Sztuka

Pieszczoty piórkiem i nożem

Rebecca Horn „Błękitne skrzydła papugi”, rzeźba 2009 r.; fot. Karin Weyich
Materiały Promocyjne
"FataMorgana". Rebecca Horn ma retrospektywę w najbardziej prestiżowym miejscu w Wenecji – w galerii przy Piazza San Marco
Ona ma 65 lat? To niemożliwe. Zmysłowa, ruda kocica. Czarownica. Tak myślałam, patrząc na najnowsze zdjęcia Rebecki Horn. Niemiecka artystka nie tylko nie wygląda na starszą panią, zajmuje się także emocjami, z których powinna "wyrosnąć".
Tymczasem nadal miotają nią namiętności – od miłości do nienawiści. Tę uczuciową ambiwalencję przedstawia w różnych formach. Słowem, rzeźbą, mechanizmami, filmem, ciałem (własnym), rysunkiem, poezją, dźwiękiem. I w każdej dziedzinie porusza się swobodnie. Bo w przypadku wielkich artystów gatunek twórczy nie ma znaczenia. Długo leczyła się z narodowościowych kompleksów. Niemka, urodzona w 1944 roku, gardziła swym krajem i krajanami. Ojczysty język był jej tak wstrętny, że starała się zastąpić go francuskim i angielskim. Rumuńscy guwernerzy, pod opiekę których oddali ją rodzice, nauczyli ją rysować. To stało się dla niej remedium. Zamiast na ekonomię poszła na plastyczne studia w Hamburgu.
Rebecca Horn miała 20 lat, kiedy rozpoczęła naukę technik szklarskich w Barcelonie. Eksperymentowała z poliestrem, pracując bez maski. Uległa niemal śmiertelnemu zatruciu toksynami; do życia wracała blisko rok. Jakby nie dość było nieszczęść, w tym czasie dotknęła ją strata obydwojga rodziców. Leżąc w łóżku, kurowała się rysowaniem. Jak Frida Kahlo. Mówiła, że czuła wtedy "totalną izolację" od świata. Dała temu wyraz, kreując dziwaczne ubrania – pancerze z żywicy i starych ciuchów. Wtedy, w połowie lat 60., stworzyła pierwsze "cielesne rzeźby" przywodzące na myśl kokony. Z nich wykluły się performances. Jej pierwsza słynna akcja to "Jednorożec". Wcieliła się wówczas w młodą kobietę "bardzo mieszczańską", szykującą się do zamęścia. Rebecca spacerowała po polach i łąkach w dziwacznym kostiumie z bandaży, z przytwierdzonym do głowy wysokim, pionowo sterczącym "rogiem". Manifestowała dziewiczość i niewinność, a zarazem obawę przed poranieniem. Chyba nie była świadoma, że upodobniła się do Fridy Kahlo (niesamowity zbieg okoliczności) z autoportretu "Złamana kolumna". Niemiecka Frida, tak jak meksykańska artystka, szybko pojęła cenę erotycznej przyjemności: to niebiańskie uniesienie, za które płaci się cierpieniem. W performance "Piórkowe palce" (1972 r.) muskała swoje ramię dłonią drugiej ręki. Każdy z palców był zwieńczony piórkiem przytwierdzonym metalowymi pierścieniami, kanciastymi jak kastety. Zobaczyłam ten słynny występ dopiero tego lata w Wenecji. Nie na żywo, zarejestrowany na wideo. W ciasnym kadrze nie było widać twarzy ani postaci; kamera skupiła się na obiekcie i czynności głaskania. Sądzę, że ta wersja lepiej oddawała intencje autorki i miała bardziej uniwersalny wymiar niż jej żywy występ. O pozycji Horn we współczesnej sztuce świadczy retrospektywa zorganizowana tego lata w Wenecji, równolegle do 53. biennale sztuki, w Galleria San Marco (do 20 września). Trudno o bardziej prestiżowe miejsce. Jeśli dodać, że w Operze La Fenice pokazywany jest film Horn "Sypialnia Bustera" z Donaldem Sutherlandem w roli głównej – staje się jasne, że mamy do czynienia z gwiazdą. Wizja Rebecki wciąga. To kondensacja emocji. Erotyzm, miłość, męsko -damskie relacje, sadomasochistyczne zabawy. Wszystko bez konkretów, w sferze domysłów. Takie wizualno -dźwiękowe metafory. Czym Horn zajmuje się od ponad 20 lat? Tworzy mechaniczne instalacje. Albo raczej – wizualne utwory poetyckie. Kompozycje składają się z dwóch – trzech obiektów (swego rodzaju ready -made); niektóre animują potężne maszynerie. Na oko – kilka rupieci manipulowanych prymitywnym technicznym sprzętem. Kiedy tryby ruszają, ruchom towarzyszą dźwięki. Całość wydaje się wariacką mieszanką. A efekt jest cudownie surrealistyczny. Kojarzy mi się z poezją Appolinaire'a. Na przykład – praca "Amore". Na ścianie wisi zabytkowa maszyna do pisania, nad nią słowo "a -m -o -r -e". Czerwone litery unoszą się jak baloniki na drucikach przytroczone do odpowiadających im czcionek. Maszyneria wprawia "miłość" w ruch. Każda litera – kliknięcie połączone z drgawką napisu. Bo uczucie to newralgiczny temat. Niekiedy namiętność przeobraża się w agresję – o czym traktuje instalacja złożona z kamieni i noża. Co chwila żelazne ramię unosi ostre narzędzie, które z nieprzyjemnym zgrzytem opada na kamienną bryłę. Na pozór bez efektu. Tylko na ścianie widać szare chlapnięcia. Krew kamienia? Z tego roku (2009) pochodzi praca zatytułowana "Sen muszli – ucieczka kochanka". Mosiężny odlew męskiego członka tryka w wielką muszlę perłopława. Bum, bum. I nic z tego nie wynika. Jak zwykle z erotycznych marzeń.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL