Biznes

Polskie Stocznie, czyli kto?

Sprzedaż majątku zakładów w Gdyni i Szczecinie w przetargu to efekt decyzji Komisji Europejskiej z listopada 2008 r. KE uznała, że stocznie dostawały w przeszłości niedozwoloną pomoc publiczną
KFP, Maciej Kosycarz Mac Maciej Kosycarz
Najrozsądniejsze, co resort skarbu może zrobić, by uciąć spekulacje wokół sprzedaży majątku stoczni, to wyłożyć wszystkie karty na stół
Czym umilają sobie czas dziennikarze w oczekiwaniu na opóźniającą się z kwadransa na kwadrans konferencję prasową? Wiadomo: żartami i plotkami. W takiej oto atmosferze przed konferencją spółki Polskie Stocznie, na której minister skarbu miał pokazać światu prawdziwego kupca stoczniowych aktywów, ktoś rzucił znienacka, że a nuż za moment za stołem konferencyjnym zamiast wyczekiwanych Katarczyków pojawią się znajome twarze stoczniowych ekspertów z dawnych lat: Krzysztof Piotrowski, Andrzej Buczkowski, a może Janusz Szlanta?
Żarty żartami, ostatecznie minister zjawił się w towarzystwie widzianego już wcześniej Holendra Jana Ruurd de Jonge, reprezentanta spółki Stichting Particulier Fonds Greenrights, która przejmie majątek stoczni w Gdyni i Szczecinie. Niemniej po owej konferencji pozostał pewien... właśnie, co? Niepokój? Niedosyt? Bo choć lada dzień powinna wpłynąć zapłata za stoczniowe aktywa, wiemy wciąż niewiele. Przeanalizujmy: w trakcie długiego majowego weekendu Agencja Rozwoju Przemysłu informuje, że chętnych na majątek zakładów jest 35. Nie ujawnia jednak, kim są, argumentując – pierwszy raz – że może to zaszkodzić transakcji, bo gdyby konkurenci poznali się nawzajem, mogliby nie zalicytować na tyle wysoko, by kwota uzyskana za majątek stoczni gwarantowała spłatę ich wierzycieli. Abstrahując od logiki tych tłumaczeń, dodajmy, że jeszcze rok temu, gdy resort skarbu desperacko próbował sprzedać stocznie w całości, padały nazwy konkretnych inwestorów.
Ale idźmy dalej. W połowie maja ARP podaje, że kluczowe aktywa zakładów kupiła w przetargu wspomniana już spółka SPFG, działająca w imieniu United International Trust. Obie z raju podatkowego. Koniec, kropka. Więcej na razie nie można powiedzieć, by nie zaszkodzić transakcji. Ale od czego jest Internet? Na bazie danych z internetowych rejestrów mnożą się więc spekulacje aż po fantasmagorie, że stoczniowy majątek kupił Mossad. Z otoczenia resortu skarbu płyną nieoficjalnie uspokajające wieści, że za zwycięzcami przetargu stoją katarscy szejkowie. W połowie czerwca, tuż przed posiedzeniem sejmowej komisji skarbu, na stronie MSP pojawia się komunikat, że katarski bank inwestycyjny QInvest do spółki z Qatar Islamic Bank dały tajemniczej spółce gwarancje finansowe. Dwa tygodnie później na konferencji Polskich Stoczni minister skarbu ogłasza, że właściwym inwestorem jest właśnie QInvest. Ale ten sam QInvest po dwóch dniach w oświadczeniu przesłanym „Rzeczpospolitej” precyzuje, że pełni tylko rolę doradcy, a inwestora ujawnić nie może. Minister skarbu zbywa dopytujących się dziennikarzy zapewnieniem, że jest spokojny o los stoczni i nie będzie zaglądał inwestorom do „kuchni inżynierii finansowej”, bo QInvest na pewno działa wśród nich. „Ba! Ale jak? Czy ja wiem? Mgła”, jak pisał w „Zielonej Gęsi” Gałczyński. [wyimek]Na potrzeby katarskiego kontraktu wystarczyłyby dwa gazowce kursujące tam i z powrotem. Transakcja wiązana nie gwarantowałaby więc zakładom bytu na najbliższe lata. A poza tym Katar dysponuje własną flotą[/wyimek]Nic więc dziwnego, że spekulacje nie ustają. Tu i ówdzie słychać hipotezę – przedstawioną w obszernej formie przez Witolda Gadomskiego w „Gazecie Wyborczej” – jakoby obecność Katarczyków przy stoczniowych transakcjach należało wiązać ze świeżo zawartym kontraktem na dostawy skroplonego gazu LNG. Zwolennicy tej teorii zwracają nawet uwagę na taki oto szczegół, że katarski kontrakt pojechał podpisywać nie minister gospodarki, a skarbu. Jednak jest ona obciążona błędem już na wstępie. Otóż zgodnie z wymogami Brukseli przetarg na sprzedaż majątku stoczni miał być otwarty, niedyskryminujący, a jedynym kryterium wyboru nabywcy – cena. Przy transakcji wiązanej do zakulisowych ustaleń musiałoby dojść jeszcze przed licytacją, co z perspektywy KE dyskwalifikowałoby cały proces. Należy wątpić, czy jakikolwiek rząd, nawet pod presją kilku tysięcy liczących na ponowne zatrudnienie stoczniowców, poważyłby się na tego typu krok. Poza tym rynek gazu LNG jest rynkiem sprzedającego, a nie kupującego, więc z jakiej racji katarscy szejkowie mieliby brać stocznie jako bonus do wynegocjowanej przez stronę polską umowy? To, że w Gdyni miałyby być budowane właśnie gazowce LNG, też niczego nie uzasadnia. Konstrukcja takich statków to wyższa szkoła jazdy – zaledwie dziesięć krajów na świecie ma do tego odpowiednią technologię, bazę i doświadczenie, a spółka Polskie Stocznie musiałaby najpierw zdobyć niezbędne licencje. Ponadto, w przypadku Polski w grę mogłyby wchodzić statki o pojemności do 130 tys. m sześc. umożliwiające swobodne podejście do krajowych portów i żeglugę przez cieśniny duńskie. Na potrzeby katarskiego kontraktu (1,5 mld m sześc. gazu rocznie) wystarczyłyby dwa pływające tam i z powrotem. Umowa gazowa nie gwarantowałaby więc zakładom bytu na najbliższe lata. A poza tym – Katar dysponuje własną flotą gazowców. [srodtytul]Między gwarantem, doradcą a inwestorem[/srodtytul] Gwarancje finansowe dla SPFG nie są jednak fantasmagorią – niżej podpisana widziała je na własne oczy. Może więc zaszedł jedynie zbieg okoliczności? Katarczycy, niezależnie od rozmów o gazie, chcieli kupić majątek stoczni (w końcu słali wcześniej listy intencyjne) i kupili – powiedzmy, ze względów podatkowych – przez spółkę z Antyli. Sypną więc pieniędzmi, a prezes de Jonge dzięki swoim znajomościom załatwi kontrakty. Stocznie, oddłużone i odchudzone, odrodzą się jak mityczny Feniks, zaczną znów zatrudniać i budować statki, mimo zapaści w przemyśle okrętowym. I takiego scenariusza chyba wszyscy, nawet najbardziej zagorzali łowcy sensacji, by sobie życzyli. Dlaczego zatem trudno weń uwierzyć? Bo spółka SPFG i jej prezes są kompletnie nieznani w branży okrętowej, jak odpowiadali nam przedstawiciele branżowych organizacji, u których chcieliśmy zasięgnąć języka. Bo adres w Curacao nie jest najlepszą rekomendacją – by założyć tam podmiot tego typu, wystarczy 100 dolarów. Bo gdy kilka lat temu sprzedawano Polskie Huty Stali, podmiot o porównywalnej wadze dla gospodarki jak stocznie przed podziałem majątku, wszyscy wiedzieli, że potencjalnych inwestorów jest dwóch, obu wiarygodnych i powszechnie znanych. Bo między doradcą, gwarantem a inwestorem jest zasadnicza różnica. Wyjaśnienie, że w grę wchodzi „inna kultura prowadzenia biznesu” brzmi jak chęć zbycia byle czym natrętów, którzy nie wiedzieć czemu drążą temat, a skoro minister jest spokojny, też powinni już dać sobie spokój. Nie wszyscy wszak muszą tę kulturę znać, więc ci, co poznali, niechże wprowadzą w jej tajniki niezorientowanych. Bo – wreszcie – nic tak nie pobudza wyobraźni jak niedopowiedzenie. Tym bardziej że od sprawy senatora Misiaka sprawa stoczni przeciętnemu Polakowi, zwłaszcza z Wybrzeża, nie kojarzy się z przejrzystością. Dlatego jedynym sensownym wyjściem z sytuacji byłoby wyłożenie przez resort skarbu wszystkich kart na stół. Jaki jest kapitał firm, kto zasiada w ich władzach, jakie są powiązania między poszczególnymi uczestnikami transakcji? [srodtytul]Znajomi z dawnych lat[/srodtytul] Pozwoliłoby to wykluczyć inny scenariusz, który – podobnie jak gazowy – jest jedynie niczym niepopartą spekulacją, ale dla zakładów byłby fatalny. Otóż równie dobrze można założyć, że Katarczycy pojawili się wokół stoczni dopiero w ostatnich tygodniach, by – w ramach kurtuazji związanych z gazowym kontraktem – uwiarygadniać transakcję. Tym można by tłumaczyć przeciągające się oczekiwanie na informację, kto jest właściwym inwestorem. Przetarg odbył się zgodnie z regułami sztuki, aktywa kupił ten, kto dał najwięcej, czyli spółka SPFG w imieniu równie nieznanego UIT. Jednak w ich cieniu skrywa się ktoś wcale nieegzotyczny. Być może sprawdzony polski management z czasów Porty Holding. Być może specjaliści z Korporacji Polskie Stocznie, która z chwilą sprzedaży obu zakładów straciła rację bytu, a jej pracownicy, dotąd piszący kolejne programy restrukturyzacji sektora, mają wreszcie szansę wykazać się w praktyce. De Jonge może dziś zapowiadać cokolwiek – jak sam zresztą przyznał, jest tylko tymczasowym prezesem. Potem zniknie, a w Polskich Stoczniach (skądinąd ciekawa zbieżność nazw) pojawią się znajome twarze. Karkołomne? Nie takie idee dotyczące stoczni rodziły się już przy ministerialnych biurkach. A stocznie pozbawione garba pomocy publicznej, nadbagażu zatrudnionych, presji związkowców, w dodatku wreszcie połączone w jedną spółkę (przy okazji zmaterializowała się koncepcja, dla której powołano kiedyś KPS) to nie lada pokusa dla wszystkich, którzy przez lata uczestniczyli w ich podtapianiu.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL