Świat

Komik będzie senatorem w USA

Osiem miesięcy czekali dwaj kandydaci do Senatu USA na końcowe wyniki wyborów. 60. mandat sąd przyznał demokratom.
Amerykańskie wybory 2008 roku ostatecznie zakończyły się dopiero w ten wtorek – tak długo trwało wyłonienie zwycięzcy w starciu o senatorski mandat w Minnesocie. O zwycięstwie demokraty Ala Frankena, byłego komika i autora prowokacyjnych książek, nad doświadczonym republikańskim rywalem Normem Colemanem zadecydował stanowy Sąd Najwyższy.
„W końcu jest senator” – donosił na pierwszej stronie lokalny dziennik „Star Tribune”, dając wyraz uldze, jaką z pewnością czuje wielu zmęczonych przeciągającym się spektaklem wyborców. Gdy Franken stawał do wyborów w 2007 r., większość wyborców nie traktowała go poważnie. Mimo to zdobył nominację własnej partii, a potem podjął wyrównaną walkę z Colemanem, który kilka miesięcy przed wyborami uznawany był za zdecydowanego faworyta. Wstępne wyniki wskazywały na minimalną przewagę republikanina wynoszącą niespełna 500 na niemal 2,5 mln oddanych głosów. Na początku stycznia, po kolejnych odwołaniach, anulowaniu części głosów i przywróceniu ważności innych, Franken znalazł się na czele z przewagą 225. Coleman odwołał się do sądu. Przegrał, po czym sprawa trafiła do najwyższej stanowej instancji. Sąd Najwyższy jednogłośnie odrzucił jego apelację, kładąc kres wyborczym zmaganiom. – Przyjmuję ten wynik i nie zamierzam już walczyć – oznajmił Coleman.
Ze zwycięstwa Frankena cieszy się też jego partia, która objęła kontrolę nad magiczną liczbą 60 senackich mandatów. Tyle właśnie głosów potrzeba do przełamania tak zwanego filibustera, czyli procedury pozwalającej mniejszości na blokowanie dyskusji nad projektami ustaw, nawet gdy mają one poparcie większości. Jak jednak zauważają eksperci, choć 60 wygląda ładnie na papierze, w praktyce demokraci mogą mieć problem z użyciem tej broni. Dwóch ich senatorów zmaga się bowiem z ciężkimi chorobami i od miesięcy nie uczestniczy w pracach Senatu. Paru innych z kolei znanych jest z tego, że chadza własnymi ścieżkami, nierzadko odbiegającymi daleko od partyjnej linii. Sam Franken zapowiedział, że będzie się kierował przede wszystkim interesem własnych, stanowych wyborców. – Nie jadę do Waszyngtonu po to, by być 60. senatorem. Jadę, żeby być drugim z Minnesoty – podkreślił.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL