Historia

Rynsztunek przeciwników

Żołnierz niemiecki w battledresie uzbrojony w karabin szturmowy MP43 (StG 44)
Archiwum „Mówią Wieki", MS Marek Szyszko
[srodtytul]Jankes z „oliwiarką”[/srodtytul]
Broń strzelecka winna być niezawodna, celna i wygodna w użyciu, ale w czasie wojny dochodzi jeszcze jeden istotny czynnik – musi być jak najmniej praco- i materiałochłonna, czyli po prostu tania. Amerykanie przystąpili do wojny z niewielką liczbą pistoletów maszynowych Thompson M1928 i dlatego zmuszeni zostali szybko rozpocząć ich masową produkcję. „Tommy gun” był solidny, miał znaczą siłę rażenia za sprawą potężnego pistoletowego naboju 11,43 mm i mimo niemałego ciężaru bardzo wygodny w trakcie strzelania. Wadą była cena. Broń wykonywano niezwykle starannie, z najlepszych materiałów, metodą obróbki skrawaniem, zaopatrywano w klasyczną (i drogą zarazem) drewnianą kolbę i łoże. Oczywiście peem został znacznie „odchudzony”, dokonano jego skrócenia, zastosowano zamek swobodny w miejsce półswobodnego, zrezygnowano z przedniego chwytu, uproszczono przyrządy celownicze. Nadal jednak pozostawał drogi, zwłaszcza w porównaniu z nowoczesnymi „blaszanymi wytłoczkami” w rodzaju stena czy MP 40.
To właśnie te peemy zainspirowały Amerykanów i już pod koniec 1942 roku wprowadzili do uzbrojenia własną „wytłoczkę”, a właściwie „smarownicę” (Grease Gun), bo taka nazwa przylgnęła do peemu M3, którego konstrukto- rem był George Hyde z firmy INLAND. M3 działał na zasadzie odrzutu zamka swobodnego i zasilany był z pudełkowego magazynka mieszczącego 30 nabojów 45-cal (istniała też wersja dostosowana do 9-mm naboju). Korpus broni wykonywano z dwóch symetrycznych, zgrzewanych wytłoczek; peem strzelał tylko ogniem ciągłym, miał składaną teleskopową kolbę prętową, a zawiasowa osłona okna wyrzutowego łusek była jednocześnie bezpiecznikiem. Aby broń przeła- dować, należało otworzyć osłonę i pociągnąć za umieszczoną z prawej strony korbkę. W wersji M3A1 dokonano uproszczenia, rezygnując z korbki i wprowadzając bezpośrednio w trzonie zamkowym otwór na palec wskazujący. Do 1945 roku wyprodukowano (w koncernie General Motors) ponad 600 tys. egzemplarzy. M3 był niezawodny i wbrew pozorom całkiem poręczny, jednak podkreśla się, iż liniowi żołnierze zdecydowanie preferowali starego, sprawdzo- nego thompsona. Peemu używały także załogi wozów bojowych (i to jeszcze w latach 90.!). Czołgiści stosowali m.in. zapinane na zamek błyskawiczny krótkie, bawełniane, ocieplane kurtki (tanker jacket) z dwoma skośnymi kieszeniami. Kurtka miała elastyczne wykończenie dolnej krawędzi oraz rękawów; była niezwykle popularna i używana także przez żołnierzy piechoty. Na lewym rękawie, powyżej łokcia, naszywano godło wojsk pancernych – czerwono-niebiesko-żółty trójkąt, na którego tle wyszywa- no gąsienicę, armatnią lufę i błyskawicę; z reguły umieszczano także numer danej dywizji. [srodtytul]Niemiec w battledressie i ze „szturmem”[/srodtytul] W 1944 roku armia niemiecka wprowadziła ostatni wzór umundurowania, który z jednej strony miał zapewniać odpowiedni komfort i wygodę, a z drugiej – uwzględniać trudną sytuację materiałową, a więc być po prostu jak najbardziej oszczędny. Za wzór posłużył brytyjski battledress (z owego wzoru skorzystali także Amerykanie, opracowując tzw. Ike jacket). Felduniform 44 (bluza i spodnie) wykonywano z rozmaitych materiałów, stąd duża gama kolorów – od ciemnej zieleni po jasny beż. Krótka, zapinana na sześć odkrytych guzików bluza miała dwie kieszenie na wysokości piersi i wykładany kołnierz; wizerunku niemieckiego wojaka z końca wojny dopełniały najczęściej wiązane trzewiki i parciane opinacze. Śmiało można powiedzieć, iż od 1944 roku armia niemiecka, przynajmniej częściowo, dysponowała najnowocześniejszym uzbrojeniem strzeleckim – karabinami automatycznymi StG 44. W tej broni uwzględniono wszystkie dotychczasowe osiągnięcia konstrukcyjne oraz doświadczenie bojowe wyniesione z kilku lat konfliktu. Zalety karabinu powtarzalnego, a więc standardowej broni piechura w czasie drugiej wojny, czyli duży zasięg i silny nabój, nie były absolutnie wykorzystywane, a broń tego typu powodowała minimalne straty na polu walki. Zauważono, iż nie potrzeba wcale broni strzelającej do 2000 m, nikt bowiem nie jest w stanie trafić na takim dystansie nawet w wielki obiekt, poza tym znacznie efektywniejszy jest ogień automatyczny pozwalający błyskawicznie skorygować linię strzału. Aby jednak skonstruować odpowiednią broń, spełniającą wszelkie założenia, należało dysponować właściwą amunicją. Eksperyment z nabojem karabinowym, który zastosowano w automatycznym FG 42, zupełnie nie zdał egzaminu. Przełomem okazała się broń strzelająca nabojem pośrednim, który został opracowany w zakładach POLTE jeszcze przed wybuchem wojny. Do tego naboju – 7,92 x 33 mm Kurzpatrone – dostosowano karabinek maszynowy (tak go z początku nazywano) konstrukcji H. Schmeissera, czyli MKb 42. Po próbach frontowych dokonano pewnych modyfikacji czy raczej kompilacji rozwiązań technicznych karabinków produkowanych równocześnie w zakładach Haenel i Walther. Tak narodził się MP 43, nazwany wkrótce MP 44, a ostatecznie StG 44 – sturmgewehr 44 (karabin szturmowy). Broń działała na zasadzie odprowadzania gazów prochowych przez boczny otwór w lufie i zasilana była z pudełkowego magazynka łukowego na 30 nabojów; posiadała przełącznik rodzaju ognia, a zasięg strzału skutecznego sięgał 600 m, co w zupełności wystarczało na nowoczesnym polu walki. „Szturm” działał bez zarzutu, był tani, nieskomplikowany i nad wyraz ergonomiczny. Słusznie zrezygnowano w nim z osady do bagnetu. Zapasowe magazynki przenoszono w parcianych, trójkomorowych ładownicach. [i]Michał Mackiewicz, pracownik naukowy Muzeum Wojska Polskiego[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL