Sylwetki

Premie należą się bankowcom

Mariusz Grendowicz przed pracą w BRE Banku był wiceprezesem zarządu Banku BPH, pracował m.in. w Citibanku, ING Banku, ABN Amro. Jest absolwentem ekonomiki transportu na Uniwersytecie Gdańskim.
PARKIET, Małgorzata Pstrągowska Mał Małgorzata Pstrągowska
Z Mariuszem Grendowiczem, prezesem BRE Banku, rozmawia Jakub Kurasz
[b]"Rz":[/b]Koniunktura się nie pogarsza, bankom udaje się osiągnąć stabilne wyniki finansowe. Czy to oznacza, że prezesi banków mają prawo do bonusów podobnych do tych sprzed kryzysu?
[b]Mariusz Grendowicz:[/b] Tak jak prezesi firm nie będących bankami maja prawo do bonusów, kiedy rezultaty są dobre, tak prezesi banków też mają do nich prawo, jeśli wyniki osiągną założony poziom. Pozostaje, oczywiście, pytanie o skalę. [b] Historia pokazuje, że w przypadku BRE Banku pracownicy mogli zawsze liczyć na jeden z najwyższych bonusów w polskiej bankowości. Skoro wyniki banków są 30-40 proc. niższe niż rok temu, to skala premii w polskich bankach będzie porównywalnie niższa?[/b]
W przypadku premii nie ma liniowości. Po prostu istotnie poniżej realizacji założonych celów budżetowych nie ma premii. Jeżeli popatrzymy na polski sektor bankowy po dwóch kwartałach tego roku, to okaże się, że tylko w dwóch dużych bankach giełdowych zawiązano rezerwy na premie – jednym z nich jest właśnie BRE. Zamierzamy wypłacić premie pracownikom, ale będą one o wiele niższe niż miało to miejsce w poprzednich latach, ze względu na bardzo trudny rok. [b] Czy nie dziwi pana szybkość wychodzenia z zapaści sektora finansowego na świecie? Patrząc z perspektywy rynków kapitałowych, czyli wzrostów na giełdzie, to tak jakby tego kryzysu w ogóle nie było.[/b] Odbicie na rynkach nastąpiło trochę za szybko. Fundamentalnie gospodarka nie jest jeszcze gotowa na tak dynamiczne wzrosty i z tego powodu możemy spodziewać się, że będziemy mieli jeszcze do czynienia z lekką korektą na rynkach. Takie zjawisko określa się efektem drugiej fali. Trzeba jednak pamiętać, że w odróżnieniu od poprzednich kryzysów, obecne osłabienie gospodarki w dużej mierze istniało jedynie w ludzkich umysłach. To nie był tradycyjny kryzys popytowy. Problemy pojawiły się przede wszystkim w sektorze bankowym, zaś dopiero po jakimś czasie przełożyły się one na realną gospodarkę. To właśnie przez kanał bankowy kryzys światowy zawitał tak niespodziewanie w Polsce. Jeśli zatem w dużej mierze wmówiliśmy sobie ten kryzys, jest prawdopodobne, że jego zakończenie może nas również zaskoczyć, gdy na rynki powróci optymizm. [b] Czyli spowolnienie polskiej gospodarki wywołały tylko słowa? [/b] Wicepremier Waldemar Pawlak twierdzi, że nastąpił odpływ pieniędzy z polskich spółek do spółek matek za granicą. [b]To jak było – uratowaliśmy kilka zagranicznych grup finansowych pieniędzmi właścicieli polskich lokat, czy nie?[/b] Nie sądzę. Odpływ środków z polskiego sektora mógł nastąpić w dwojaki sposób. Albo poprzez wypłatę dywidend, albo poprzez spłaty kredytów zaciągniętych w spółkach matkach. Z nielicznymi wyjątkami dywidendy nie zostały wypłacone. Kredyty również nie. My np. cały czas utrzymujemy na podobnym poziomie finansowanie z Commerzbanku. Mogło oczywiście dochodzić do sporadycznego składania krótkoterminowych depozytów przez polskie banki w swoich zagranicznych spółkach matkach, lecz szczerze wątpię, czy środki składane na parę dni mogły zbawić jakąkolwiek duża grupę międzynarodową. Nie są mi znane przypadki składania dłuższych, np. trzyletnich, depozytów, w przypadku których moglibyśmy mówić o odpływie środków. [b]Co jest teraz głównym zagrożeniem dla banków i kiedy wreszcie firmom będzie łatwiej otrzymać kredyt?[/b] Trzy kwartały temu, zapytany o to, co będzie stanowić największe wyzwanie dla polskiego sektora bankowego w ciągu najbliższych dwóch lat, odpowiedziałbym, że strona kapitałowa. Patrząc na to, co wydarzyło się w ciągu ostatnich 9 miesięcy widać, że z kapitałami polski sektor bankowy poradził sobie bardzo dobrze. Współczynnik wypłacalności całego sektora bankowego na poziomie ponad 13 proc. jest najwyższym od lat. Udało się to zrobić bez radykalnych działań, w tym działań dokapitalizujących ze strony rządu. Problemem natomiast, który będzie stanowić największe ograniczenie dla naszego sektora bankowego, a przez to również dla gospodarki, będzie kwestia zapewnienia mu źródeł długoterminowego refinansowania. Rozbierając tę stronę na czynniki pierwsze, rynek na długoterminowe obligacje emitowane przez polskie banki po prostu nie istnieje. Nie jest również w chwili obecnej możliwe zaciągnięcie przez banki na rynkach międzynarodowych kredytu długoterminowego. Spółki matki obecnie również mają ograniczone możliwości długoterminowego wsparcia spółek w Polsce. [b] Czyli pod względem krótkiego zdobywania kapitału polskie banki nie mają problemów, ale z długoterminowym kapitałem są trudności.[/b] Tak, a to właśnie długoterminowe finansowanie buduje zdolność banków do udzielania kredytów. Jedynym stabilnym źródłem finansowania, na które sektor może w tej chwili liczyć, są depozyty zebrane od klientów. Przy prognozie wzrostu oszczędności klientów o 5-10 proc. w ciągu najbliższych 2-3 lat, gdzie tylko niewielka część tych przyrastających depozytów to te bardziej stabilne na rachunkach bieżących, trudno jest oczekiwać, aby banki uruchomiły bardziej aktywną akcję kredytową. I to zapewne będzie stanowić największe wyzwanie dla polskiego sektora bankowego, a także istotne ryzyko dla odradzającej się i wychodzącej z kryzysu polskiej gospodarki. [b]Jaka jest więc prognoza BRE Banku na temat dynamiki kredytów i depozytów w 2010 r.?[/b] Oceniamy, że przyrost depozytów korporacyjnych i detalicznych będzie zawierał się w przedziale 5-10 proc., ale raczej niestety bliżej 5 proc. Jeśli chodzi o kredytowanie, to w dużej mierze zależy od tego, jak szybko odrodzi się nam konsumpcja i inwestycje. Przewidujemy, że konsumpcja i inwestycje rusza pełną parą w drugiej połowie przyszłego roku, właśnie wtedy można oczekiwać zwiększonego popytu na kredyty zarówno ze strony osób indywidualnych, jak i firm. [b]Druga połowa 2010 r. może być kluczowa także dla wzrostu całej gospodarki?[/b] Tak. [b] Powszechna jest opinia, że Polacy już wpadli w spiralę zadłużenia. Zgadza się pan z tym?[/b] Na pewno bardzo daleko nam do innych krajów, jeśli chodzi o zadłużenie hipoteczne. Cały czas współczynnik kredytów hipotecznych do PKB jest w Polsce na znacznie niższym poziomie niż w innych krajach. Jeśli chodzi o kredyty niehipoteczne dla osób indywidualnych, to sytuacja jest nieco inna. Niektórzy twierdzą, że zadłużenie w formie kredytów konsumenckich w Polsce jest powyżej średniej europejskiej. Dane, które widziałem, sugerują, że jesteśmy na poziomie średniej. To sugerowałoby, że w spiralę zadłużenia jeszcze nie wpadliśmy. Z drugiej strony, biorąc pod uwagę, jak zadłużenie to rozłożone jest na poszczególne segmenty klientów, istnieje ryzyko, że kredyty zostały udzielone w znacznej części osobom, które po prostu nie miały zdolności kredytowej. [b]Ale w spiralę zadłużenia zdaje się wpadać państwo. Dług publiczny co roku przyrasta o ok. 100 mld zł, co powoduje wysokie potrzeby pożyczkowe rzędu 200 mld zł. Czy powinniśmy się czuć zaniepokojeni sytuacją fiskalną państwa?[/b] Nadmierne zadłużenie państwa nie jest oczywiście korzystne dla gospodarki. Powoduje konkurencję państwa o te same ograniczone zasoby finansowe i w związku z tym odciąga je z realnej gospodarki. Z drugiej strony, jeżeli popatrzymy na przyrost zadłużenia Polski wobec przyrostu zadłużenia innych krajów, to wyglądamy na ich tle cały czas dość dobrze. [b] A czy gdyby miał pan taką możliwość – przesunąć się z fotela prezesa banku na stanowisko ministra finansów – czy postępowałby pan jak nasz minister finansów?[/b] Życie bankowca jest trochę prostsze. Interes akcjonariusza poprzez rozmaite instrumenty jest spójny z interesami zarządu i pracowników, lecz również i klientów, przynajmniej w dłuższym okresie czasu. Byłoby znacznie trudniej, gdyby większość akcjonariuszy banku była zarazem jego klientami i komunikowała oczekiwania czasami jako jedna grupa, a czasami, jako druga. Ponieważ kryzys ten różni się, jak wspominałem, od poprzednich tym, że w dużej mierze istnieje w ludzkich umysłach, myślę, że „zaklinanie deszczu” przez ministra finansów poprzez mówienie, że kryzysu nie ma spowodowało, przynajmniej po części, że ludzie faktycznie mogli w to uwierzyć. W wyniku tego być może nie wyhamowała w tak wielkim stopniu, w jakim oczekiwano, konsumpcja, a to w powiązaniu z eksportem netto wybroniło naszą gospodarkę. [b] Idealnie się złożyło, że dostaliśmy trochę więcej pieniędzy po obniżce stawek PIT dokonanej przez poprzedni rząd. Szczęście znowu nam pomogło?[/b] Szczęście na pewno też. [b]Ale reform nadal brak?[/b] Gdyby można było zarządzać krajem, tak jak zarządza się przedsiębiorstwem, powiedziałbym, że w zaistniałej sytuacji reformy byłyby niezbędne. To właśnie dlatego, że w zmienionej sytuacji rynkowej nie mogliśmy sobie pozwolić na wydatki na poziomie lat ubiegłych, przeprowadziliśmy w BRE Banku na początku tego roku istotne cięcia kosztów. Problem jednak w tym, że w banku, którego akcjonariusze stanowią dosyć homogeniczną grupę, zdecydowanie łatwiej jest przeprowadzić tego typu procesy. Wyborcy zaś, czyli swoisty akcjonariusz rządu, to grupa znacznie mniej jednorodna i reprezentująca zdecydowanie szersze i niejednokrotnie odmienne interesy, które trzeba brać pod uwagę. Pomimo tego, warto jednak pamiętać, że cały czas pozytywnie wyróżniamy się na gospodarczej mapie Europy.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL