, że ich interesy są dobrze reprezentowane przez Alibabę.
Konkurencji z miejscowymi producentami piwa nie wytrzymał australijski Fosters, który również w 2006 roku sprzedał swoje browary Suntory Ltd. W 1999 roku zwinął swoje interesy w Chinach Royal Ahold NV. Powodem były straty wynikające z niemożności konkurowania z miejscowymi firmami.
Porażkę poniosła również sieć sklepów odzieżowych Giordano z Hongkongu, która w latach 1994 – 1996 zmuszona była do zamknięcia swoich placówek po tym, gdy jej właściciel Jimmy Lai nazwał ówczesnego premiera Li Penga „źółwim jajem”, co dla Chińczyka jest wyjątkowo obraźliwe. Lai skrytykował wówczas chiński rząd za brutalne stłumienie demonstracji na placu Tienanmen w Pekinie.
Poważnie zagrożona była również francuska sieć handlowa Carrefour, kiedy wiosną 2008 r. zwolennikom niepodległości Tybetu udało się zgasić w Paryżu ogień olimpijski. Chińczycy odebrali to jako zniewagę, interweniować musiał prezydent Nicolas Sarkozy.
Protest przeciwko gwałceniu praw człowieka w Chinach spowodował wycofanie się z tego kraju w 2003 r. amerykańskiej firmy odzieżowej Levi Strauss & Co. Spółka wróciła jednak do Chin i jest jednym z najaktywniejszych rzeczników praw kobiet. Kłopoty z chińskim partnerem miała także produkująca w Chinach polska firma Pulanna.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA