Architektura

Kawa pod wiszącą skałą

Amfiteatr w Eggum. Toalety ukryto w głębi pagórka (Snohetta)
Rzeczpospolita
Turysta na szlaku. Dzika przyroda, piknik i toaleta nie muszą się wykluczać. Jak budować, by nie zaśmiecać krajobrazu
Ot wakacyjny paradoks: popturysta chce, by na szlaku było dziewiczo, ale z odrobiną luksusu. Chce toalety, chce kawy.
[srodtytul]Wyjście pierwsze: nie budować[/srodtytul] Paradoksy są jak węzły gordyjskie. Można je kontemplować, ale po co. W dolnych partiach Tatrzańskiego Parku Narodowego przy drogach stoją popularne toi toi. W sumie kilkadziesiąt. Choć ciemnozielone, nie wszystkim trafiają do przekonania. Dyrekcja parku odrzuca jednak pomysł zbudowania na szlakach stacjonarnych toalet. – Chcemy, by cywilizacji w parku było jak najmniej – mówi Zbigniew Krzan, zastępca dyrektora Tatrzańskiego Parku Narodowego, odpowiedzialny za ochronę przyrody.
Dyrektor krytycznie odnosi się też do pomysłu toalet w domkach jak szałasy pasterskie. To projekt Karola Murlaka z Designlab, który zwyciężył rok temu w konkursie zorganizowanym przez Sanitec Koło. Pod względem architektonicznym trudno o bezpieczniejszy design. Nowocześnie w środku, tradycyjnie na zewnątrz – chatki pasterzy na połoninach każdy zna. – Nie jesteśmy zainteresowani realizacją tego projektu – wyjaśnia Zbigniew Krzan. – Jak zbudujemy toalety, pojawi się pomysł, by budować na przykład kolejne schroniska. Poza tym, naszym zdaniem, nie jest właściwe usadawianie wychodka w szałasie pasterskim, który ma dużą wartość symboliczną dla mieszkańców Podhala. [srodtytul]Wyjście drugie: architektura szeptana[/srodtytul] Od kilku lat norweskie Ministerstwo Dróg i Autostrad tworzy nową infrastrukturę przy głównych trasach turystycznych w kraju: parkingi w leśnej głuszy, platformy z widokiem, miejsca odpoczynku dla rowerzystów. Norwegowie nie boją się łączyć przyrody i żelbetu. Ich rozwiązania są ultranowoczesne i ultraskromne, bazują na lokalnych materiałach, nie rywalizują z otoczeniem. W ramach projektu (trwa do 2012 roku) podjęto współpracę z ponad 40 pracowniami architektonicznymi. W konkursach zwyciężyli młodzi entuzjaści jak Todd Saunders i czołowe norweskie biura architektoniczne, m.in. Jensen & Skodvin czy Snohetta, tegoroczny laureat nagrody Miesa van der Rohe, najważniejszego europejskiego wyróżnienia w architekturze. Trzy spośród realizacji konkursu są szczególnie godne uwagi. Okolice Eggum, na jednej z wysp archipelagu Lofoty, znane są jako punkt obserwacji tarczy słonecznej podczas dnia polarnego. Morze łączy się tu ze skalistym wybrzeżem i górami. Dla minivanów i camperów, które się tu zjeżdżają, Snohetta zbudowała parking połączony z amfiteatrem. Koliste zagłębienie w ziemi otaczają ułożone schodkowo gabiony – stalowe siatki z kamieniami. Toalety ukryto w głębi pagórka. To architektura szeptana, taka, której nie widać. „Chcieliśmy, by architektura stapiała się z krajobrazem, tak by platformę było trudno dostrzec” – wyjaśniał w „Guardianie” Jan Olav Jensen, twórca projektu platformy widokowej nad wodospadem w Gudbrandsjuvet, również w Norwegii. Cięta laserem stal ma grubość zaledwie 2,5 cm. Jej płynne kształty nawiązują do organicznych form pobliskich skał i wijącej się pomiędzy nimi rwącej rzeki Valldola. Według legendy biedny chłopak o imieniu Gudbrand, rówieśnik Romea, zmykał tędy ze swoją Julią, której ojciec nie zgadzał się na mezalians. Dramatycznym susem, dźwigając ukochaną na plecach, Gudbrand przesadził pięciometrową przepaść nad kipielą. Ucieczka zakończyła się szczęśliwie, para zamieszkała ponoć w chatce z kamienia. Dziś chętnych do skoku zniechęca wygięta do wewnątrz balustrada w postaci stalowego relingu. [srodtytul]Wyjście trzecie: pełna widoczność[/srodtytul] Wyjście niebezpieczne, na pewno powinno się go unikać w parkach narodowych. Ale jeśli coś może zapierać dech w piersiach bardziej niż dzikie fiordy, to tylko dzikie fiordy, do których lada moment zjedziemy jak po wielkiej zjeżdżalni. Takie wrażenie robi platforma widokowa w Aurland (Aurland Lookout, 2005). Zaprojektowali ją Todd Saunders i Tommie Wilhelmsen. Wygląda jak ucho od kubka, które oboma końcami wbito w klif. Wąska, wykończona w jasnym drewnie wychodzi ze stromego urwiska wprost w zatokę i niespodziewanie się kończy gwałtownym spadkiem. Szklana barierka umieszczona na końcu i jeszcze pochylona lekko w stronę przepaści jest niewidoczna. Jeden krok, myślimy, i zaraz jak na roller coasterze ześlizgniemy się w przepaść. Wspornik w Aurland widać już z daleka, choć jego design jest subtelny i prosty. W oczy rzuca się też restauracja East Beach Cafe w Littlehampton, na południowym wybrzeżu Wielkiej Brytanii. Jest jak wyrzucony przez morze kawał drewna wielkości skały, przeżarty przez słoną morską wodę. Gdy dwa lata temu ją otwierano, zdjęcia rdzawej kłody obiegły portale architektoniczne świata. Projekt brytyjskiego studia Thomasa Heatherwicka (autora m.in. Rolling Bridge – zwijanego mostu w Londynie) powstał na zlecenie Jane Wood, która kupiła teren nad morzem po starej kawiarni, bojąc się, że ktoś zbuduje tam jakieś straszydło. „Okna mojego domu wychodziły na tę plażę. By uratować to miejsce, podjęłam szaloną decyzję i kupiłam cały interes” – wyjaśniała Wood prasie. Projekt rzeźbiarskiej bryły zyskał poparcie mieszkańców tej tradycyjnej miejscowości. „The Times” uznał właśnie East Beach Cafe za najlepszą z nadmorskich restauracji Wielkiej Brytanii, obowiązkowe miejsce dla fanów architektury. To budynek ikoniczny, ale w przeciwieństwie do znanych ikon, „zrośnięty” z otoczeniem. Stalowa powłoka kłody wygląda na skorodowaną, chropowatą, zużytą. Ma podlegać działaniu żywiołów, jak wszystko, co wyrzucone przez morze. [ramka][srodtytul]Więcej zdjęć na stronach architektów[/srodtytul] [link=http://www.heatherwick.com]www.heatherwick.com[/link] [link=http://www.saunders.no]www.saunders.no[/link] [link=http://www.snoarc.no]www.snoarc.no[/link] [link=http://www.jsa.no]www.jsa.no[/link][/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL