Prawo autorskie

Co łączy „Dzienniczek” św. Faustyny z Paderewskim

Rzeczpospolita
Opracowanie, w tym tłumaczenie, cudzego utworu stanowi odrębny utwór, do którego prawa służą jego twórcy, tzn. autorowi opracowania – podkreśla profesor prawa
W artykule M. Kosiarskiego „Czyją własnością jest »Dzienniczek« św. Faustyny” [link=http://www.rp.pl/artykul/368225.html](„Rz” z 25 września)[/link] podane przykłady wygasłej majątkowej ochrony utworów uzasadniają konieczność istotnych uzupełnień i korekt.
Omówione w nim skutki upływu czasu majątkowej ochrony autorskiej odniesione zostały m.in. do upływu 70-letniego okresu ochrony autorskiej „Dzienniczka” św. Faustyny. Przykład ten jest typowy dla błędnej interpretacji związanej ze stosowaniem zasady dotyczącej majątkowej ochrony autorskiej. Należy mianowicie przypomnieć, że często przedmiotem rozpowszechnienia jest opracowanie utworu, nie zaś utwór oryginalny (pierwotny). [srodtytul]Odrębny utwór[/srodtytul]
Zgodnie z art. 2 prawa autorskiego opracowanie (w tym tłumaczenie) cudzego utworu stanowi odrębny utwór, do którego prawa służą jego twórcy, tzn. autorowi opracowania. Przez okres ochrony utworu będącego przedmiotem opracowania rozpowszechnianie opracowania wymaga zezwolenia twórcy utworu pierwotnego. Po upływie ochrony utworu pierwotnego uzyskiwanie zezwolenia na rozpowszechnianie nie jest potrzebne. Pozostaje natomiast aktualny, i to bezterminowo, obowiązek respektowania autorskich dóbr osobistych, w szczególności prawa do decydowania o publikacji utworu pierwotnego, autorstwa, integralności utworu pierwotnego, a także obowiązek powoływania w opracowaniu danych utworu pierwotnego. [wyimek]Sama dostępność utworu w Internecie nie przesądza o tym, że dany tekst rozpowszechniony został legalnie[/wyimek] W praktyce wiele utworów jest wykorzystywanych jedynie w opracowaniach, niektóre równolegle, w wersji pierwotnej i opracowaniach, bywa że pochodzących od różnych twórców. Ma to istotne znaczenie prawne. Jeżeli prawa do utworów pierwotnych wygasły, w płaszczyźnie majątkowej pozostaje jedynie ochrona ich opracowań. Jednym z przykładów jest twórczość Fryderyka Chopina, wykonywana przez kilkadziesiąt lat w opracowaniach Ignacego Paderewskiego. W przypadku twórczości Chopina opracowania Paderewskiego były przedmiotem szczególnej troski polskich wydawców. W 1938 roku założyli oni spółkę pod nazwą Przedstawicielstwo Wydawców Polskich, z przedstawicielstwem w USA, w celu zapewnienia ochrony polskim utworom na terenie amerykańskim. Dbała ona o zamieszczanie na edycjach nut niezbędnej w świetle ówczesnego tamtejszego prawa noty copyrightowej oraz dokonywała zgłoszeń w Copyright Office dla zapewnienia im ochrony. Po wojnie spółka ta została reaktywowana i działała pod nazwą Agencji Autorskiej. Ochrona opracowań nie jest więc ani sprawą nową, ani tym bardziej nieznaną. Ochrona autorska ma charakter bezwzględny. Nie uchyla jej więc w szczególności ani nieznajomość prawa autorskiego, brak informacji o trwaniu ochrony, ani wadliwa ocena dobra stanowiącego utwór, ani niedostrzeżenie rozróżnienia utworu pierwotnego i jego opracowania. Zilustrować to można przykładem wydania przed wieloma laty, zapewne w najlepszej wierze, przez jedną z największych niemieckich wytwórni płytowych popularnego utworu „Ondraszek”, znanego z repertuaru zespołu Śląsk, w bardzo udanej realizacji na dwa fortepiany. Na etykiecie zamieszczono informację: „»Ondraszek«, melodia ludowa w opracowaniu…”. Skutkiem tego było oczywiście to, że tantiemy płynęły na wskazanego na etykiecie autora opracowania. Dodać należy, że wcześniej utwór ten ukazał się w wersji pierwotnej w postaci nut, wydanej przez polskie wydawnictwo, z informacją, że jest to melodia ludowa. W rzeczywistości „Ondraszek” był oryginalnym utworem Stanisława Hadyny, zresztą nie miał (w sposób łatwo postrzegalny dla znawców) charakteru utworu ludowego. Oczywiście, po wystąpieniu ze stosownymi roszczeniami doszło do niezwłocznego usatysfakcjonowania praw Hadyny. Fakt, że pochopnie zaufano błędnej informacji zamieszczonej na edycji nutowej, nie stanowił tu żadnego argumentu. [srodtytul]To jest opracowanie[/srodtytul] Podane przypomnienia wiążą się z informacją, że „Dzienniczek” jest dostępny w Internecie, a prawa do niego wygasły. „Dzienniczek” św. Faustyny w rękopisie nie został nigdy opublikowany. Ukazały się dwie edycje książkowe. W świetle prawa autorskiego stanowią one opracowania, wydane zresztą za zgodą uprawnionych z tytułu prawa autorskiego do oryginału. Były to więc odrębne od oryginału-rękopisu utwory. „Dzienniczek” w wersji oryginalnej, ze względu na swoją pierwotną formę (m.in. wobec tego, że był pisany w wizji św. Faustyny bez znaków przestankowych i jakichkolwiek korekt), wymagał opracowania. Obecnie korzystanie z któregokolwiek z tych opracowań wymaga zatem zezwolenia ich autorów i każde z nich korzysta z ochrony na zasadach ogólnych. Bardziej szczegółowo pisałem o tym w Księdze Pamiątkowej dedykowanej ks. prof. W. Góralskiemu „Finis legis Christus” (Wyd. UKSW, 2009 rok, t. I, s. 279 i nast.). Oceny statusu wydań „Dzienniczka” nie zmienia fakt, że w przedmowach do obu edycji książkowych błędnie określano przedmiot publikacji jako „Dzienniczek” św. Faustyny, bez wyraźnego wskazania na karcie tytułowej, że publikacja jest opracowaniem, nie zaś publikacją wersji pierwotnej. Bez znaczenia jest także to, że wspomniane opracowania ukazały się po śmierci św. Faustyny. Błędna argumentacja nie ma znaczenia dla obiektywnej oceny, która powinna być dokonywana w świetle bezwzględnie obowiązujących przepisów prawa. [srodtytul]Lista pozornie użyteczna[/srodtytul] Autor artykułu wytyka, że ani minister skarbu, ani minister kultury nie mają listy utworów niechronionych. Taka lista byłaby jedynie pozornie użyteczna. Należy sobie bowiem uświadomić, że tworzenie takiej listy wymagałoby dokonywania oceny każdego utworu z osobna pod kątem tego, czy ma on charakter pierwotny, czy jest opracowaniem, czy jest utworem jednego autora, czy współautorskim, ustalania autorstwa. Należałoby ponadto odpowiedzieć na fundamentalne pytanie, jakie znaczenie miałaby informacja wynikająca z proponowanej listy. Nie mogłaby przecież zwolnić korzystającego z odpowiedzialności. Musiałoby więc dojść do powstania wielkiej biurokratycznej machiny, której ustalenia byłyby bezwartościowe z prostego powodu: tylko sąd może ustalić wiążący stan prawny w odniesieniu do każdego konkretnego przypadku z osobna, a więc uwzględniając konkretną konfigurację prawną. Komentarza wymaga też stwierdzenie, że „Dzienniczek” jest dostępny w Internecie. Jeżeli do rozpowszechnienia utworu w Internecie doszło legalnie (tzn. za zgodą lub z woli uprawnionego), a w przypadku „Dzienniczka” dotyczy to ostatnio opublikowanego jego opracowania, można zeń korzystać wyłącznie w zakresie dozwolonego w ustawie użytku. Generalnie jednak sama dostępność utworu w Internecie nie przesądza o tym, że dany tekst rozpowszechniony został legalnie. Niestety, Internet jest obszarem naruszeń prawa autorskiego na ogromną skalę i nie robi się w rzeczywistości nic, żeby stan ten zmienić. Każdy bezkrytycznie sięgający do jego zasobów musi się zatem liczyć z tym, że i jego działanie może w konsekwencji naruszać prawo autorskie.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL