Wspomnienia

Chleb, woda i przyprawa

Krzysztof Masłoń
Dziennik Wschodni/Fotorzepa, Dorota Awiorko-Klimek Dor Dorota Awiorko-Klimek
Maciej Rybiński uprawiał pisarstwo polityczne, bo w takim, a nie innym świecie żyjemy i na taką felietonistykę było zapotrzebowanie, niemniej jednak większą przyjemność sprawiały mu teksty mniej oczywiste – pisze krytyk literacki „Rzeczpospolitej”
Cztery lata temu prowadziłem wieczór promocyjny książki Maćka „Jestem, więc piszę”. We wstępie do tego zbioru bez mała 400 felietonów opublikowanych w „Rzeczpospolitej” arcybiskup Józef Życiński usytuował pisarstwo Macieja Rybińskiego między Mrożkiem a Kisielem, gdyż jak ten pierwszy – oswajał nasze codzienne nonsensy‚ a jak ten drugi – potrafił nawet sarkazmem krzepić ducha. [wyimek]Czytelnicy „Bruderszaftu z Belzebubem” nie pozwolą na zapomnienie tej książki, niezależnie od niechęci literackich koneserów lansujących bezwartościową prozę o niczym [/wyimek]
Metropolita lubelski nie zapomniał też o jeszcze innym antenacie felietonów „Ryby”, czyli Gombrowiczu. Porównania te wydały mi się nieco koturnowe, zwróciłem więc uwagę, że sam felietonista jakże często i zapewne nieprzypadkowo cytuje w swych tekstach Mickiewicza. [srodtytul] Niepoprawny politycznie [/srodtytul]
Minęły trzy lata i oto Rybiński wydał „Bruderszaft z Belzebubem”, swoją najważniejszą książkę, moim zdaniem – najlepszą książkę 2008 roku, polski odpowiednik słynnego poematu „Moskwa – Pietuszki” Wieniedikta Jerofiejewa. I oczywiście próżno szukać tego tytułu wśród pozycji nominowanych do jakże licznych nagród literackich. Zanadto niepoprawna politycznie to książka, zgodna z maksymą autora, wyłożoną już w „Jestem, więc piszę”: „Przecież do Europy spieszyliśmy się nie po to‚ by cło na towary zastąpić cenzurą poglądów”. „Bruderszaft...”, jak sam Maciek opowiadał, wziął się z emigracyjnej nostalgii. Za Polską, za Warszawą, za Traktem Królewskim, w jakiejś mierze pokrywającym się z tym ostatnim „szlakiem”, z drobiazgową dokładnością przedstawionym w pierwszej części powieści, najbardziej jerofiejewskiej. Rybiński wspomina, że zafascynował się wówczas Singerem i jego opisem Warszawy, takim właśnie niezwykle skrupulatnym, precyzyjnym. Taka jest też jego opowieść o delirycznym spacerze dwóch – jak pisał Jerofiejew – „tęsknotą znękanych szatynów” jako żywo przypominającym gehennę Wieniczki z „Moskwy – Pietuszek”. Powieść Macieja Rybińskiego skrzy się dowcipem, obezwładnia śmiałością skojarzeń, inwencją językową. Przy tym jak najdalsza jest od śmieszności za wszelką cenę, choć np. rozmowa jenerała premierowicza z prymasem Polski, który odmawia odprawienia egzorcyzmów w gmachu Komitetu Centralnego, na którym pojawił się napis: „Mane, thekel, fares” – poraża komizmem. Kiedy jednak mieszkająca przy ulicy Smolnej stara kobieta opowiada o tym, jak na partyjnym budynku jeden po drugim zmieniają się hasła, na próżno usiłujące przykryć tajemniczy napis, przestaje to być wesołe. Autor tymczasem snuć zaczyna zgoła inną opowieść: o Polsce wywalczonej z tak wielkim trudem przez gigantów przełomu XIX i XX stulecia, o których opowiada w powieści Rybińskiego... stary wieszak, pełniący tu podobną rolę co Rzecki ze swoim „Pamiętnikiem starego subiekta” w „Lalce” Prusa. Ten wieszak wykłada lekcję historii, w której pojawiają się Piłsudski i Dmowski, Perl i Balicki, Limanowski i Jodko-Narkiewicz, Haller i Żeromski. [srodtytul] Złodzieje i barbarzyńcy [/srodtytul] Gdy bohater „Bruderszaftu...” wraca do Polski, nie znajduje w niej dawnych przyjaciół, zmieniły się, i to bardzo, knajpy na „szlaku”, miasto jest inne, ludzie są inni, tyle że w sklepie Desy trafia na ten sam wieszak... Choćby po ten niezwykły mebel warto było i trzeba było wracać. Nie minął mi zachwyt towarzyszący pierwszej lekturze „Bruderszaftu z Belzebubem”. I jestem pewny, że czytelnicy Maćka nie pozwolą na jej zapomnienie, niezależnie od niechęci literackich koneserów lansujących bezwartościową, gównianą prozę o niczym, za to jak diabeł święconej wody unikających literatury mówiącej prawdę o Polsce i Polakach. Był Maciej Rybiński weredykiem nie owijającym w bawełnę, także, a może przede wszystkim, gorzkich prawd o swoich rodakach. Uprawiał pisarstwo polityczne, bo w takim, a nie innym świecie żyjemy i na taką felietonistykę było zapotrzebowanie, niemniej jednak zdecydowanie większą przyjemność sprawiały mu teksty mniej oczywiste. Bo i cóż mógł, ten współautor genialnych „Alternatyw 4” powiedzieć, na przykład o kampanii wyborczej (wtedy akurat chodziło o tę zakończoną w 2005 roku): „Będą ze sobą rywalizować złodzieje i barbarzyńcy. Zamiast deklarować‚ co mają zamiar zrobić‚ partie będą głosić, za kogo mają swoich politycznych rywali”. A gdybyście państwo nie wiedzieli za kogo‚ to odpowiedzieć trzeba na przypomnianą przez Macieja Rybińskiego zagadkę‚ pamiętną już z „Manipulacji” Ireneusza Iredyńskiego: Co to za zagadka? Ano‚ dwie kulki i armatka. Władza bez humoru Swoim pisarstwem dowiódł, że humor to dla literatury chleb, woda i przyprawa w jednym. A kto poczucia humoru był i jest pozbawiony? Władza. W „Bruderszafcie z Belzebubem” znajduje się znamienny pod tym względem, przejmująco zimny wykład Dragona Belzebubowicza, który dzień przed wprowadzeniem stanu wojennego tłumaczy bohaterowi powieści: „Socjalizm to ani kolejki, ani brak kolejek, ani strajki, ani brak strajków. To nie ma nic wspólnego z robotnikami, z jakąś prawdą obiektywną czy z czymś takim. Wy, intelektualiści, zawsze musicie wszystko zagmatwać i potem sami nie możemy sobie dać z tym rady. A to bardzo proste – socjalizm jest formą władzy. – A władza pochodzi od Boga – kończę niespodziewanie dla samego siebie. – No, no – powiada pobłażliwie Dragon – efektowne, złośliwe, ale głupie. Pan pewnie uważa, że władza pochodzi od ludu. Są tacy, co sądzą, iż od narodu. Tylko co to za różnica, od kogo ona pochodzi? Władza jest. Po prostu”. Takiego tłumaczenia Maciej Rybiński nie przyjmował do wiadomości. To, jaka jest ta władza, bynajmniej nie było mu obojętne. Do końca.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL