Styl życia

Zurych do sera

ROL
Wchodzę do restauracji i od drzwi czuję zapach topionego sera. Tak intensywny, że kelner, który wskazuje mi, przy którym stoliku mam usiąść, podchodzi zdecydowanie za wolno.
Zima w Zurychu, ale i w całej Szwajcarii, to czas dań z sera. Fondue i raclette ratują od śmierci głodowej narciarzy, ale i znacznie poprawiają kondycję każdego, kto je zamówi. Obydwie potrawy pochodzą z kantonu Valais, ale stały się tak popularne, że razem z rosti (rodzaj placka ziemniaczanego), solonymi i suszonymi wędlinami i najróżniejszymi wariacjami z cielęciny i prawdziwków stały się szwajcarskim bogactwem kulinarnym.
Trudno wskazać restauracje, w których podaje się najlepsze fondue czy raclette. Ja byłam w restauracji hotelu Adler na zuryskiej starówce. Chodziłam dość długo jeszcze niegłodna, zaglądając przez okna i zastanawiając się, które wnętrze najbardziej mi się podoba. Wyglądały mniej więcej tak samo – wykładane drewnem ściany, stoliki nakryte kolorowymi obrusami, a na nich ustawione nad płomykiem dającym dodatkowe ciepłe światło caquelony – naczynia do fondue, albo przypominające niewielkie grille urządzenia do przygotowywania raclette. Ryzyko, że nie trafimy dobrze, jest minimalne. Bo tak naprawdę jeśli ser jest taki, jak powinien być, a zawsze jest taki, reszta zależy od naszej pomysłowości.
Na fondue dla czterech osób potrzebujemy 20 dkg emmentalera i dwa razy tyle gruyere'a, ząbek czosnku, którym nacieramy naczynie, szklankę białego wina i łyżkę stołową kirschu, dwie łyżeczki od herbaty mąki ziemniaczanej, pieprz, najlepiej biały, i trochę startej gałki muszkatołowej. Wszystko topimy w garnku, uważając, żeby nie przywarło, i przelewamy do natartego ząbkiem czosnku naczynia na fondue. Stawiamy nad palnikiem i uważamy, żeby nie bulgotało zbytnio, ale i żeby nie było zbyt chłodne. W tej przepięknie pachnącej mazi topimy albo kawałki bułki pokrojonej jak na grzanki, wtedy na cztery osoby potrzeba nieco ponad pół kilo pieczywa, albo też to, co lubimy najbardziej – malutkie pomidorki, drobno pokrojone kabanosy, pieczarki, paprykę. Naprawdę co przyjdzie nam do głowy. Do picia najlepsze jest wino, i to takie samo jak wlane do sera. Siedzący obok mnie w Adlerze zamówili raclette. Kelner przyniósł sprzęt i mały worek z juty, a w nim małe pieczone kartofelki w mundurkach. Na talerzach z przegródkami były trzy gatunki żółtego sera – z zielonym pieprzem, z ziołami i bez żadnych dodatków. Do tego pokrojone prawdziwki wyglądające jakimś cudem na świeże, marynowane ogórki i chyba bekon. Pan i pani jedli raclette każde inaczej. Pan wkładał do naczynka ser, czekał, aż się stopi i polewał nim pokrojonego na kawałki kartofla. Pani wkładała dodatki, dodawała ser, zapiekała i zapominając o kartoflach, jadła serowo-warzywną paciaję, która pachniała bosko. Kiedy wyszli, zapytałam kelnera, jakie są proporcje na jednego głodnego człowieka: 20 – 30 dkg sera i 15 kartofelków. I pokazał mi pusty worek. Poważna sprawa. I raclette, i fondue kosztują w zurichskich restauracjach ok. 40 franków. Dopiero kiedy wyszłam na zewnątrz zrozumiałam, dlaczego Szwajcarzy bez obaw objadają się tłustymi i pełnokalorycznymi daniami z sera. Jest początek grudnia. Pada śnieg, który już świątecznie skrzypi pod nogami. Do hotelu albo do domu zawsze można wrócić dłuższą drogą. Taki spacer wygania ospałość, jaką zawsze grozi doskonały, ale ciężki posiłek. I choć trochę rozgrzesza przed następną ucztą. I raclette, i fondue z powodzeniem można zrobić w domu i niekoniecznie w Szwajcarii. Dobrze jednak zatroszczyć się, żeby emmentaler i gruyere były oryginalne. A jeśli akurat jest środa i jesteśmy w Zurychu, wystarczy wybrać się na targ żywnościowy naprzeciwko Dworca Głównego. Tam kupują miejscowi i żadna podróbka nie ma szans. Czynny jest od 10 rano do 20. Sprzedawcy są tak mili, że szybko zapominamy, że to naród jubilerów, zegarmistrzów i bankierów. Można próbować do woli, ale rozsądek nakazuje umiar. Bo tutaj za rogiem jest kolejne stoisko z serem, a trochę dalej są podobno najlepsze wędliny. Znam fanów z kilku stolic Europy, którzy od czasu do czasu przylatują we środę do Zurychu właśnie na żywnościowe zakupy. Jeśli ktoś nie ma czasu we środę, to we wtorki i piątki. I jeszcze jedna uwaga. Nie ma co zbyt długo wybierać restauracji, bo głód jeszcze nas nie zmusza do podjęcia szybkiej decyzji. Ten głód przychodzi niezmiennie, kiedy poczujemy zapach sera.
Źródło: Rzeczpospolita OnLine

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL