Świat

Izrael wolał zdrowych

Golda Meir (zdjęcie z 1969 r.)
Associated Press
Szefowa izraelskiej dyplomacji Golda Meir chciała „selekcji” Żydów z Polski
Dokument w tej sprawie, opatrzony klauzulą „ściśle tajne”, odnalazł w archiwum izraelskiego MSZ prof. Szymon Rudnicki z Uniwersytetu Warszawskiego. To list, który w kwietniu 1958 roku ówczesna minister spraw zagranicznych Golda Meir napisała do Katriela Katza, ambasadora w Warszawie.
„Podczas obrad komitetu koordynującego pojawiła się propozycja, żeby poinformować polski (komunistyczny) rząd, że chcemy wprowadzić selekcję. Nie możemy dłużej przyjmować chorych czy niepełnosprawnych ludzi. Proszę cię o opinię, czy można to wytłumaczyć Polakom bez zaszkodzenia całemu procesowi imigracji” – napisała pani minister.  
  Komitet, o którym wspomniała Meir, to ciało złożone z przedstawicieli izraelskiego rządu i Agencji Żydowskiej. Zajmował się organizowaniem wyjazdów polskich Żydów na Bliski Wschód w latach 50. Władze PRL na krótko uchyliły bowiem wówczas drzwi i pozwoliły wyjechać około 40 tys. osób. – W archiwach nie ma żadnych śladów tego, by ci ludzie rzeczywiście zostali poddani selekcji. Najprawdopodobniej pomysł pani Meir pozostał na papierze – mówi „Rz” prof. Szymon Rudnicki, który na trop listu wpadł podczas pracy nad wyborem dokumentów „Stosunki polsko- izraelskie (1945 – 1967)”. – Mimo to jest to dla Izraelczyków bardzo nieprzyjemna sprawa. Konotacja słowa „selekcja” jest oczywista – dodaje. Większość Żydów, którzy wyjechali w latach 50. z Polski, to ludzie ocaleli z Holokaustu. Na złą kondycję fizyczną części z nich mógł mieć wpływ pobyt w niemieckich obozach koncentracyjnych. – Razem z mamą wyjechałyśmy w 1956 roku. Wraz z nami do Izraela przyjechały jej koleżanki, które w Auschwitz padły ofiarą eksperymentów medycznych doktora Mengele. Gdy myślę, że Izraelczycy mogliby poddać je selekcji i nie wpuścić, włos jeży mi się na głowie – mówi „Rz” Lili Galili, izraelska dziennikarka polskiego pochodzenia, która opisała sprawę listu Goldy Meir w dzienniku „Haarec”. – Całe szczęście, że żadnych selekcji nie było. Tego samego zdania jest izraelski historyk Israel Gutman, z którym Szymon Rudnicki konsultował się w sprawie listu. – Ja byłem już wówczas w Izraelu i gdyby dokonywano takiej selekcji, na pewno bym o tym wiedział. Jednak sam fakt, że taki projekt się zrodził, jest szokujący. Gdyby nie ten list, nigdy bym w to nie uwierzył – podkreślił w rozmowie z „Rz”. Dlaczego jednak szefowa izraelskiej dyplomacji wpadła na ten makabryczny pomysł? Zdaniem Gutmana prawdopodobnie chodziło o względy ekonomiczne. – To było wówczas bardzo biedne państwo. Izrael miał zaledwie dziesięć lat. Meir widocznie uznała, że potrzebni są nam tylko robotnicy w pełni sił i wykwalifikowani specjaliści. Chorzy, starsi ludzie, których trzeba leczyć i płacić im emerytury, byli dla niej obciążeniem dla budżetu – mówi historyk.     Sprawa jest tym bardziej drażliwa, że w latach 50. izraelskie władze rzeczywiście przeprowadziły selekcję nowych imigrantów, ale wśród społeczności Żydów marokańskich. Na Bliski Wschód przywieziono tylko młodych i zdrowych, a resztę pozostawiono w Maroku. Przez lata uznawano, że jest to jedna z ciemnych kart historii Izraela – dowód rasizmu białych, europejskich Żydów wobec ich ciemnoskórych współbraci. – W całej tej historii z listem Goldy Meir jest jeden pozytywny aspekt. Ten dokument to dowód na to, że selekcja marokańskich Żydów jednak nie była skutkiem rasizmu. Bo to samo planowano przecież zrobić z białymi Żydami z Polski – zauważyła Lili Galili.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL