Teatr

Brawa o 3 nad ranem

W "Orgii tolerancji" Jan Fabre atakuje wszelkie wynaturzenia wolności
Rzeczpospolita, Jean-Pierre Stoop stoop Jean-Pierre Stoop
Owacja na stojąco zakończyła francuską premierę "(A)pollonii"
Pierwszy polski spektakl na głównej scenie Festiwalu Awiniońskiego odniósł sukces. A wcale nie było to pewne.
Na dziedzińcu Pałacu Papieży goszczą bowiem widowiska skierowane do szerokiej publiczności, oparte na klasyce lub tańcu. Polski reżyser zaproponował wymagający skupienia, trwający 4,5 godziny monumentalny fresk o akcie ofiary. Nawiązujący do greckich tragedii, prozy Coetzee'go, Litella i Krall. Choć niektórzy widzowie mieli problem ze zrozumieniem, publiczność, z wyjątkiem kilkudziesięciu osób, pozostała do końca przedstawienia.
W Awinionie nie stało się również to, co wcześniej na Wiener Westwochen. Na początku, podczas sceny z hymnem (a zawsze grany jest hymn gospodarzy), Agamemnon, który wrócił z wojny, wyzywająco pali papierosa. Austriacy wychodzili oburzeni. Tu po "Marsyliance" ktoś krzyknął tylko: "I czym jeszcze nas sprowokujecie?!". Brawa dla Macieja Stuhra, który zagrał Agamemnona o niebo lepiej niż w Warszawie. Po-ruszającą kreację stworzyła nie-biorąca udziału w polskiej premierze Danuta Stenka, Klitajmestra. Zagrała ofiarę, mścicielkę, wampirzycę. Świetny był cały zespół. Z kolei "Orgia tolerancji" Jana Fabre'a okazała się atakiem na polityczną poprawność i przyjmującą już formę paranoi akceptację dla wszelkich wynaturzeń wolności, w tym perwersji seksualnych. Flamandzki choreograf pokazuje ich absurdalność i idiotyzm. Na przykład gwiazdor przypominający Michaela Jacksona zyskuje poklask bohaterów spektaklu, tańcząc w kapturze Ku-Klux-Klanu. Bo czyż duma Afroamerykanów nie wstydziła się swojej rasy? Spektakl zaczyna się sceną konkursu onanizmu. Fabre uczynił z niego główny motyw widowiska i symbol naszych czasów – ekshibicjonizmu, egoizmu, narcyzmu. Obnażył obyczajowość lansowaną przez popkulturę, a polegającą na nieustannym szczytowaniu i eskalowaniu emocji. Handlarz bronią gwałci się lufą karabinu, zwolennik cyklizmu kocha się z rowerem. Rekiny finansjery tańczą na drogich meblach. Czas wolny spędzają na erotycznej gimnastyce z banknotami euro. Śmieszniej nie zrobiłby tego Monty Python. Groteskowo wypadła scena z kobietami uzależnionymi od shoppingu – akt zakupów urasta w ich pojęciu do tak ważnej sprawy jak… poród. Rozparte na wózkach z supermarketów prą z poświęceniem, rodząc piękne ciuchy, ekologiczne kiełbasy, środki czystości. Paradoksalnie, jedynymi pozytywnymi bohaterami są terroryści: gdyby nie wywołany przez nich strach – konsumenckiemu światu zabrakłoby refleksji. Totalną klapą natomiast było "Święto Borysa" w reżyserii Denisa Marleau. Debiutancka sztuka Thomasa Bernharda rozgrywa się w przytułku dla inwalidów i jest okrutną analizą życiowej katastrofy, niespełnionych nadziei, braku porozumienia. Marleau zrobił z niej francuską farsę. Żarcik gonił żarcik. Sugestywny był finał z użyciem lalek, których dialogi zostały zainscenizowane z użyciem wideoprojekcji. Ale przecież nie prestidigitatorskie sztuczki są esencją dramaturgii Bernharda. [i]Jacek Cieślak z Awinionu[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL