Teatr

Liryczna opowieść o związku poetki i pisarza

Joanna Trzepiecińska jako Agnieszka Osiecka w spektaklu „Zabawki Pana Boga”
Fotorzepa, Jak Jakub Ostałowski
Inteligentne zasmucenie się losami Osieckiej, Hłaski oraz Komedy proponuje nowa scena muzyczna stolicy
Salka jest nieduża, może pomieścić 150 widzów, Teatr Muzyczny Roma urządził ją w dawnej sali prób swej orkiestry. Przebudowy dokonał za własne pieniądze, nie korzystając z dotacji władz Warszawy.
Kierownikiem artystycznym został Jerzy Satanowski, kompozytor i znawca piosenki literackiej. Tu możemy spodziewać się czegoś zupełnie innego niż to, co oferowała dotąd Roma. Na dużej scenie – światowy musical, zapierające dech pomysły inscenizacyjne, dzięki czemu "Upiór w operze" będzie miał wkrótce 500 przedstawień. Tu ważny ma być poetycki tekst zmuszający do refleksji. Nova Scena Roma zainaugurowała działalność premierą "Zabawek Pana Boga". Tytuł zaczerpnięto z wiersza Agnieszki Osieckiej, za sprawą kompozytora Marka Stefankiewicza zamienionego w piosenkę. Nie dorównała popularnością innym przebojom, ale przypomniana zachwyca trafnością poetyckich metafor opisujących kruchość ludzkiej egzystencji.
Od śmierci Agnieszki Osieckiej minie niebawem 13 lat, a w jej dorobku ciągle odnajdujemy rzeczy niezbanalizowane, celne i mądre. Kilkanaście takich piosenek przypomina spektakl ze scenariuszem i w reżyserii Jerzego Satanowskiego. Osią fabularną "Zabawek Pana Boga" są skomplikowane relacje między Agnieszką Osiecką a Markiem Hłaską. Z fragmentów ich listów oraz wspomnień układa się osobliwy związek: od uczuciowej fascynacji, poprzez przyjaźń, aż do obcości, kiedy po prawie dziesięciu latach spotkali się ponownie w Kalifornii. Literacki emigrant Marek Hłasko znalazł tam chwilową przystań. I jest jeszcze ten trzeci, obecny we wspomnieniach. To Krzysztof Komeda, a kilka jego melodii, do których Osiecka napisała słowa, zachowało zdumiewającą świeżość. Mimo wszystko Komeda pełni tu rolę intruza. To, co łączyło Osiecką i Hłaskę, wystarczyłoby na pasjonującą opowieść, ale Satanowski uległ zbędnej pokusie nadania przedstawieniu symbolicznego wymiaru. Chciał udowodnić, że nad całym pokoleniem "pięknych trzydziestoletnich" krążyło fatum, a szczęście nie mogło być im dane. Nad spektaklem unosi się więc smutek egzystencjalizmu, filozofii popularnej w latach młodości jego bohaterów. Joanna Trzepiecińska ozdabia wspomnienia Osieckiej efektownymi pauzami. Mają nadać tekstom intelektualną głębię, są jedynie aktorską manierą. Na szczęście Przemysław Sadowski zachował męską szorstkość, więc Hłasko jest bardziej prawdziwy. I nawet trzy dobrze śpiewające dziewczyny z zespołu Trzy Dni Później ubrane są na czarno, bo to był obowiązkowy kolor egzystencjalistów. Nie wychodzimy z "Zabawek Pana Boga" w zbyt wesołym nastroju, ale może warto sobie przypomnieć, że piosenka nie służy wyłącznie rozrywce.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL