Plus Minus

Jak gasło Słońce Karpat

Symbolem rewolucji stała sie flaga z wyciętym komunistycznym herbem
AP
To była najdziwaczniejsza Wigilia w moim życiu. 20 lat temu wieczorem 24 grudnia w wagonie ekspresu PKP „Karpaty” przekraczałem granicę węgiersko-rumuńską.
26 stycznia 1918 roku urodził się Nicolae Ceauşescu (zm. w 1989 roku)
Wraz z fotoreporterami Czarkiem Sokołowskim z AP i Maćkiem Macierzyńskim z Reutersa jechaliśmy do Bukaresztu, gdzie trwała już rewolucja przeciwko komunistycznemu dyktatorowi Nicolae Ceausescu. Podobnie jak miesiąc wcześniej w Pradze, jechałem na kolejną odsłonę rewolucyjnej jesieni ludów jako reporter „Tygodnika Gdańskiego”. Im bliżej do granicy z Rumunią, tym pociąg coraz bardziej pustoszał. Po węgierskim Debreczynie w wagonie zostaliśmy już tylko ja z Czarkiem i Maćkiem. Węgierscy pogranicznicy patrzyli na nas jak na wariatów. Gdy zaświeciła pierwsza gwiazdka, podzieliliśmy się opłatkiem i kanapkami, zapijając wszystko kuśtyczkiem whisky. W Bukareszcie byliśmy 25 grudnia rano. Bardzo szybko się zorientowaliśmy, że miasto jest co prawda zajęte przez wojsko stojące po stronie cywilnych rewolucjonistów, ale co rusz w różnych rejonach dochodzi do strzelanin, po których nagle ulice robiły się puste na parę godzin. Było to przypomnienie, że w mieście jeszcze są aktywne i dobrze uzbrojone grupy Securitate. Bezpieczniacy w jednych wypadkach bronili się w otoczonych biurach i strategicznych punktach, a w innych wypadkach terroryzowali miasto atakami snajperskimi. Chodziło o to, aby utrzymać atmosferę strachu do momentu, kiedy jakieś mityczne oddziały wojskowe miały odbić zrewoltowaną stolicę.
W hotelu Intercontinental, do którego kierowano wszystkich zagranicznych dziennikarzy, spotkałem się z Jackiem Kurskim, który szczęśliwie przybył samochodem od strony Lwowa. To była inna rewolucja niż ta, którą pamiętaliśmy z ulic Pragi. Dzika, gwałtowna i pełna rewolucyjnego żaru. Główną arterią rumuńskiej stolicy – Bulwarem Magheru – przejeżdżały ciężarówki wypełnione ludźmi wywijającymi flagami z dziurą po wyciętym herbie komunistycznej Rumunii. Ale wystarczyło parę salw i ulice gwałtownie pustoszały. Najwięcej emocji budzi przeciwnik, którego nie widać. Rumuni łamaną angielszczyzną opowiadali nam, że Ceausescu od lat miał szkolić specjalne oddziały na wypadek rewolucyjnych walk ulicznych. Z ogniem w oczach opowiadano nam o systemie kanałów, którymi owi snajperzy mieli się poruszać jak miejskie szczury. Słuchaliśmy fantastycznych opowieści, jak to Securitate tworzyło oddziały fanatyków złożone sierot z domów dziecka. Jak każda rewolucja ma ona też chwile odwetu. Sam byłem świadkiem, jak na ulicy tłum nagle rzucił się na jednego z przechodniów. Rozpoznano w nim Andreę Pauncescu, nadwornego poetę rumuńskiego dyktatora. Gdy pytałem przechodniów o powody takich emocji, szybko opowiedziano mi o wyjątkowo serwilistycznym wierszoklecie, który miał w nagrodę uzyskać od dyktatora prezent w postaci prywatnego haremu. Pauncescu w pewnym momencie próbuje ucieczki i dopada do ciemnej, zamkniętej na głucho bramy ambasady amerykańskiej. Nagle rozlegają się jakieś strzały gołębiarza z Securitate i wszyscy rozbiegają się, szukając schronienia. Przebiegam ulice, słysząc, jak kule odbijają się od jezdni, i chowam się za jakąś dacią. Z tego punktu obserwacyjnego widzę, jak korzystając z chwili przerwy, żołnierze wloką pechowego poetę do aresztu. W paru miejscach widzimy też egzotyczny obrazek jak z Mickiewiczowskich „Dziadów”. W miejscu śmierci kogoś z najbliższej rodziny siedzą ludzie na turystycznych krzesełkach wokół okolicznościowego krzyża i świeczek, dzieląc się kołaczem i śliwowicą. 25 grudnia wieczorem odreagowujemy emocje w hotelowej restauracji. Kelnerzy i barmani sprawiają typowe dla komunistycznych krajów wrażenie bezpieczniaków. Nagle widzę, że ci jeszcze chwilę temu wyluzowani bruneci zastygają, widząc coś na ekranie. Okazuje się, że telewizja pokazuje po raz pierwszy egzekucję na Nicolae i Elenie Ceausescu. Kelnerzy ubecy naprawdę bledną. Chyba dopiero teraz dochodzi do nich, że to nie żarty i można dostać kulkę w łeb. Ale na ulicach Bukaresztu tłumy świętują śmierć znienawidzonego władcy. Choć dziś nad egzekucją dyktatora się załamuje często ręce, to wtedy w Bukareszcie widziałem, jak ta transmisja spowodowała, że szybko wygasły ostatnie walki. Następnego dnia, 26 grudnia, strzelaniny to już naprawdę sporadyczne przypadki. Wracamy pustym samolotem transportowym, który przywiózł z Polski leki. Już po starcie dociera do nas, że w transportowcach nie ma ogrzewania. Na szczęście Krzysiek Miller z „Gazety Wyborczej” ratuje nas butelczyną whisky. Pijemy kolejkę za kolejką, aby nie zwariować z zimna. A parę dni później możemy na sylwestrowym wieczorze z pyszałkowatymi minami pokazywać zebrane na ulicach Bukaresztu pociski z czołgowych cekaemów. Wychowani na Kapuścińskim i Giełżyńskim pęczniejmy z Jackiem z dumy ze zdobycia reporterskich wojennych ostróg. To były czasy.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL