Muzyka

Królowie ekstazy

Jane's Addiction
Fotorzepa, Bartosz Jankowski
Musimy tu wrócić! – krzyczał Perry Farrell, kończąc show w Poznaniu
Jane's Addiction to jeden z najważniejszych zespołów lat 80., któremu zawdzięczamy połączenie punka, hard rocka i reggae, wymieniany jednym tchem z Red Hot Chili Peppers.
Reaktywował się w oryginalnym składzie dopiero po 18 latach. Lepiej późno niż wcale. W Poznaniu nie pobili się na scenie, nie pokazali genitaliów, z czego słynęli w przeszłości. Dojrzeli. Od skandali bardziej interesuje ich muzyka. Piorunująca mieszanka. Wybuchowa jak ich charaktery. [srodtytul]Rockowy heros [/srodtytul]
Dave Navarro to jeden z najlepszych gitarzystów na świecie. Gdy grupa przestała istnieć – wzmocnił Red Hotów. Na pewno nie jest typem scenicznego skromnisia. Zna swoją wartość. Zawsze postawi na swoim. "Three Days" rozpoczynało się spokojnie, koiło uszy niczym szum oceanicznej bryzy, tymczasem on przypominał zwariowanego surfera, który chce się zmierzyć z najwyższymi falami. Koledzy grali delikatne dźwięki, a gitarzysta w kontrze do nich – długie hardrockowe solówki. Wygląd miał diaboliczny. Głowę pochylił nisko ponad gryfem. Twarz zasłonił włosami, spod których wystawała tylko demoniczna bródka. Już po pierwszym utworze zdjął koszulkę, odsłaniając wytatuowane ciało i pierś przekłutą złotą obrączką. Ale wyczarował muzyczne niebo. Kończąc każdą solówkę, wskakiwał na kolumnę odsłuchową i zastygał z uniesioną gitarą w pozie rockowego herosa. Z początku skupiony wyłącznie na sobie, gdy poczuł, że jego pełna zaangażowania gra spotyka się z entuzjastycznym przyjęciem, przystanął na chwilę i uśmiechnął się do nas. Wokalista Perry Farrell, który w przeszłości nie szczędził gitarzyście złośliwości, a nawet ciosów, tym razem klęczał przed kolegą na kolanach lub krążył wokół niego w pełnych namaszczenia pozach i piruetach, dbając o to, by okazać mistrzowi gitary szacunek, a jednocześnie mu nie przeszkadzać. Z czasem jednak wzięła górę w Farrellu dusza punkowego skandalisty. I kiedy Navarro zebrał już wystarczająco dużo braw, na sobie skoncentrował uwagę fanów. Dave walczący z nałogami – gasił pragnienie źródlaną wodą, to Perry ostentacyjnie pił wino prosto z butelki. Prowokował dwuznacznymi pozami i pieprznymi komentarzami. Zapowiadając "Been, Caught, Stealing", deklarował, że przyjechał do Polski, żeby podzielić się z nami muzyką i emocjami. A gdy fani poczuli się mile połechtani, krzyknął przewrotnie: "I was okraść!". Grupa kończyła jazgotliwe "Whores", a on dociekał: "A czy wy lubicie dziwki?". [srodtytul] Kalifornia w Poznaniu [/srodtytul] Największe wrażenie zrobił na mnie basista Eric Avery. Przez długie lata jako jedyny nie zgadzał się na reaktywację zespołu. Wiedział, że koledzy muszą do tego dojrzeć. W Poznaniu imponował skromnością. Nie pchał się na pierwszy plan, nie epatował rockowym wizerunkiem. Ubrany w skromną bawełnianą koszulkę, stał z boku. Chciała go mieć w swoich szeregach Metallica, ale on woli grać swoje. Na szczęście. Bo bez jego motywów muzyce Jane's Addiction zabrakłoby refleksji. I ciszy, którą potrafił wyczarować w magiczny sposób. Nawet hałasujący bez umiaru perkusista Stephen Perkins uspokajał wtedy werble i talerze. Kiedy Perry Farrell zaczął mówić o pięknej przyrodzie zielonych wzgórz Los Angeles i oceanie, nie można było mieć złudzeń: w deszczowy poznański wieczór brakowało mu ciepła Kalifornii. A jednak wyszedł na bis bez koszulki. Stanął obok Dave'a Navarro, który zaintonował na akustycznej gitarze "Jane Says". Dołączyły do niej słoneczne dźwięki hawajskiej perkusji Perkinsa i przez kilka niezapomnianych minut mogliśmy się poczuć jak na kalifornijskiej plaży.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL