Dyplomacja

Wojna o Gruzję wybuchła w Warszawie

Polscy, niemieccy i francuscy dyplomaci przez pięć dni próbowali osiągnąć kompromis w jednym z luksusowych stołecznych hoteli
Fotorzepa, Radek Pasterski RP Radek Pasterski
W Polsce spotkały się UE, OBWE i Rada NATO, żeby zapobiec eskalacji konfliktu na Kaukazie.
Kryzys zaczął się w miniony czwartek. Około 13 do ministerstw spraw zagranicznych w krajach Unii dotarły informacje, że na granicy Gruzji z Osetią Północną doszło do strzelaniny.
Początkowo sprawę potraktowano jako kolejną potyczkę niezasługującą na większą uwagę. Jednak napływające informacje brzmiały coraz bardziej alarmistycznie. A ostra wypowiedź jednego z rosyjskich generałów nie pozostawiała wątpliwości: Rosja może interweniować w każdej chwili. Nieznany był los prezydenta Gruzji Micheila Saakaszwilego. Dlatego w trybie pilnym zorganizowano w Warszawie spotkanie ministrów spraw zagranicznych Unii Europejskiej. Przez cały dzień ministrowie nie byli jednak w stanie uzgodnić wspólnego stanowiska. Ustalono jedynie, że szef unijnej dyplomacji Javier Solana zatelefonuje do Moskwy i wyrazi zaniepokojenie sytuacją.
Dopiero drugiego dnia dzięki wysiłkom polskich, niemieckich i francuskich dyplomatów uzgodniono, że w rejon konfliktu pojedzie tzw. trójka: przedstawiciel kraju kierującego Unią, szef Komisji Europejskiej i szef unijnej dyplomacji. Udało się też przyjąć deklarację, która miała pokazać, że Unia nie pozwoli na podważanie integralności terytorialnej Gruzji. Podobne deklaracje przyjęto podczas obrad OBWE i Rady NATO – Rosja, które również zwołano w Warszawie. Ta ostatnia organizacja jeszcze w poniedziałek uzgadniała tekst, spierając się o detale. – Nie można nazywać rejonu konfliktu mianem Zakaukazie, bo jest obraźliwe dla jego mieszkańców – przekonywała duńska delegacja. – Stanowisko Duńczyków jest bez sensu – denerwowali się Rosjanie. W końcu zgodzono się na nazwę Kaukaz Południowy. – Na początku każdy kraj obstawał przy swoim i było sporo zamieszania, a czas uciekał i kryzys się pogłębiał. W końcu udało się osiągnąć kompromis, ale deklaracja została pozbawiona zębów – ubolewa polski dyplomata, jeden z uczestników manewrów dyplomatycznych zorganizowanych w Warszawie. To pierwsze takie ćwiczenia przeprowadzone w Europie. Do udziału zaproszono ponad 100 pracowników MSZ z Polski, Francji i Niemiec. – To kraje, które mają różny stosunek do Rosji czy USA. Chcieliśmy pokazać dyplomatom, na jakie problemy mogą się natknąć, kiedy w międzynarodowych organizacjach trzeba sobie radzić z kryzysami – wyjaśnia „Rz” profesor Andreas Blätte, politolog z Uniwersytetu Duisburg-Essen, który opracował plan manewrów. Obserwatorzy twierdzą, że dyplomaci świetnie wcielali się w role reprezentantów kilkudziesięciu krajów UE, OBWE i NATO. – Przebieg ćwiczeń, konflikty i emocje bardzo przypominały rzeczywistość. Powstawały nawet takie sojusze, jakie istnieją w tych instytucjach – mówi Andrzej Ananicz, dyrektor Akademii Dyplomatycznej przy Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych. – Przez pięć dni uczestnicy zdążyli się zaprzyjaźnić. A to zaprocentuje. Nie wszyscy podzielają jego optymizm. – Byliśmy szybsi niż UE w czasie wojny na Kaukazie w 2008 r., ale zbyt wolni, aby zapobiec kolejnemu rozjechaniu Gruzji przez Rosję – mówi „Rz” jeden z dyplomatów.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL