Historia

Nieznany rekordzista stanu wojennego

W tym mieszkaniu 66-letni dziś Jan Koziar przez kilkanaście dni 1982 r. ukrywał Władysława Frasyniuka, przywódcę wrocławskiej "Solidarności". Potem sam musiał się schować przed SB
Fotorzepa, BS Bartek Sadowski
Jan Koziar ukrywał się przed SB 6,5 roku. dłużej niż trwała II wojna światowa. Dokładnie 2325 dni
Mieszkanie Koziara to skrzyżowanie pracowni naukowca geologa z lokalem konspiracyjnym. Dwie dekady po upadku komunizmu jego łóżko wciąż stoi w pokoju dziennym, wciśnięte między regały z książkami a stolik z komputerem i skanerem. Drugi pokój, w którym mógłby urządzić sypialnię, wypełnia głównie piętrowe łóżko z przygotowanym śpiworem.
– Mauzoleum? – pytam. – Po trosze – Koziar ma na myśli nie to łóżko, na którym jesienią 1982 r. kilkanaście dni spał Władysław Frasyniuk, ale raczej pamiątki z podziemia schowane w pawlaczach i na półkach. Najnowszy eksponat to Krzyż Zasługi od prezydenta Lecha Kaczyńskiego za konspiracyjną działalność. Odebrał go w czerwcu.
[srodtytul]Nie wpadł dzięki reżimowej telewizji[/srodtytul] 2325 dni. Tak długo Jan Koziar, vel Andrzej Sadowski, podziemny publicysta, nie mógł wrócić do własnych czterech kątów. Sam nigdy nie policzył, ile dni spędził w obcym mieszkaniu we wrocławskim Śródmieściu. – Od 5 października 1982 r. do 16 lutego 1989 r. – tych dat Koziar nigdy nie zapomni. Początek to zatrzymanie przez SB Władysława Frasyniuka, przywódcy wrocławskiej "Solidarności". Koniec – pogrzeb siostry. – Gdy chowano matkę, a potem ojca, bałem się pojawić na cmentarzach, były obstawione przez tajniaków – opowiada. 5 października 1982 r. w mieszkaniu Koziara na wrocławskim Biskupinie SB urządziła kocioł, ale naukowiec uniknął aresztowania dzięki... "Dziennikowi Telewizyjnemu". Władza tak chciała pochwalić się aresztowaniem Frasyniuka, jednego z najważniejszych ludzi opozycji, że nie bacząc na niedokończoną akcję SB, puściła tę informację do mediów. Koziar, ukrywający od kilkunastu dni szefa wrocławskiej opozycji, usłyszał ją przy uroczystej kolacji swej grupy drukarsko-ulotkowej "Młyn". Akurat wręczał współpracownikom pamiątkowe ulotki z dedykacją Frasyniuka, z okazji wydrukowania i rozkolportowania półmilionowego nakładu w ciągu niecałego roku. W kocioł wpadł jeden z łączników. To jego zeznania stały się podstawą do wydania listu gończego za Koziarem oskarżonym o pomaganie legendzie "S". Ale Koziar tego dnia już o 19.30 wiedział, że do domu nie ma co wracać. – Nie odliczałem dni do ujawnienia się, bo skąd miałem wiedzieć, kiedy to nastąpi? – wspomina. – Po prostu wmówiłem sobie, że prowadzę specyficzny tryb życia. Przez rok mieszkał po znajomych z opozycji. Potem wrocławska "S" wynajęła dla niego kawalerkę za część z 80 mln zł uratowanych przed SB z wrocławskiego banku przez Frasyniuka z Józefem Piniorem i Stanisławem Huskowskim. Adres znał tylko jeden człowiek, który przynosił mu zakupy. Koziar: – Tak było bezpieczniej. Nie chciałem narażać zbyt wielu osób. Jedyną rozrywką były wieczorne wyjścia na spotkania opozycji kilka razy w miesiącu i sobotnie marszruty po lasach pod Wrocławiem. [srodtytul]Prokurator nie odpuszcza[/srodtytul] Kiedy w 1986 r. władze ogłaszają amnestię dla opozycjonistów, Andrzej Kaucz, zastępca prokuratora rejonowego WrocławiaŚródmieścia, ten sam, który oskarżał w procesie Frasyniuka, poleca milicji sprawdzić, kto przebywa w mieszkaniu ukrywającego się naukowca ściganego listem gończym. W 1988 r., gdy Lech Wałęsa przygotowuje się do słynnej debaty z szefem OPZZ Alfredem Miodowiczem, Kaucz przypomina Dzielnicowemu Urzędowi Spraw Wewnętrznych, że poszukiwania są wciąż aktualne, a przestępstwo Koziara przedawnia się w październiku 1992 r. Dopiero 13 lipca 1989 r. Kaucz wnosi do sądu o umorzenie postępowania, używając ogólnikowej formuły, że "w obecnej sytuacji sprawę można rozpoznać bez obecności podejrzanego". "Obecna sytuacja" to ustawa z maja 1989 r. o puszczeniu w niepamięć czynów, które były popełniane wbrew kodeksowi karnemu, ale z powodów politycznych. W 1990 r. komendant śródmiejskiej policji wnosi o odwołanie listu gończego za Koziarem. Ten już od ponad półtora roku działa we wrocławskim Komitecie Obywatelskim. Propaguje ideę akcjonariatu pracowniczego, nad czym przede wszystkim pracował w ukryciu. Koziar: – Pisma Kaucza to dowody, że przeczucie mnie nie myliło. Gdybym się ujawnił, czekałby mnie proces i więzienie. A groziło mi nawet 15 lat. [srodtytul]Życiorys wyciągnięty z teczki[/srodtytul] Swój podziemny życiorys widziany oczyma prokuratury i SB Jan Koziar poznał kilka lat temu, gdy otrzymał z IPN swą teczkę. Liczy kilkaset stron i zaczyna się od protokołów przeszukania: lista zakwestionowanej bibuły i dokumentów zawierała ponad 300 pozycji. Zaksięgowano ulotki i korespondencję przywódców podziemnej "S", na podstawie której SB sporządziła tzw. listę Barbary Labudy, czyli osób działających we wrocławskim podziemiu. Bezpieka zarekwirowała też 22,5 tys. zł, lornetkę, maszynę do pisania, globus i radio stereofoniczne Julia. Koziar do dziś zachodzi w głowę, po co zatrzymano to radio. Odebrał je dopiero w lutym 1990 r. – Globus udało mi się odzyskać po kilku zażaleniach, lornetka i maszyna przepadły – opowiada. Najbardziej żal mu maszyny. – Olivetti, świetna – wspomina. To na niej napisał szkic listu otwartego Frasyniuka, że władza komunistyczna jest nielegalna, bo nie pochodzi z wolnych wyborów. I blisko sto publikacji oraz kilkanaście broszur. – Dzięki publicystyce społecznej i gospodarczej udało mi się wytrzymać te ponad sześć lat samotności – mówi Koziar. Ten geolog z wykształcenia opracował nawet prototyp maszyny offsetowej, którą można skonstruować w warunkach konspiracyjnych. Ale pod koniec prac opozycja stała się władzą, a na wolny rynek trafiły profesjonalne maszyny. [srodtytul]Koziar schodzi na ziemię[/srodtytul] – Wykonałem kawał nikomu niepotrzebnej roboty – uśmiecha się Koziar. I nie chodzi mu o ten prototyp, lecz publicystykę dotyczącą akcjonariatu pracowniczego. Dowiedziawszy się przypadkiem, że na Akademii Ekonomicznej dostępny jest "Business Harvard Review", konspiracyjnymi kanałami ściągał roczniki z interesującymi go artykułami. – Zgłębiłem temat do tego stopnia, że w 1990 r. zostałem nawet członkiem amerykańskiego Narodowego Centrum Własności Pracowniczej – Koziar jeszcze dziś ożywia się na wspomnienie swej walki z ideą niewidzialnej ręki rynku. – Stefan Bratkowski nazwał moje prace pionierskimi, byłem ekspertem "Solidarności". – Skąd pan to wszystko wie o akcjonariacie? – zapytał go przy jakiejś okazji prof. Stanisław Kiełczewski z Akademii Ekonomicznej. – Z pańskiej biblioteki – odpowiedział mu z satysfakcją Koziar. Dziś, gdy niewidzialna ręka rynku rozłożyła na łopatki pomysł uwłaszczenia Polaków przez spółki pracownicze, Koziar po kilkunastu latach przerwy wrócił do swego dzieła życia. – Chcę udowodnić, że ziemia rozszerza się, rośnie od środka – mówi. – Ale może mój kawał niepotrzebnej roboty jeszcze komuś kiedyś się przyda.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL