Teatr

Balladyna się nudzi, widzowie również

Scena balu z aktorami w weneckich maskach drażni kiczem
Fotorzepa, Jak Jakub Ostałowski
Reżyser Artur Tyszkiewicz nie wykorzystał szansy na nowe odczytanie sztuki Juliusza Słowackiego
Spektakl nie robi piorunującego wrażenia. W głośnikach grzmi, zapowiada się na potężną burzę, a wszystko rozłazi się po kościach. Pioruna przeszywającego zbrodniczą Balladynę nie usłyszymy i nie zobaczymy. Reżyser skreślił go ze scenopisu, a szansę na wyraziste przedstawienie traci, bijąc rekord liczby scen pozbawionych pointy.
Można się jedynie domyślać jego interpretacyjnych intencji, bo żadna do końca się nie zmaterializowała. Opowieść o zbrodni i karze z walką o władzę w tle wypada banalnie. Intrygująco zapowiada się groteskowe zderzenie siermiężnej popegeerowskiej wsi z naszymi narodowymi mitami. Ale i wtedy nadzieje na krwisty spektakl rozmijają się z teatralną rzeczywistością. [srodtytul]Pustka dominuje[/srodtytul]
Scena Narodowego zmienia się jak w kalejdoskopie, rozkłada niczym harmonijka, tworzy wielopiętrowe konstrukcje. Aktorzy nie wiedzą jednak, co grać, mimo że wiersz Słowackiego brzmi dobrze, współcześnie. Pozostaje wrażenie pustki. Jej symbolem są plastikowe butelki po wodzie mineralnej, którymi scenograf Jan Kozikowski wypełnił orkiestrową fosę. A początek robi dobre wrażenie. Nad jeziorem Gopło trwa wiejska zabawa. Na obwieszonej kolorowymi serpentynami estradzie żeński chórek śpiewa balladę. Dziewczyny są piękne, muzycznej ogłady nabrały pewnie w londyńskich pubach. Na tym tle surrealistycznie wypadają operetkowo elegancki Kirkor (Grzegorz Kwiecień) i Pustelnik (Jarosław Gajewski) mieszkający w szafie wśród doniczkowych paprotek. Gajewski gra niezwykle serio, brakuje mu balladowego dystansu, jaki sprawdził się w scenie Goplany (Beata Ścibakówna) z Grabcem (Emilian Kamiński). Królowa jeziora jest wiotka, eteryczna i nadmiernie rozpoetyzowana – tak jak trzeba. A Emilian Kamiński jeździ na zdezelowanym rowerze składaku. To Grabiec w obcisłym garniturku, z koszulą rozpiętą na brzuchu, zaczesany gładko do tyłu jak Andrzej Lepper. Dialog skrzy się od humoru, czego nie można powiedzieć, gdy ze śmietników wychodzą i bawią się porzuconymi nad Gopłem oponami – Skierka (Jerzy Łapiński) i Chochlik (Andrzej Blumenfeld). Wyglądają jak klowni, a nudzą. [srodtytul]Ciasne mieszkanko[/srodtytul] Dobra jest sekwencja w domu sióstr. Balladyna (Wiktoria Gorodeckaja) i Alina (Magdalena Lamparska) wypatrują zbawienia przez okno ciasnego popegeerowskiego mieszkanka. Kirkor zjawia się niczym operetkowy Batman w czarnej pelerynie ze srebrnym podbiciem. W tym samym kolorze jest klubowa kanapa, na której podjeżdża pod gierkowską meblościankę. Siostry wyciągają z szafy lepsze ciuchy z lumpeksu, chodzą w kółeczku jak na konkursie Miss Polonia. Mamy kilka sekund szaleństwa na parkiecie i dziewuchy gnące się w erotycznych figurach. Scena zamkowego balu w weneckich maskach miała być pewnie groteskowa jak w „Operetce” Gombrowicza, a drażni kiczem. Spektaklu nie ratuje finał w sądzie, który reżyser rozgrywa operowo z chórem prokuratorów i arią Balladyny. Pioruńsko się wynudziłem. [i]masz pytanie, wyślij e-mail do autora [mail=j.cieslak@rp.pl]j.cieslak@rp.pl[/mail][/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL