fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Manchester – Barcelona, finał marzeń

Finał Ligi Mistrzów i wszystko, co mu towarzyszy, odbywać się będzie pod specjalnym nadzorem rzymskiej policji
AP
Najpotężniejsza drużyna świata spotyka tę najbardziej kochaną. W Wiecznym Mieście taki wieczór nie może się nie udać. Transmisja o 20.45 w TVP 2 i nSporcie
Wielki jak pałac hotel Exedra, w którym mieszkają piłkarze Manchesteru United, nawet nie wyprał na tę okazję swoich sztandarów. O wywieszeniu specjalnych dekoracji na finał nie ma co wspominać. Tylko przed wejściem od strony Piazza della Repubblica wiszą niewielkie flagi UEFA i dyżurują policjanci. Reszta jest dla domyślnych. Obok wejścia zaparkował nie pierwszej młodości autobus: czarny, z kierownicą z prawej strony, na angielskich numerach. Mały diabeł maskotka leży obok miejsca kierowcy, nad nim skromna tablica przyczepiona od wewnątrz do szyby na przyssawki: „Manchester United Team Couch”.
[wyimek]Bohaterów tego meczu znają nawet gospodynie domowe, chociaż nie muszą wiedzieć, co to jest UEFA[/wyimek]
Przy hotelu Barcelony, również w samym centrum, o mocne kopnięcie piłką od fontanny di Trevi, też nie ma wielu znaków, że godzina „F” nadchodzi. Stoi autobus w kolorze blaugrana, który przy tym skromnym z Manchesteru wygląda jak samolot, są śpiewający kibice, ale żadnych wielkich plakatów czy flag. Jedynie dyskretne reklamy sponsorów i podświetlane zdjęcia Pucharu Europy. A poza tym biznes jak zwykle, tylko kibiców z szalikami i w koszulkach przybywa z każdą minutą.
[srodtytul]Dwa pomniki[/srodtytul]
Ani Rzym, ani żadna z dwóch drużyn, które zagrają tu dziś o puchar, reklamy nie potrzebują. Spece od marketingu UEFA – a marketing jest w Lidze Mistrzów początkiem i końcem – chyba jeszcze przed żadnym finałem nie mieli tak łatwo. Skojarzenia same pchają się do głowy (jak na jednej z reklam oficjalnego piwa UEFA, którego butelki są ustawione na kształt Koloseum), a bohaterów dzisiejszego spektaklu znają nawet gospodynie domowe. Mogą nie wiedzieć, co to UEFA, ale Cristiano Ronaldo, Aleksa Fergusona i Leo Messiego rozpoznają.
Takie finały to czysta radość. Na Stadio Olimpico staną dwa najlepsze zespoły tego sezonu. Królowie swoich lig i Europy, drużyny, dla których zawsze liczyły się nie tylko zwycięstwa, ale i zwycięstwa w dobrym stylu. Dwa ponadstuletnie pomniki europejskiego futbolu, dwa wielkie przedsiębiorstwa piłkarskie, w których muzeach klubowych i sklepach z pamiątkami ruch nigdy nie zamiera. Mówią o tym meczu „finał Nike”, bo ta firma ubiera oba kluby. Większość bezstronnych kibiców sobie takie spotkanie wymarzyła, UEFA też. Wspomnienie półfinałowej krzywdy Chelsea w rewanżu z Barceloną już zaczyna blaknąć. A wspomnienia dzisiejszego starcia pozostaną na zawsze.
[srodtytul]Szpilka Fergusona[/srodtytul]
Messi i Ronaldo, dwie największe gwiazdy futbolu, mają dziś okazję rozstrzygnąć między sobą, kto jest większym piłkarzem. – Ten z nas, który wygra, poprawi swoje szanse na Złotą Piłkę na koniec roku. Ale szczerze mówiąc, jakie to ma znaczenie? Dla mnie liczy się tylko zdobycie pucharu – mówił Cristiano Ronaldo na konferencji prasowej. Był w świetnym humorze, żartował z siedzącym obok za stołem Rio Ferdinandem, wymieniając cały czas jakieś uwagi, zwłaszcza gdy głos miał ich szef Alex Ferguson. A Szkot, dyżurny furiat futbolu, żartował razem z nimi. Raz tylko spojrzał wymownie na Ronaldo, gdy dziennikarze znów atakowali Portugalczyka pytaniami o to, czy i kiedy przeniesie się do Realu Madryt. I nie zmarnował okazji do wbicia szpilki Realowi. – Zagracie w finale w białych strojach. Lubi pan ten kolor? Gdy ostatni raz drużyna w białych strojach spotkała się z Barceloną, skończyła porażką 2:6 – dociekał dziennikarz, wspominając niedawny mecz na Santiago Bernabeu. – To nie była porażka, to było unicestwienie – odpowiedział Ferguson. Gdy pierwszy wybuch śmiechu na sali ucichł, poprawił drugim ciosem. – A od Realu jesteśmy dużo lepsi.
[srodtytul]Manchester niepokonany[/srodtytul]
Manchester trzy razy grał w finale Pucharu Europy i trzy razy wygrywał, a dziś może zostać pierwszym klubem, który obroni tytuł w Lidze Mistrzów, i pierwszym angielskim zespołem z czterema trofeami w jednym sezonie. Ma już mistrzostwo Anglii, klubowe mistrzostwo świata i Puchar Ligi Angielskiej. Barcelona (dotychczas pięć finałów PE i dwa zwycięstwa) gra o pierwszą w swojej historii potrójną koronę. Fergusonowi brakuje jednego Pucharu Europy do wyrównania rekordu Boba Paisleya, który z Liverpoolem wygrywał go trzy razy. A Josep Guardiola może dokonać czegoś, czego nikt już pewnie nie będzie w stanie pobić: w pierwszym roku pracy z drużyną seniorów zdobyć mistrzostwo, krajowy puchar i wygrać Ligę Mistrzów. Gdy niedawno angielski dziennikarz zapytał, co zrobi, jeśli to się uda, odpowiedział: „Wracam do domu, kończę karierę”. Chyba żartował, choć nigdy nic nie wiadomo. Na pewno nie chce być Fergusonem Barcelony, kimś, kto będzie rządził wszystkimi sprawami w klubie przez blisko ćwierć wieku. – Nie sądzę, żeby Ferguson wytrzymał tak długo tutaj, gdzie ja pracuję – śmieje się trener Barcelony.
[srodtytul]Inny szereg[/srodtytul]
Guardiola w 1992 roku podnosił ważący 9 kilogramów puchar z wielkimi uszami jako piłkarz i kapitan Barcy, ale to jego jedyna przewaga nad Fergusonem. Prosi, by nawet nie próbować go wysuwać do tego samego szeregu trenerów, w którym stoi Szkot. Obaj się komplementują, ale porównań nie chcą. – Oczywiście, że lepiej mieć duże doświadczenie trenerskie niż nie mieć. Ale Guardiola też zna europejską piłkę, poznał ją dobrze jako piłkarz. Mam nadzieję, że doświadczenie będzie się liczyć w finale. Ale nie sądzę, żeby zdecydowało – mówi Ferguson. Gdy Guardiola ogłaszał w 2001 roku, że odchodzi z Barcelony, Szkot chciał go podobno ściągnąć na Old Trafford, ale ostatecznie do transferu nie doszło. Zdarzyło się jednak raz, że Ferguson był jego trenerem. W meczu charytatywnym zorganizowanym w Portugalii przez Luisa Figo.
[srodtytul]Ławka Guardioli[/srodtytul]
Guardiola zamiast Fergusona i Old Trafford wybrał w 2001 Włochy: najpierw Brescię, potem Romę. Wczoraj wszedł więc na trening na Stadio Olimpico jak do siebie. Żartuje, że tutejszą ławkę rezerwowych zna jak żadną inną. Fabio Capello często go na niej trzymał.
Messi kontra Ronaldo, Ferguson kontra Guardiola, potęga Premiership przeciw więdnącej ostatnio Primera Division, starcie dwóch cichych bohaterów tego sezonu Wayne’a Rooneya i Andresa Iniesty, wierni Manchesterowi całą karierę Paul Scholes i Ryan Giggs z jednej strony, siedmiu wychowanków w składzie Barcelony z drugiej – podteksty meczu można wyliczać bez końca.
[srodtytul]Kochający futbol już wygrali[/srodtytul]
Obie drużyny kochają być przy piłce i atakować, ale robią to w inny sposób. Tuż przy Stadio Olimpico jest ulica Gladiatorów. Tamtędy powinni dzisiaj wjechać piłkarze Fergusona. Oni, jeśli nawet zdarzy im się słabiej grać w piłkę, przechylają szalę na swoją stronę mięśniami i szybkością. Ulicy Sztukmistrzów przy stadionie nie ma, a przydałaby się na wjazd Barcelony, którą Arrigo Sacchi nazwał najpiękniejszym piłkarskim przypadkiem ostatnich lat. I sztukmistrzów i gladiatorów sprowadzano, by lud miał uciechę. My, kochający futbol, już ten finał wygraliśmy.
[ramka][b]Przypuszczalne składy [/b]
Menchester United: Van der Sar – O'Shea, Ferdinand, Vidić, Evra – Carrick, Anderson – Park, Giggs, Rooney – Ronaldo.FC Barcelona: Valdes – Puyol, Toure, Pique, Sylvinho – Xavi, Busquets, Iniesta – Messi, Eto'o, Henry.[/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA