Muzyka

Miles byłby zawiedziony

Michał Urbaniak zagrał świetnie na płycie i kiepsko na scenie
Fotorzepa, Piotr Nowak PN Piotr Nowak
Otwierający 51. festiwal Jazz Jamboree koncert Michała Urbaniaka i jego amerykańskiego zespołu nie spełnił oczekiwań bywalców tej imprezy
Słuchając nowego albumu Urbaniaka „Miles of Blue” można było spodziewać się lepszego występu i przemyślanej dramaturgii. Skrzypek złożył nim hołd swemu idolowi, dzięki któremu przeszedł do historii jazzu. Zagrał bowiem solówkę na płycie Davisa „Tutu”. Jeśli legendarny trębacz przysłuchiwał się koncertowi z nieba, nie mógł być zadowolony.
Urbaniak zestawił amerykański zespół, który nadaje jego muzyce „czarny” charakter. W tych klimatach czuje się najlepiej, od kiedy zaistniał jego hiphopowy projekt Urbanator. Niestety, albo klasa muzyków nie ta, albo mieli słaby dzień. Dobre słowo można powiedzieć tylko o trębaczu Tomie Browne i gitarzyście Dave Gilmorze. Grający na elektronicznych klawiaturach Don Blackman chyba zabłądził na scenę Sali Kongresowej z piano baru pobliskiego hotelu. W funkującym utworze „Urb Time” wtrącił solówkę, cytując temat „Somewhere over the Rainbow”. Jeśli to miało urozmaicić koncert czy rozbawić publiczność, to tani chwyt. Trębacz Tom Browne momentami naśladował brzmienie Milesa Davisa, ale nie zagrał żadnej godnej uwagi solówki. Do zespołu kompletnie nie pasował perkusista Troy Miller, który nie mógł pojąć, że gra w jazzowym zespole, w którym powinien stanowić siłę napędową, a nie pełnić rolę hamulcowego. Funkowo-jazzowy rytm próbował nadawać basista Otto Williams, ale osamotniony szybko porzucał ten zamiar. Muzyka nie kleiła się, bo sam lider zamiast wystąpić w roli dynamicznego przywódcy i inspiratora, ograniczył swój udział do kilku krótkich solówek.[wyimek]Zespół Urbaniaka miał słaby dzień. Skrzypek będzie musiał wziąć grupę w karby[/wyimek]
Projekcja wideo nad sceną miast zaciekawić widza, rozpraszała go i odciągała uwagę od muzyki. Koncertu nie uratowali zaproszeni goście. Ciekawy głos i talent do śpiewania standardów zaprezentowała młodziutka Monika Borzym. Zaplanowany jako hołd Davisowi temat „Someday My Prince Will Come” zaczął się zupełnie inaczej za sprawą roztargnionego pianisty. Dopiero konsternacja wokalistki i jej interwencja spowodowała raptowne przejście do znanego tematu. Michał Urbaniak chętnie występuje z rapującą córką Miką, ale tym razem na scenę wkroczył raper O.S.T.R. ze skrzypcami w dłoniach. Szczęśliwie po żałosnej solówce szybko je odłożył i zajął się tym, co robi najlepiej. Tym bardziej, że zespól wykonywał słynny temat „All Blues”. Lubię brzmienie skrzypiec Urbaniaka i po świetnej płycie miałem prawo oczekiwać jego wielkiego powrotu. Będzie musiał wziąć zespół w karby i sam dać z siebie jeszcze więcej, bo planuje trasę koncertową promującą album.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL