Komentarze

Paweł Lisicki: Tusk porzucił miłość dla wojny

„Zrobimy wielkie rzeczy, bo wierzymy dzisiaj, że to miłość, a nie władza, jest najważniejsza życiu”. Dziś aż trudno uwierzyć, że autorem tych słów jest premier Donald Tusk.
No cóż, łatwo mówić o miłości, kiedy właśnie wygrało się wybory parlamentarne. Po dwóch latach rządów, w obliczu największego kryzysu politycznego Tusk całkowicie zmienił retorykę. Z misjonarza miłości przedzierzgnął się w bojownika. Z człowieka kompromisu – w bezwzględnego szeryfa.
Przynajmniej w takiej roli wystąpił w środę. Można było odnieść wrażenie, że przemawia nie polityk, ale wódz prowadzący wojsko do ostatecznego starcia. Wystarczy sprawdzić, jak zmienił się słownik Tuska, teraz złożony niemal w całości z określeń militarnych. Co czeka Platformę? Bój, bitwa, konfrontacja. Czego stała się ofiarą? Brutalnego ataku i podstępnej pułapki. Co należy zrobić? Przegrupować siły, tak by na trudnym froncie wygrać w bezwzględnej walce brutalną wojnę polityczną. Ale czy ta zmiana retoryki pozwoli premierowi odzyskać zaufanie do jego formacji politycznej? Czy najważniejsze decyzje – dymisje ministrów Andrzeja Czumy, Adama Szejnfelda oraz Grzegorza Schetyny, a także wszczęcie procedury odsuwania z urzędu szefa CBA Mariusza Kamińskiego – to właściwa odpowiedź na kryzys?
Z pewnością niektóre postanowienia szefa rządu można uznać za właściwe. Dobrze, że premier przyjął dymisję Andrzeja Czumy. Mimo swych zasług z przeszłości, okazał się on całkowitą pomyłką. Stronniczy, agresywny, łatwo i radykalnie atakujący przeciwników, broniący kolegów był zaprzeczeniem cech, jakie powinien mieć minister sprawiedliwości: stonowanie, ostrożność, bezstronność i niezależność. Podobnie wydaje się, że rozsądne było odejście z rządu wicepremiera Schetyny oraz ministra Szejnfelda. Chociaż w przypadku tych dwóch polityków podane przez premiera powody dymisji mogą nieco zaskakiwać. Przecież oba nazwiska pojawiają się w związku z aferą hazardową. Rzecz najważniejsza i zarazem najbardziej wątpliwa to postanowienie usunięcia Mariusza Kamińskiego. Wojenna retoryka pozwoliła Tuskowi całkowicie zmienić sens ostatnich wydarzeń. Istotą afery było zaangażowanie – przynajmniej jeśli chodzi o intencje – bardzo ważnych polityków Platformy Obywatelskiej w zmianę przepisów ustawy pod wpływem dwóch prywatnych biznesmenów. Wskutek tego zaangażowania Skarb Państwa mógł stracić setki milionów złotych. Zapis rozmów z obu politykami nie pozostawiał wątpliwości, że zachowywali się tak, jakby działali na zlecenie lobbystów, z których jeden – jak się zresztą okazało – został wcześniej prawomocnie skazany za korupcję. Tyle zostało z pewnością ustalone. Czy w zamian za swoją lobbystyczną działalność politycy PO zostali wynagrodzeni, czy nie – tego na razie nie wiemy. Wiemy natomiast, że premier otrzymał informacje o sprawie już 12 sierpnia. Nie dowiedzieliśmy się jednak, czy – mimo kompromitujących Chlebowskiego i Drzewieckiego zapisów – podjął jakiekolwiek działania przeciw nim. Cała reszta to domniemania, gdzie słowo Tuska zderza się ze słowami Kamińskiego. Zgodnie z wersją premiera zrobił on dokładnie to, o co prosił go szef CBA – zapewnił bezpieczeństwo procesu legislacyjnego – a więcej zrobić nie mógł, gdyż oznaczałoby to ujawnienie śledztwa. Według wersji szefa CBA premierowi rekomendowano od razu stanowcze działania przeciw obu politykom. Co więcej, właśnie w związku z kompletną biernością Tuska Kamiński miał powiadomić o obciążających Chlebowskiego i Drzewieckiego materiałach władze państwowe: prezydenta i marszałków. Zważywszy, że dziwnym zbiegiem okoliczności prokuratura nadzorowana przez ministra Czumę przyspieszyła działania przeciw Kamińskiemu akurat po tym, jak CBA przekazało informację o zamieszaniu polityków PO w aferę, Kamiński miał prawo wierzyć, że śledztwo usiłuje się schować pod dywan. Dla przejrzystości sprawy byłoby lepiej, żeby Tusk pozostawił na stanowisku Mariusza Kamińskiego. Przecież sam wcześniej twierdził wielokrotnie, że głównym zadaniem szefa CBA miały być działania na rzecz ochrony Polski przed korupcją. Właśnie to zrobił Kamiński, odkrywając aferę hazardową. I teraz ma za to zapłacić dymisją? Podobnie trudno uwierzyć w dobre intencje premiera i chęć wyjaśnienia całej sprawy, skoro głównym winowajcą afery ma być PiS i jego zbrojne ramię, czyli CBA. To prawda, że partia Jarosława Kaczyńskiego, który sam miał w swej administracji Janusza Kaczmarka czy Konrada Kornatowskiego, powinna z większą wstrzemięźliwością występować w roli Katona. Niemniej jednak opozycja ma prawo pokazywać błędy rządu i związanych z rządem polityków. W ustach premiera – można sądzić – przyczyna myli się ze skutkiem. Tak jakby to PiS i CBA, a nie politycy jego własnej partii, wywołały aferę. Takie stawianie sprawy nie ma nic wspólnego ani z bezstronnością, ani z dążeniem do odzyskania zaufania do państwa. Wygląda to raczej na zastosowanie taktyki, zgodnie z którą najlepszą obroną jest atak. A odwołując się do mądrości ludowej – na odwracaniu kota ogonem. Skomentuj na [link=http://blog.rp.pl/lisicki/2009/10/07/tusk-porzucil-milosc-dla-wojny/]blog.rp.pl/lisicki[/link]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL