fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kraj

Leki nie wjechały na Ukrainę

Fotorzepa, Darek Golik DG Darek Golik
Tamtejsze służby nie wpuściły transportu z darami z Polski
Ukraińscy celnicy zaczęli piętrzyć takie problemy, że musiałem z lekami i maseczkami wrócić do kraju – opowiada Adam Krzysztoń, starosta powiatu łańcuckiego w woj. podkarpackim.
Chciał zawieźć do Stryja na Ukrainie leki kupione przez powiaty łańcucki i kłodzki (woj. dolnośląskie). Nie udało się. Od ukraińskich celników usłyszał, że nie ma zaświadczenia z tamtejszego resortu zdrowia, iż samorządowcy ze Stryja potrzebują takiej pomocy.
Nie pomógł telefon od starosty ze Stryja i jego zapewnienie, że mieszkańcy czekają na te dary. – Mieliśmy ich specyfikację i zgodę polskiej agencji celnej na wywóz. Lekarstwa kupowane były w aptekach i miały długie daty ważności – zaznacza Joanna Rupar, pełnomocnik starosty łańcuckiego ds. zarządzania kryzysowego.
Po kilku godzinach wezwano szefa ukraińskiego przejścia granicznego w Krakowcu. – Powiedział, że nie może nas wpuścić, i koniec – mówi Adam Krzysztoń. Leki wróciły do Łańcuta.
Dlaczego pomoc musiała wrócić do kraju?
[wyimek]Po wybuchu epidemii władze w Kijowie chwaliły Polskę, że pierwsza udzieliła pomocy [/wyimek]
Jak mówi starosta stryjski Eugeniusz Kuchar, wiedział, że zaczynają się problemy z dostarczaniem leków, więc pojechał do Kijowa. Tam dowiedział się, że epidemia grypy na zachodniej Ukrainie już minęła i nie potrzeba leków z Polski. Zdaniem starosty wpływ na całą sytuację ma też kampania przed wyborami prezydenckimi na Ukrainie.
– Przykro nam, że jakieś układy polityczne zdecydowały, że nie mogły do nas trafić leki z Polski – ubolewa zastępca starosty stryjskiego Julianna Kurynyszyn.
Po wybuchu epidemii grypy na Ukrainie władze w Kijowie chwaliły Polskę, że pierwsza pospieszyła z pomocą humanitarną. A ta płynęła z całego kraju, od samorządów i organizacji.
– Pospieszyliśmy z pomocą Ukrainie natychmiast po pierwszej fali zachorowań na grypę. Nikt wówczas nie robił problemów – wspomina Teresa Drupka z ICN Polfa Rzeszów, która ofiarowała leki warte ponad 200 tys. zł.
Dary przekazano za pośrednictwem Caritas, która ma doświadczenie w organizowaniu pomocy dla innych krajów.
– Nie było łatwo przekroczyć granicę – przyznaje dyrektor rzeszowskiej Caritas ks. Stanisław Słowik. Uważa, że gdyby nie obecność kamer telewizyjnych i pracownicy polskiego Senatu, to leki mogłyby nie trafić do potrzebujących na Ukrainie.
– To nie pierwszy przypadek, że organizowanie pomocy humanitarnej dla Ukrainy napotyka problemy – zaznacza Jan Jarosz z urzędu miasta w Przemyślu, który jako jeden z pierwszych pospieszył z pomocą dla Ukrainy. – Wiedzieliśmy, że z przekazywaniem darów, a szczególnie leków, mogą być problemy, dlatego poprosiliśmy, by przedstawiciele miast partnerskich sami je sobie odebrali z Przemyśla.
W stowarzyszeniu Polska Misja Medyczna przyznają, że są wymogi, które należy spełnić, by dary, zwłaszcza leki, można było przewieźć przez granicę w ramach pomocy humanitarnej.
– Wystarczy, że jeden urzędnik zwróci uwagę, iż uznawany na całym świecie lek nie ma ulotki po ukraińsku, i może zablokować całą pomoc humanitarną – tłumaczą w Polskiej Misji Medycznej.
[i]Masz pytanie, wyślij e-mail do autora [mail=j.matusz@rp.pl]j.matusz@rp.pl[/mail][/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA