Historia

Polityczne licytacje

Jan Gumowski „W okopach”, akwarela z 1916 r.
Muzeum Wojska Polskiego
Kryzys przysięgowy spowodował rozbicie Legionów. Królewiacy, którzy odmówili złożenia przysięgi, zostali internowani: oficerowie w Beniaminowie, szeregowcy w Szczypiornie koło Kalisza. Pozostali zostali sformowani w Polski Korpus Posiłkowy i przekazani pod komendę Austro-Węgrom. Piłsudski został aresztowany w nocy z 21 na 22 lipca 1917 roku.
Austriacy przystąpili jesienią 1916 r. do reorganizacji Legionów w Polski Korpus Posiłkowy. Jej rzeczywistym powodem była chęć rozproszenia I Brygady i tym samym osłabienia pozycji Piłsudskiego. 27 listopada 1916 roku ogłoszono wiadomość o przyjęciu jego dymisji, a nowym komendantem niepokornej brygady został płk Marian Januszajtis.
Sytuacja ta podzieliła legionistów: zgodnie z instrukcjami swego wodza zaczęli masowo wysyłać podania do Komendy Legionów. Królewiacy, jako niepodlegający austriackiemu obowiązkowi wojskowemu, wnosili o zwolnienie ze służby, a żołnierze wywodzący się z Galicji – o przeniesienie do wojska austriackiego. Nieco inne nastroje panowały w szeregach II Brygady. Obawiano się, że masowość protestów doprowadzi do rozwiązania Legionów w ogóle, w wyniku czego tworzony z trudem zalążek polskiego wojska przestanie istnieć. Jak wspominał jeden z żołnierzy: „Naszą polityką była chęć wyrobienia się na dobrych żołnierzy. […] Uznając wielkość Komendanta, nie uzależnialiśmy wszystkiego tak jak oni: albo wszystko z nim, albo nic bez niego”.
Legiony rozlokowano na Nowogródczyźnie, m.in. w Baranowiczach, gdzie przeszły pod komendę Niemców. Dowództwo niemieckie w rozkazie skierowanym do swoich żołnierzy podkreślało wartość bojową polskich formacji, jednocześnie zaznaczając, że są one „nerwowe”. Początkowo stosunki między legionistami a żołnierzami niemieckimi układały się poprawnie. Niemcy przezbroili polskie oddziały i rozpoczęli intensywne szkolenie żołnierzy i oficerów. Tymczasem sprawa polska stała się przedmiotem zaciętych negocjacji pomiędzy państwami centralnymi. Problem uzupełnień stał się palący po ofensywie Brusiłowa, wskutek której c.k. armia poniosła znaczne straty. W jej trakcie Niemcy po raz kolejny przekonali się o niskiej wartości bojowej Austriaków. Coraz poważniej zaczęto myśleć o pozyskaniu Polaków. Po walkach na Wołyniu, szczególnie pod Kostiuchnówką, Niemcy postrzegali ich jako świetnych żołnierzy. Szef sztabu frontu wschodniego gen. Ludendorff pisał: „Wzrok mój znowu zwraca się na Polskę. Polak to dobry żołnierz […]. Gdy Austria zawodzi, my musimy postarać się o nowe siły […]. Trzeba zrobić Wielkie Księstwo Polskie z Warszawą i Lublinem, a następnie armię polską pod niemieckim dowództwem”. Niemiecki generał bez ogródek stwierdzał: „Realizacja tej koncepcji może nie być dla nas zbyt wygodna z punktu widzenia politycznego, lecz wszelkie rozważania muszą zejść na drugi plan, skoro idzie o nasze zwycięstwo”. [srodtytul]Niemiecki apetyt na polskie mięso armatnie [/srodtytul] Mimo że rozmowy w polskiej sprawie trwały od początku wojny, sojusznicy nie mogli dojść do porozumienia. Stopniowo to Niemcy zaczęli przejmować w tej sprawie inicjatywę. W sierpniu 1916 roku mimo początkowego oporu Austriaków politycy obu krajów podjęli decyzję o utworzeniu Królestwa Polskiego. W istocie miał być to twór kadłubowy – poza jego granicami miały pozostać Galicja, Poznańskie, Śląsk i Pomorze. Ostatecznie manifest dwóch cesarzy został ogłoszony 5 listopada 1916 roku równocześnie w Warszawie i Lublinie. Zapowiadano w nim, że władcy planują „utworzyć państwo samodzielne, z dziedziczną monarchią i konstytucyjnym ustrojem […]. Nowe Królestwo znajdzie w łączności z obu sprzymierzonymi mocarstwami rękojmie potrzebne do swobodnego sił swych rozwoju. We własnej armii nadal żyć będą pełne sławy tradycje wojsk polskich”. Początkowo polska opinia publiczna i sam Piłsudski przyjęli proklamację przychylnie. Taka zapowiedź mogła stać się politycznym przełomem w sprawie polskiej, która mimo ponad dwóch lat wojny nie zajęła dotąd oczekiwanego miejsca w dyplomacji zmagających się mocarstw. Legionista Wacław Lipiński tak komentował to wydarzenie w latach międzywojennych: „Po raz pierwszy od lat stu, od czasów kongresu wiedeńskiego, zabrzmiały oficjalnie te słowa. Polska, wymazana ze słownika politycznego Europy, wróciła do swych praw, sprawa jej stanęła od razu na gruncie międzynarodowym”. Deklaracja cesarzy sprawiała, że – jak ujął to Piłsudski – pomiędzy stronami konfliktu mogła się rozpocząć w sprawie polskiej „licytacja wzwyż”. Odezwa budziła jednak również obawy. Nie było w niej mowy o zjednoczeniu wszystkich polskich ziem – manifest stwierdzał enigmatycznie, że Polska będzie składała się z ziem polskich „panowaniu rosyjskiemu wydartych”. Dodatkowo już kilka dni po deklaracji opinia publiczna przekonała się o rzeczywistych intencjach ogłoszenia aktu. 9 listopada niemiecki generał-gubernator Hans Beseler i austriacki Karl Kuk wydali wspólną odezwę wzywającą ludność polską do wstępowania do tworzącego się Wojska Polskiego pod komendą niemiecką. Tymczasem Polacy uważali, że „armię musi powołać Rząd Polski, jedyny uprawniony szafarz krwi polskiej”. Państwa centralne żądały rekruta, ale nie chciały przystać na utworzenie narodowych organów politycznych. Protestowały niemal wszystkie liczące się organizacje i stronnictwa. W jednej z odezw czytamy: „Tylko własny Rząd Polski może powołać naród cały pod broń, tworząc z Legionów armię polską z Józefem Piłsudskim na czele. Nie może być armii bez rządu! Nie może być armii poza Legionami!”. Powszechny bojkot odezwy rekrutacyjnej uświadomił Niemcom i Austriakom, że plany stworzenia polskich dywizji są nierealne. Prowadzona z dużym rozmachem akcja dała niewielkie rezultaty i wkrótce zaciąg został zakończony. Nawet uważani za ugodowców Polacy zaangażowani w proces reorganizacji i werbunku, jak nowy (od 14 listopada 1916 roku) komendant Legionów Polskich płk Stanisław Szeptycki czy szef Departamentu Wojskowego NKN płk Władysław Sikorski, przekonywali władze o konieczności powołania polskich organów władzy. [srodtytul]Komendant ma dość gadania[/srodtytul] O tym, jak małą popularnością w społeczeństwie polskim cieszyły się poczynania Niemców, świadczyło zachowanie warszawiaków podczas defilady 1 grudnia. Mieszkańcy stolicy chłodno powitali maszerujące od Alei Jerozolimskich, Nowym Światem do pl. Zamkowego oddziały II Brygady (jedynie ją, jako najbardziej lojalną, przewidziano w paradzie). Żołnierzy biorących udział w defiladzie nazywano bratobójcami, wznoszono natomiast okrzyki na cześć I Brygady oraz jej komendanta. Przychylność społeczeństwa polskiego miała pozyskać powołana 6 grudnia Tymczasowa Rada Stanu (rozpoczęła działalność 15 stycznia). Wśród 25 jej członków znalazł się również Piłsudski. W ten sposób Niemcy chcieli zyskać większą kontrolę nad jego poczynaniami. W istocie była to instytucja fasadowa, niemająca większego znaczenia ani wpływu na losy Legionów. Ostatecznie 10 kwietnia 1917 roku Legiony zostały przekazane pod komendę generał-gubernatora warszawskiego. Polska Siła Zbrojna, czyli Polnische Wehrmacht, miała się stać zalążkiem armii przyszłego Królestwa Polskiego. Poddani austriaccy mieli zostać wydzieleni z oddziałów i „zwróceni” Austrii. De facto oznaczało to podział Legionów i wywołało wzrost napięcia w oddziałach. Do dymisji podał się gen. Stanisław Szeptycki. Na znak protestu legioniści nie oddawali honorów wojskowych Niemcom i lekceważyli ich rozkazy. Niejednokrotnie między żołnierzami obu narodowości dochodziło do bójek i krwawych incydentów. W maju na konspiracyjnym zjeździe delegatów wszystkich pułków uchwalono żądanie podporządkowania się Tymczasowej Radzie Stanu, uznania języka polskiego za urzędowy w wojsku polskim, jednakowego traktowania Galicjan i Królewiaków. Tymczasowa Rada Stanu również protestowała przeciwko wprowadzaniu niemieckich porządków w jednostkach polskich, jednak bezskutecznie. Zmieniający się kontekst międzynarodowy (przystąpienie do wojny Stanów Zjednoczonych oraz rewolucja w Rosji) spowodował, że 2 lipca 1917 roku Piłsudski opuścił Radę Stanu. Komendant zarzucał jej bezradność, brak autorytetu i stanowczości: „Państwa przez gadanie nie tworzy się. Państwo tworzy się wolą, z pewnym ryzykiem, powstaje w nieporządku i chaosie, a u nas jest za dużo porządku, ryzyka się boimy”. Istotnie, działania, jakie przygotowywał, były bardzo ryzykowne i dla wielu niezrozumiałe. [srodtytul]Odmowa przysięgi[/srodtytul] Czarę goryczy przelały wieści o przysiędze oddziałów legionowych, mówiącej o braterstwie broni z wojskiem Niemiec i Austro-Węgier. Inne sformułowania również budziły emocje. Legioniści mieli przysięgać nie Tymczasowej Radzie Stanu (czyli istniejącemu rządowi polskiemu – jakikolwiek by był), lecz „przyszłemu królowi polskiemu” – czyli bliżej nieokreślonej osobie. Sprzeciw budziło także oddanie Legionów pod komendę niemiecką. W istocie Niemcy chcieli w ten sposób zdyscyplinować niesfornego, acz przydatnego sojusznika. Przysięgać mieli tylko Królewiacy. Piłsudski (który w owym czasie rozważał przejście frontu na stronę rosyjską lub zbrojne opanowanie Dęblina) i jego współpracownicy zdecydowali, że legioniści nie złożą przysięgi. Komendant na odprawie oświadczył: „Nasza wspólna droga z Niemcami skończyła się. Rosja – nasz wspólny wróg […] skończyła swoją rolę. Wspólny interes przestał istnieć. Wszystkie nasze i niemieckie interesy układają się przeciw sobie. W interesie Niemców leży przede wszystkim pobicie aliantów, w naszym – by alianci pobili Niemców”. Kwestia przysięgi podzieliła środowisko legionowe. Za jej złożeniem opowiedzieli się m.in. mjr Michał Żymierski i kpt. Marian Kukiel (oficerowie I Brygady), jak również płk Marian Januszajtis i płk Stanisław Haller, mjr Włodzimierz Zagórski czy szef Krajowego Inspektoratu Zaciągu płk Władysław Sikorski. Zwolennicy przysięgi wywodzili się głównie z szeregów II Brygady. Oto jedna z relacji, dobrze oddająca odczucia żołnierzy „Żelaznej Brygady”: „[Piłsudski] żąda, abyśmy się rozbili i bądź poszli do domu spiskować, bądź zostali wcieleni do armii austriackiej. Dla Królewiaków taki rozkaz znaczył: »pójdziesz do mamy«, dla nas Galicjan: »pójdziesz na front włoski, aby stamtąd nie wrócić«. Nie mogłem pojąć, jaką korzyść mogła mieć z tego sprawa polska. […] rozumiałem tylko, że żołnierz polski, czy pod komendą pruską, czy chińską, zawsze żołnierzem polskim pozostanie. I więcej może zaważyć na szali, gdy stanowi zwarte kadry wojskowe, aniżeli jako jednostki spiskujące w domu czy w armii austriackiej”. Gdy przedstawiciele TRS i Komendy Legionów usiłowali przekonać zrewoltowane oddziały o konieczności złożenia przysięgi w imię polskiej racji stanu, doszło do zamieszek i poturbowania agitatorów. Ostatecznie przysięgi nie złożyło 181 oficerów i 4729 szeregowych i podoficerów wobec 105 oficerów i 1939 żołnierzy (głównie z II Brygady), którzy ją złożyli. Z reguły odmowa przebiegała spokojnie, gwałtowniejszy charakter przybrała natomiast w Modlinie. Kryzys przysięgowy spowodował rozbicie Legionów. Królewiacy, którzy odmówili złożenia przysięgi, zostali internowani; oficerowie w Beniaminowie (niedaleko Zegrza pod Warszawą), szeregowcy zaś w Szczypiornie koło Kalisza. Pozostali zostali sformowani w Polski Korpus Posiłkowy i przekazani pod komendę Austro-Węgrom. Uderzono również w Polską Organizację Wojskową, aresztując około 90 jej członków. Sam Piłsudski został aresztowany w nocy z 21 na 22 lipca. Od połowy sierpnia przebywał w twierdzy w Magdeburgu, niemal całkowicie odcięty od świata zewnętrznego. Towarzyszył mu jeden z jego najbliższych współpracowników Kazimierz Sosnkowski. [srodtytul]W niewoli u byłych sojuszników[/srodtytul] W obozie dla oficerów w Beniaminowie przebywało 132 internowanych. Przybyli tu w większości dobrowolnie, myśląc, że wkrótce nastąpi demobilizacja i będą mogli powrócić do cywila. Początkowo cieszyli się względną swobodą. Oficerowie wybrali władze obozowe, ustalono rozkład dnia, wydawano obozową prasę, organizowano „naukowe kursy” oraz zajęcia sportowe. Kurtuazja Niemców szybko się skończyła – wkrótce obóz otoczono podwójną linią drutów kolczastych, wystawiono uzbrojone warty. Upokarzająca dla oficerów była decyzja o zwolnieniu ich z Legionów – odebrano im broń białą, nakazano założyć cywilne ubrania. Generał Beseler stwierdził, że internowani „są jeńcami cywilnymi i tak będą traktowani”. Z czasem atmosfera w obozie stawała się coraz bardziej napięta – jeden z osadzonych opisywał ją jako „ciągłe kwasy, nieporozumienia, niesnaski i pojedynki odkładane na czasy powojenne”. Nie wszyscy oficerowie uważali decyzję o dalszym pozostawaniu w obozie za właściwą formę protestu przeciwko postępowaniu Niemców. Stopniowo grono „cierpiętników”, jak nazywano najbardziej pryncypialnych osadzonych, topniało. Niektórzy decydowali się na złożenie przysięgi i wstąpienie do Polskiej Siły Zbrojnej (np. ppor. Stefan Rowecki). Droga ta nie była otwarta dla wszystkich: Niemcy i polscy oficerowie z PSZ opracowali listę, na której znalazło się 19 nazwisk najzagorzalszych piłsudczyków. W obawie przed agitacją polityczną w polskim Wehrmachcie wykluczono ich z PSZ. Niemcy starali się wpływać na decyzje osadzonych poprzez naciski oraz wysyłanie najbardziej bezkompromisowych oficerów do innych obozów. Niektórzy zostali zwolnieni na skutek wniosków rozmaitych instytucji jako niezbędni specjaliści. W rezultacie do końca marca większość oficerów opuściła już obóz, a do połowy października, kiedy to wypuszczono ostatnich internowanych, pozostawało w nim 27 osób, które Niemcy uważali za element najbardziej niebezpieczny i wywrotowy. O wiele gorsze warunki panowały w obozie dla żołnierzy w Szczypiornie pod Kaliszem. Był to duży ośrodek – mogło w nim przebywać do 20 tys. osób. Ocenia się, że oprócz jeńców innych nacji (głównie Rosjan), w Szczypiornie zgromadzono ok. 3,5 – 4 tys. legionistów. Oprócz szeregowców i podoficerów w obozie przebywało kilkunastu oficerów, którzy nie chcieli opuszczać swoich podkomendnych i zataili swoje stopnie. Szczypiorno w założeniu było obozem przejściowym (rozsyłano z niego grupy niedawno schwytanych jeńców do właściwych obozów jenieckich), dlatego warunki nie były przystosowane do dłuższego pobytu. Jeńcy mieszkali w sześćdziesięcioosobowych barakach z desek, w większości do połowy zagłębionych w ziemi. Przez niemal pozbawiony okien barak przebiegał długi korytarz, po obu jego stronach znajdowały się miejsca do spania, tzw. nary. Dachy były kryte papą, często dziurawe. W czasie opadów na podłogach i legowiskach tworzyły się kałuże. Obóz otaczało kilka rzędów drutów kolczastych, a w narożnikach stały wieże z karabinami maszynowymi. Teren obozu także był podzielony drutami kolczastymi na osiem bloków, każdy złożony z pięciu baraków. Poważniejszym problemem niż warunki lokalowe był głód, zwłaszcza w ciągu kilku pierwszych tygodni. Zgodnie z konwencją haską jeńcy powinni otrzymywać taki sam wikt, jak walczący żołnierze, praktyka jednak nie miała nic wspólnego z ustaleniami. Na śniadanie i kolację internowani otrzymywali fatalnej jakości herbatę lub namiastkę kawy, na obiad zaś najczęściej zupę z liści buraczanych lub roślin pastewnych. Dzienny przydział chleba to zaledwie 1/6 bochenka (ok. 200 – 300 g). Czasem pojawiały się mięso i tłuszcze, zwykle w postaci ryb lub ikry, które często były nieświeże i ledwo nadawały się do spożycia. Palacze cierpieli z powodu braku przydziału papierosów. Sytuację nieco poprawiły paczki żywnościowe od rodzin oraz pomoc kaliskiej filii warszawskiego Komitetu Opieki nad Jeńcami. Mimo to sytuacja aprowizacyjna przez cały okres internowania była poważna i wiele wspomnień mówi wprost o głodzie. W takich warunkach realne było zagrożenie epidemią w postaci czerwonki, świerzbu czy tyfusu. Na szczęście sprawnie działała zorganizowana przez legionistów własnymi siłami służba zdrowia. Nie bez znaczenia były też działania profilaktyczne podejmowane przez Niemców – epidemia w dużym obozie jenieckim byłaby nie do opanowania. Dlatego śmiertelność wśród jeńców była niska – według ustaleń historyka Jana Snopki, w Szczypiornie i później w Łomży zmarło siedmiu legionistów. [srodtytul]Szczypiorniak, czyli w dwa ognie[/srodtytul] Starań o zorganizowanie życia obozowego było więcej. Obóz miał wewnętrzną strukturę władz, na której czele stała Rada Żołnierska i nieformalny komendant obozu. Podobnie jak w obozie oficerskim ułożono bogaty program zajęć – organizowano np. codzienną gimnastykę poranną, kursy rzemieślnicze i fachowe (m.in. buchalterii czy stenografii). Powstała również obozowa biblioteka. W obozie działał teatr, w którym wystawiano często zjadliwe satyry na temat relacji polsko-niemieckich. Dużą popularnością cieszyły się różnego rodzaju zajęcia sportowe, wśród których sławę zdobyła piłka ręczna. To właśnie w Szczypiornie przeszczepiono ją na grunt polski, stąd też się wzięła jej nazwa w języku polskim – szczypiorniak. Bogate życie obozowe po części miało służyć również zachowaniu dyscypliny i uniknięciu rozprzężenia w szeregach legionistów. Nie udało się jednak uniknąć rozłamu. Wpłynęła na to nie tylko nasilająca się propaganda niemiecka nawołująca do składania przysięgi i wstępowania do Polskiej Siły Zbrojnej. Trudne warunki pobytu oraz dłuższy, niż się to wielu żołnierzom wydawało, czas internowania powodowały utratę wiary w sens protestu. Do dramatycznych wydarzeń doszło 19 października 1917 roku, kiedy to do obozu przyjechała komisja werbunkowa z PSZ. Zgłosiło się wówczas około tysiąca jeńców, zaprzysiężono 513 osób. Zaskakująca masowość zgłoszeń spowodowała gwałtowną reakcję pozostałych internowanych. W stronę opuszczających obóz oprócz obelg leciały kamienie. Doszło do rękoczynów, kilku żołnierzom zdarto z mundurów dystynkcje i orzełki. Szczególnie silną postawą antyprzysięgową wykazali się „beliniacy”. Pozytywnym rezultatem zajść był wzrost poczucia solidarności wśród pozostałych w obozie legionistów. Zostali oni poddani zaostrzonemu rygorowi: m.in. zablokowano pomoc żywnościową dla obozu, uniemożliwiono korespondencję, wstrzymano indywidualne zwolnienia. Kilka tygodni później doszło do kolejnego konfliktu. Władze niemieckie nakazały legionistom naszycie na mundury numerów jenieckich. Polacy w poczuciu szczególnego upokorzenia odmówili. W tej sytuacji na teren obozu wkroczyła kompania piechoty z bronią gotową do użycia. Niemcy przystąpili do naszywania numerów, jednak Polacy zaczęli je natychmiast zdzierać. Reakcją był zakaz opuszczania baraków bez naszytych numerów, co w istocie wykluczało korzystanie z tak podstawowych potrzeb, jak kuchnia czy toalety. Zdesperowani legioniści rozpoczęli trwającą od 14 do 18 listopada głodówkę. Ponieważ większość żołnierzy była i tak osłabiona pobytem w obozie, wkrótce kilkaset osób trafiło do obozowego szpitala. Mimo determinacji internowanych i interwencji Rady Regencyjnej (działającej od września 1917 r. w miejsce rozwiązanej Tymczasowej Rady Stanu), udało się uzyskać jedynie cofnięcie represji oraz zapewnienie, że naszyte numery będą obowiązywać tylko do czasu przeniesienia legionistów do nowego obozu, co nastąpiło w połowie grudnia. [srodtytul]Protest głodowy w Łomży[/srodtytul] Do dawnych rosyjskich koszar w Łomży przeniesiono ok. 1700 legionistów. Warunki były tu lepsze – budynki były murowane, ogrzewane, do spania służyły normalne, piętrowe łóżka. Nic nie zmieniło się natomiast w kwestii aprowizacji i głód dalej pozostawał najbardziej dotkliwym problemem. Podobnie jak w innych obozach legioniści szybko wyłonili własną komendę, zorganizowali różnorodne zajęcia. Mimo że w trakcie pobytu w Łomży wciąż zadawano sobie pytania o sens prowadzonego oporu i wewnętrzne spory, przebiegał on o wiele spokojniej niż internowanie w Szczypiornie. 23 marca 1917 roku rozpoczął się nowy etap w polsko-niemieckiej rozgrywce politycznej. Rozkaz dowódcy POW płk. Rydza-Śmigłego nakazywał legionistom wstępowanie do PSZ. Liczono, że w ten sposób Polacy zdobędą na nią wpływ. Mimo początkowych oporów większość internowanych złożyła odpowiednie wnioski. Niemcy jednak, słusznie odczytując intencje Polaków, z rezerwą odnieśli się do tego nagłego przypływu lojalizmu i do PSZ wcielono stosunkowo niewielu legionistów. Z czasem szeregi legionistów przetrzymywanych w Łomży topniały. Latem, kiedy obóz likwidowano, przebywało w nim ok. 800 najbardziej nieprzejednanych żołnierzy – w większości z I Brygady. Okres internowania stał się ważnym elementem budowania legendy Legionów i ich walki o niepodległą Polskę. Zwłaszcza Szczypiorno stało się symbolem nieugiętej i zdeterminowanej postawy. Szerokim echem odbił się zwłaszcza tzw. protest głodowy, mimo że zakończył się podporządkowaniem niemieckim zarządzeniom. Społeczeństwo w Galicji i Królestwie starało się pomagać w różny sposób. Sprawa była nagłaśniana w prasie, organizowano protesty, a także zbiórki funduszy na rzecz legionistów. W drugiej połowie wojny państwa centralne dotkliwie odczuwały jej trudy. Głód panował w miastach, nawet w wojsku (zwłaszcza austriackim) zaopatrzenie w żywność często nie wyglądało lepiej. Nic więc dziwnego, że sytuacja w obozach jenieckich bywała bardzo trudna. Uderzające jednak jest to, że w tak upokarzających warunkach znaleźli się żołnierze jeszcze niedawno tworzący – może nieliczne, ale jedne z najdzielniejszych oddziałów armii austro-węgierskiej, którym nader często przyszło rzucać swój życia los na stos wielkiej wojny. [srodtytul]Z ziemi polskiej do włoskiej w austriackim mundurze [/srodtytul] Po kryzysie przysięgowym oddziały legionowe jako Polski Korpus Posiłkowy na przełomie sierpnia i września 1917 roku zostały przewiezione pod Przemyśl. Tymczasem w oddziałach wrzało. Galicjanie, których nie obejmował obowiązek przysięgi, a którzy podlegali austriackiemu obowiązkowi wojskowemu, solidaryzowali się z królewiakami i masowo składali podania o zwolnienie z Legionów i wstąpienie do c. k. armii. W tej sytuacji oddziały zostały rozwiązane, a garstka legionistów, którzy nie złożyli podań, została wcielona do II Brygady – jedynej, która nie wzięła masowo udziału w proteście. Pozostałych wysłano na front wschodni i Bałkany oraz przede wszystkim na coraz ważniejszy dla monarchii habsburskiej front włoski. Stacjonowała tam m.in. 12. Galicyjska Dywizja Piechoty, w której skład wchodziły pułki z Wadowic, Nowego Sącza, Tarnowa i Cieszyna. Udział Polaków w pułkach sięgał blisko 90 proc. Przeważnie byli to szeregowi żołnierze, kadrę oficerską stanowili w większości Niemcy. Polakiem był natomiast dowódca dywizji gen. Stanisław Puchalski. Duża część legionistów, nawet do 1600 osób, trafiła do tej właśnie jednostki. W dokumentach nowo przybyłych widniał wpis „politycznie podejrzani”. Oficerowie legionowi mieli dodatkowe powody do niezadowolenia, gdyż ich stopnie oficerskie nie zostały uznane. Dopiero po przejściu przeszkolenia mogli odzyskać szlify. Chcąc zamanifestować swoją chlubną przeszłość, zaczęli masowo przypinać do mundurów swoje austriackie i niemieckie odznaki otrzymane za dzielność w boju. Ponieważ część z nich przysługiwała jedynie oficerom, budziło to zdziwienie austriackich przełożonych. Żołnierze wcieleni w szeregi 12. DP wzięli udział w pościgu za uciekającymi Włochami po ofensywie pod Caporetto, a następnie w walkach pozycyjnych na linii rzeki Piave. Początkowo stosunki z Austriakami układały się poprawnie. Z czasem jednak zaczęły się psuć – grono legionistów, zwłaszcza aktywnych politycznie oficerów, stało się szybko „rozsadnikiem” idei niepodległościowych, znajdując wsparcie w działającej od końca 1916 roku konspiracyjnej organizacji „Wolność”, utworzonej przez grupę młodych oficerów rezerwy z pułku nowosądeckiego. Prowadzili oni akcję uświadamiająco-propagandową wśród Polaków lojalnych wobec monarchii, kontaktowali się z Polską Organizacją Wojskową, a także nawiązywali kontakty z Włochami i prowadzili działania zmierzające do rozbicia c.k. armii od wewnątrz. Legioniści licznie uciekali też na stronę włoską. W marcu 1918 roku pod Monte Tomba doszło do ucieczki grupy ponad 20 legionistów, którzy wpadli w ręce Francuzów. Często dezercje miały na celu nawiązanie kontaktów z Włochami – rozważano przejście 12. DP na stronę włoską i utworzenie narodowej jednostki, pomysłu nie udało się jednak zrealizować. Jednocześnie dezercje były często traktowane jako czyn niegodny. Zdanie takie podzielał jeden z najwybitniejszych oficerów na froncie włoskim kpt Leopold Lis-Kula cieszący się autorytetem wśród legionistów. Był on autorem hasła „Bić się jak najlepiej, honor żołnierza polskiego utrzymać”. Dowodził zwycięskim atakiem na redutę Cordelazzo, podczas którego został ciężko ranny. Został za to odznaczony jednym z najwyższych odznaczeń austriackich. Na front już nie wrócił, zajmując się w kraju działalnością w Polskiej Organizacji Wojskowej. [srodtytul]Karny batalion na koniec[/srodtytul] Mimo że liczba legionistów na froncie włoskim malała, sytuacja zmieniła się po przedarciu się na drugą stronę frontu II Brygady pod Rarańczą 15 lutego 1918 roku (napiszemy o tym za tydzień). Po rozwiązaniu reszty Polskiego Korpusu Posiłkowego w marcu i kwietniu ok. 3000 żołnierzy wysłano na front włoski. Austriacy, podejrzewając Polaków o działalność antypaństwową, w lutym 1918 roku wycofali z linii i rozproszyli pułk sądecki. Jednocześnie prowadzili dochodzenia, grożąc sądem wojennym, a nawet przenosząc do innych jednostek kompanie uznane za najbardziej wywrotowe. W marcu wydzielono legionistów z wszystkich pułków dywizji i sformowano w jeden batalion, de facto karny. Odesłano go na tyły, a następnie do rezerwy w Polsce. Austriacy próbowali również wytypować osoby podejrzewane o działania antypaństwowe. Konspiratorów wysyłano na długoterminowe urlopy (np. w celu dokończenia studiów) czy przymusowe leczenie. W większości osoby te również w Galicji angażowały się w ruch niepodległościowy, przygotowując np. oddziały lokalnej samoobrony, starając się o uzbrojenie itp. Wkrótce po zakończeniu działań wojennych do kraju powrócili ostatni legioniści. Część z nich wracała samodzielnie, inni wrócili wraz z kilkoma galicyjskimi pułkami, którym udało się uniknąć rozbicia przez Włochów. Niedługo później oddziały te znów ruszyły do walki – tym razem o kształtowanie granic niepodległej Polski. [ramka]PODANIE Ponieważ w związku z dymisją Józefa Piłsudskiego i podziałem I Brygady Legiony przestały być formacją skierowaną w celu tworzenia armii i państwa polskiego, a zamieniają się w c.k. armię – służbę moją w Legionach uznaję za nieużyteczną dla dobra Ojczyzny Fragment podania o zwolnienie z Legionów[/ramka] [ramka]SZCZĘK ZŁOWROGI Pod nogi niedawnych towarzyszy broni padają ze złowrogim szczękiem szable oficerów, za którymi stoją jak mur wyciągnięte w długie linie kompanie i bataliony, jednogłośnie odmawiając przysięgi Wacław Lipiński o odmowie przysięgi przez legionistów stacjonujących w Modlinie. Wacław Lipiński „Walka zbrojna o niepodległość Polski 1905 – 1918”. Warszawa 1935.[/ramka] [ramka]OBOZOWA ZUPA Od czasu do czasu w zupie była ryba, ale jak ją gotowali, to, dosłownie, na 500 kroków trzeba było nos zatykać. Była to duża ryba nie wiadomo, z jakich potworów morskich, trzeba ją było przed ugotowaniem obedrzeć ze skóry i gotować tak długo, aż się robactwo w rybie znajdujące temperaturą zabiło. Władysław Kęsik „Za drutami Szczypiorna i Łomży. Wspomnienie byłego żołnierza I Brygady Legionów Polskich”. Warszawa 1936.[/ramka] [ramka]SZCZYPIORNIAK Jeśli kiedyś [...] wyjdziemy żywi z obozu, a nowa rozumniejsza gra zyska prawa obywatelstwa u innych miłośników sportu, wówczas ten jeden choćby wynalazek będzie nas bronił przed zarzutami bezowocnego pobytu w Szczypiornie Ludwik Dudziński „Ofiarny stos. Dziennik legionisty”. Kalisz 2006.[/ramka] [i]Michał Janik, doktorant w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego, zajmuje się m.in. I wojną światową, a zwłaszcza walkami na froncie włoskim[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL