Film

Złamane serce żigolaka

"Amerykańskie ciacho"
Monolith films
Komediodramat "Amerykańskie ciacho" pokazuje życie w Hollywood bez upiększeń i pruderii. Liczą się kasa i seks
Co roku do Los Angeles przyjeżdżają tysiące młodych ludzi z nadzieją na błyskotliwą karierę. Chodzą na castingi. Liczą, że ktoś da im szansę zaistnieć. Większość kończy jako kelnerzy. Niektórzy próbują się ustawić dzięki erotycznym podbojom.
Taką strategię wybrał Nikki. Nie ma nic oprócz komórki i torby z ubraniami przewieszonej przez ramię. Utrzymuje się dzięki zamożnym, samotnym kobietom. Mieszka w ich willach. Wyleguje się przy basenie, sącząc drinki. A w zamian świadczy usługi seksualne. "Kiedy po raz pierwszy się tu pojawiłem, miałem sen... Sen o lekkim życiu" – mówi na początku i konsekwentnie stara się go urzeczywistnić. Do czasu, aż pozna Heather, kelnerkę z małej kafejki. Dziewczyna wpada mu w oko, ale nie nabiera się na sztuczki Nikkiego. Sprawia wrażenie bieglejszej w uwodzeniu.
Rodzące się między nimi uczucie odmieni żigolaka. Tyle że zamiast romantycznego happy endu, playboya czeka ostra lekcja życia. Hollywoodzki debiut pochodzącego z Wielkiej Brytanii Davida Mckenziego (autora m.in. "Hallam Foe") jest średniej jakości. Reżyser spróbował dokonać rzeczy niemożliwej: połączyć w jednym filmie komediową lekkość z kinem obyczajowym, które wytrąca z zadowolenia. Nie wyszło. Nie tylko dlatego, że humor "Amerykańskiego ciacha" jest wysilony. Brakuje też dobrych dialogów, ciętych ripost. A przede wszystkim nie sposób przejąć się losami ludzi pustych niczym dmuchane lalki. Seks jest w "Amerykańskim ciachu" jedynie narzędziem, które pozwala dostać się na chwilę do lepszego świata. Gdy Nikki zalicza kolejne partnerki, Mckenzie pokazuje zbliżenia bez obowiązującej w kinie popularnym cenzury. Jest dosadnie – tak by widz nie miał wątpliwości, że ciało jest w tym filmie tylko towarem. Obraz nakreślony przez reżysera budzi niesmak. Wszyscy są próżni i cyniczni, a w najlepszym razie godni politowania. Tak jak utrzymująca Nikkiego trzydziestokilkuletnia prawniczka Samantha (dobra Anne Heche), która poddaje się zabiegowi "odmłodzenia" pochwy. Mckenzie świadomie wywołuje u widza uczucie dyskomfortu. Nie oszczędza bohaterów, a opowieść puentuje ironicznym – ale pełnym goryczy – żartem. Jakby przekonywał, że życie w Fabryce Snów przypomina antybajkę. Główną rolę gra Ashton Kutcher, który zdobył popularność dzięki pieprznej komedii dla nastolatków "Stary, gdzie moja bryka?". Trudno uwierzyć, że Nikki w jego wykonaniu jest faktycznie ciachem, na które miałaby ochotę każda dziewczyna. Owszem, Kutcher pręży tors, ale brakuje mu pociągającej bezczelności i inteligencji Richarda Gere'a grającego podobną rolę w "Amerykańskim żigolaku" Paula Schradera (1980). Kutcher – w porównaniu ze starszym kolegą po fachu – jest chamski. Wątpię, żeby amerykańscy producenci dali Mckenziemu szansę na nakręcenie kolejnej fabuły za oceanem.      
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL