Film

La libertad ****

Bohater „La libertad” jest drwalem, w którego życiu nie wydarza się nic niezwykłego
Manana
Bez przypadkowego spotkania z ubogim człowiekiem mieszkającym w jednej z najbiedniejszych prowincji Argentyny nie byłoby kina Lisandra Alonso.
Mieszkaniec metropolii Buenos Aires przeżył prawdziwy szok w kontakcie z argentyńską głuszą i zaczął realizować filmy, które odebrano jako przykłady skrajnego minimalizmu. Wkrótce zostały włączone do nurtu zwanego Argentyńską Nową Falą.
Alonso nie był jedynym reżyserem tworzącym kameralne, intymne kino, ale chyba najbardziej z kolegów ascetycznym pod względem filmowego języka. W jego półdokumentalnym kinie pejzaż odgrywa równie ważną rolę co pierwszoplanowy bohater. Człowiek będący zawsze w ruchu, często w podróży, próbujący odnaleźć sens życia (jak w pokazywanym na naszych ekranach „Liverpoolu”). Minimalizm Alonso wyraża się w skąpym dialogu lub nawet jego braku. „La libertad” („Wolność”) to początek trylogii, kontynuowanej wyświetlanymi w Polsce „Los muertos” („Martwymi”), a zakończonej nieznaną u nas „La fantasma” („Zjawą”). Film wypełniają długie ujęcia głównej postaci – młodego drwala mieszkającego samotnie w prowizorycznych warunkach na argentyńskiej pampie. Oglądamy jeden upalny dzień z jego życia, wypełniony pracą i prozaicznymi czynnościami – jedzeniem, sjestą, wypróżnianiem się, kontaktami z kupcami drewna, sklepikarzem czy rodziną za pośrednictwem telefonu.
Wydawałoby się, że nie ma nic nudniejszego niż obserwacja dnia jak każdy inny w życiu robotnika. A jednak ogląda się ten film z rosnącą fascynacją i przyjemnością, jaką daje podglądanie człowieka niezdającego sobie z tego sprawy. To efekt zamierzony przez Alonso, który ustawia kamerę pomiędzy widzem a bohaterem. To odległość, która zamiast dystansu stwarza niemal czułą bliskość. [i] Argentyna 2001, reż. Lisandro Alonso, wyk. Misael Saavedra, Humberto Estrada, Rafael Estrada, Omar Didino[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL