Publicystyka

Utopijna wizja europejskiego narodu

Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Funkcjonowanie w niepodległym państwie jest naturalnym dążeniem wspólnoty. Ludzie pragną się rządzić sami. Konstruktorzy obecnej Unii chcą jednak narzucić im europejskie instytucje, które udają demokrację – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”
Zdecydowanie za mało dyskutujemy na temat Unii Europejskiej. Trudno za dyskusję uznać rytualne wezwania do zwiększenia unii w Unii. Nie wiąże się z tym żadna argumentacja poza zaklęciami, że przecież lepiej razem niż osobno i lepiej budować, niż niszczyć. Dyskusję z przeciwnikami obecnego kształtu Unii zastępuje poszukiwanie motywów ich nieprzyzwoitej postawy, gdyż uzasadnień ich ani przytaczać, ani tym bardziej polemizować z nimi przecież nie wypada.
W tym kontekście istotne jest podjąć dyskusję na temat argumentów, które Piotr Skwieciński ([link=http://www.rp.pl/artykul/316920.html]„Europarlament – cicha, rosnąca potęga”[/link]) przeciwstawił moim racjom. [srodtytul]Unijny galimatias[/srodtytul]
Zacznijmy od faktów. Skwieciński poucza mnie, że prezentuję typową dla Polaków ignorancję w sprawach europejskich i nie wiem, że blisko trzy czwarte polskiego prawa kształtowane jest przez instytucje UE. Tak się składa, że nie tylko nigdy temu nie przeczyłem, ale wielokrotnie w swoich tekstach nad tym biadałem. Natomiast inne stwierdzenie Skwiecińskiego (za Dariuszem Rosatim), że połowa polskiego prawa stanowiona jest w Parlamencie Europejskim, jest nieporozumieniem. Europarlament nie jest w stanie podjąć żadnej decyzji bez zgody Rady Europejskiej (oficjalnie Rady UE) złożonej z szefów rządów lub ich reprezentantów. Z tego też powodu nie sposób zgodzić się ze sformułowaniem o „decydującym wpływie”, jaki europarlament wywiera na prawodawstwo unijne w kilku „istotnych” obszarach politycznych. W następnych zdaniach autor pisze już zresztą o „realnym współdecydowaniu” brukselskiego parlamentu w tych dziedzinach. Współdecydowanie to jest realne w przeciwieństwie do – jak rozumiem – nierealnego w sferach innych. Jakkolwiek jest z ową realnością, decydowanie a współdecydowanie to dwie zasadniczo różne rzeczy. Ten galimatias, który doskonale obrazuje tekst Skwiecińskiego, oddaje istotę rzeczy – kompetencje instytucji unijnych dublują się, krzyżują i, przede wszystkim, nie są jasno zdefiniowane. Relacje europarlamentu z Radą Europejską i Komisją są tego najlepszym przykładem. Entuzjaści obecnego modelu integracji uznają ten bałagan za przejaw życia i rozwoju. Można na to popatrzeć z innej strony, traktując stan ten jako chaos, który uniemożliwia ocenę i weryfikację działania instytucji UE, a więc stanowi zasadniczą barierę dla funkcjonowania w niej reguł demokracji. Stwarza za to dodatkowe możliwości dla silnych i wpływowych gremiów. [srodtytul]Nieformalna siła[/srodtytul] Powtarzam: europarlament to wielki klub towarzyski i jako taki jest on niezwykle wpływowy. Również niemiecki Trybunał Konstytucyjny stwierdził niedawno, że Parlament Europejski nie jest w istocie parlamentem. Mój polemista zdaje się nie rozumieć, że takie ciała mogą mieć możliwości większe niż instytucje o precyzyjnie sformalizowanych kompetencjach i nie jest to sytuacja zdrowa. Moje stwierdzenie o „spektaklu pozorów”, które tak rozsierdziło Skwiecińskiego, wskazuje, że europarlament udaje tylko parlament i jest elementem w spektaklu demokracji europejskiej, która z demokracją ma coraz mniej wspólnego. Nie znaczy to, że nie oddziałuje on na naszą politykę i życie. Skwieciński przyjmuje, że europarlament jest remedium na „deficyt demokracji” w UE. Uzasadnieniem tego ma być mniejsza podatność tego ciała na działania gospodarczych lobbystów niż zamknięta przed szeroką publicznością Komisja Europejska. Co do odporności tego ciała na działania lobbingowe mam poważne wątpliwości. Budowanie niezwykle skomplikowanych zapisów prawnych – bo takie są w efekcie rozlicznych kompromisów normy unijne – z dala od obywateli, którzy mogliby je kontrolować, wydaje się wręcz zaproszeniem do działania rozmaitych nieformalnych grup nacisku. Wiemy, ile mamy problemów z uporaniem się z tego typu wpływami w parlamentach krajowych. W wypadku europarlamentu wszystkie te zagrożenia ulegają spotęgowaniu. Remedium byłoby ograniczenie europejskiego prawa do międzyrządowych umów i niezbędnego ściśle określonego minimum. Tylko jak wówczas uzasadniałby potrzebę swojego istnienia europarlament? [srodtytul]Wspólnota narzucona[/srodtytul] Meritum sporu sięga jednak głębiej i pokrywa się z osią sporu euroentuzjastów i eurosceptyków. Sprawa dotyczy tożsamości europejskiej. Na ile możliwe i wskazane jest narzucić ją narodom Europy? Na ile można wykreować ją poprzez administracyjne nakazy, a więc metodą inżynierii społecznej? Skwieciński za twórcami współczesnego modelu Unii uważa to za właściwe, ja – wraz z coraz liczniejszym zastępem sceptyków – sądzę, że jest to projekt katastrofalny. Skwieciński przyjmuje, że tożsamość europejską można wytopić w resortach unijnych instytucji tak jak w instytucjach państwowych powstała, jego zdaniem, tożsamość narodowa: „Bo to nie narody stworzyły państwa, tylko państwa stworzyły narody – ten truizm potwierdzi każdy historyk”. Rozstrzyganie podstawowych kwestii poprzez odwołanie się do poglądu „oczywistego dla każdego historyka” (ekonomisty, filozofa czy socjologa) – powinno zapalać czerwoną lampkę. Nie tylko bowiem rozmaite narody wyrastają na rozmaite sposoby, to nawet sama kategoria narodowości wydaje się trudno definiowalna. Można przyjąć, że naród to wytworzona w procesie historycznym wspólnota mocno uświadamiana sobie przez swoich członków. Trudno uznać to jednak za precyzyjną definicję. Wszystkie inne wyróżniki tego pojęcia można zakwestionować. Znamy narody bez stałego terytorium, bez państwa, bez wspólnego języka czy religii. Skoro naród jest tak niejednorodnym pojęciem, to dlaczego nie powołać europejskiego narodu – zadać można naiwne pytanie. Otóż w im bardziej skomplikowaną materię wchodzimy, a taką jest więź narodowa, a więc tożsamość ludzka, tym większej pokory winniśmy wymagać od polityków. Cały XX wiek to jedna wielka lekcja klęski prometejskich projektów społecznych inżynierów i ich katastrofalnych konsekwencji. [srodtytul]Powstawanie narodu[/srodtytul] Można domniemywać, że Skwieciński odwołuje się do popularnych nie tak dawno teorii Ernsta Gellnera czy Benedicta Andersona, które analizowały tworzenie się współczesnego narodu. Zdaniem tych i innych teoretyków to elity (nacjonaliści) kreowały narodowe mity, aby zbudować tożsamość zbiorowości, która dzięki temu, z czasem dopiero, uzyskiwała status narodu. Istotną rolę w tym procesie odgrywało państwo ze swoimi instytucjami, zwłaszcza szkołą i powszechnym obowiązkiem służby wojskowej. Teorie te opisują realne zjawiska i pokazują finał budowania współczesnych narodów, ale nie wyczerpują problemu jego genezy. Własne państwo z pewnością sprzyjało tworzeniu się narodowej wspólnoty i umacniało ją, ale musiało opierać się na czymś, co istniało wcześniej. Dlatego tworzenie jednych państw się udawało, a innych nie, choć w obu wypadkach próbowano stosować te same metody. Gdyby przyjąć w całej rozciągłości tezę Skwiecińskiego, to jak wyjaśnić przetrwanie narodów bez państw, z którymi mamy do czynienia nawet dziś – jak Kurdowie? Jak zinterpretować przebudzenie się narodów po setkach lat pozbawienia państwowości albo takich, które państw właściwie nigdy nie miały – jak Ukraińcy? Jak wytłumaczyć odrodzenie się narodów bałkańskich po pół tysiącu lat tureckiego panowania? I to odrodzenia trwałego, które wiązało się z odmową przyjęcia narzuconej odgórnie formy państwowej, jaką stanowiła Jugosławia, i powrotem do swoich etnicznych tożsamości. Jak zrozumieć fenomen Polski czy Irlandii? [wyimek]Europarlament to wielki klub towarzyski i jako taki jest niezwykle wpływowy. Również niemiecki Trybunał Konstytucyjny stwierdził, że Parlament Europejski nie jest w istocie parlamentem[/wyimek] Jak zinterpretować Homera, który tworzył między IX a VIII wiekiem p. Ch. i wskazywał na jednoznaczne poczucie narodowej wspólnoty u Greków (Achajów), którzy pomimo rozbicia na wiele państw mieli silną świadomość swojej tożsamości przeciwstawioną Trojańczykom? Czy nie bardziej zrozumiałe byłoby przyjąć, że poczucie więzi narodowej poprzedza współczesne państwa, które nie mogą od niej abstrahować? W Europie dziś mamy narody, które wcale nie mają zamiaru zanikać, czego chyba najsilniej dowodzi przypadek naszych zachodnich sąsiadów coraz śmielej rewindykujących swoją niemiecką tożsamość. Tożsamość europejska to dość abstrakcyjna świadomość kulturowej wspólnoty, do której zresztą nie za bardzo odwoływać się chcą konstruktorzy współczesnej Unii. Czy Anglików więcej łączy z Francuzami niż z Amerykanami i Australijczykami? Czy dla Hiszpanów Argentyna jest bardziej obca niż Bułgaria? [srodtytul]Naga władza[/srodtytul] Nie twierdzę, że z czasem tożsamość europejska nie mogłaby ulec wzmocnieniu. Metoda, którą Skwieciński aprobuje, najprawdopodobniej jednak prowadzić będzie w odwrotnym kierunku. Wskazuje na to zarówno zdrowy rozsądek, jak i doświadczenia inżynierii społecznej, którą usłany jest cały wiek XX. Narzucane odgórnie federacje jak w ZSRR czy Jugosławii, odgórne modernizacje jak w Iranie czy Algierii. Konsekwencje założeń Skwiecińskiego są skrajnie antydemokratyczne. Brak tożsamości europejskiej oznacza, że większość Europejczyków przywiązana jest ciągle do swoich narodowych wspólnot. Funkcjonowanie w niepodległym państwie jest naturalnym dążeniem wspólnoty. Niepodległość i samostanowienie przybierają współcześnie kształt demokracji. Ludzie pragną się rządzić sami. Konstruktorzy obecnej Unii chcą ich tego pozbawić i narzucić im europejskie instytucje, które udają demokrację, choć mają z nią niewiele wspólnego. Skwieciński potwierdza to, zgadzając się, że nie ma narodu europejskiego, a więc formy demokratyczne Unii są pustą skorupą: nie ma demosu – ludu, pozostaje więc kratos – władza. Naga władza. Skwieciński uważa, że zostanie ona zużyta do budowy narodu europejskiego. Jako reprezentant euroentuzjastów uznaje widocznie rządzących Unią za arystokrację, a więc elitę reprezentujących szczególne kwalifikacje, które pozwalają im przedkładać interes wspólnoty nad swój własny. Ja widzę w nich raczej oligarchię, która działa na rzecz utrzymania i potęgowania swojej władzy. Zjawisko to wydaje się tym bardziej oczywiste, że nie ma demosu, który mógłby swoich przedstawicieli kontrolować. Równie ważne jest to, że projekty odgórnie narzuconej integracji wymagają przemocy i w dłuższej perspektywie okazują się nieskuteczne. Integrację europejską postrzega Skwieciński jako historyczną konieczność w dobie globalizacji. Tylko tak możemy, jego zdaniem, stawić czoła konkurencji potężnych graczy takich jak USA czy Chiny. W rzeczywistości, im bardziej się integrujemy, tym bardziej od nich odstajemy, co pokazują statystyki ostatnich 20 lat. Zwolennicy integracji, tak jak wcześniej zwolennicy socjalizmu, mają jedną odpowiedź: więcej integracji! W rzeczywistości potrzeba nam więcej wspólnego rynku, a mniej biurokratycznych regulacji, które są konsekwencją działania coraz liczniejszych unijnych instytucji. Integrację europejską można zresztą wyobrazić sobie całkiem odwrotnie do modelu odgórnie narzuconej inżynierii społecznej. Można sobie wyobrazić tworzenie jednego rynku i współpracę niezależnych państw, które dzięki temu zaczynają budować coraz bardziej liczącą się na świecie wspólnotę. Działanie takie z czasem tworzy realną tożsamość niejako organicznymi metodami. Tego typu naturalne procesy trzeba jednak chronić przed pychą „oświeconych”, którzy uznają, że rozpoznali już rozum historii i, nie pytając nas o zdanie, chcą nas poprowadzić zgodnie z jego wymogami. [ramka][srodtytul]Pisał w opiniach[/srodtytul] [i][b]Piotr Skwieciński[/b] [/i] [b][link=http://www.rp.pl/artykul/316920.html]Europarlament – cicha, rosnąca potęga[/link][/b] Realna integracja Europy jest możliwa mimo braku europejskiej tożsamości politycznej. Bo to nie narody tworzą państwa, tylko państwa tworzą narody. [i]8.06.2009[/i][/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL