Publicystyka

Manifest kuchenny

Maciej Rybiński
Fotorzepa, Darek Golik
Kuchnia, a nie Parlament, będzie nadzieją Europy. Jeżeli oczywiście brukselskie urzędasy w swoim pędzie do regulacji wszystkiego nie stworzą jednej centralnej receptury na mielonego
[b]Skomentuj [link=http://blog.rp.pl/rybinski/2009/05/18/manifest-kuchenny/]na blogu[/link][/b]
Pan Bóg pokazał Adamowi Ewę i rzekł: wybierz sobie żonę. Skończyło się wygnaniem z raju. Potem Pan Bóg wybrał Żydów. Do dziś nie mogą się pozbierać. Parys musiał wybrać, której bogini ofiarować jabłko Hesperyd. Wybrał Wenus i Troja padła. Cezar wybierał, czy przekroczyć Rubikon, czy nie. Przekroczył i został zamordowany przez Brutusa. Kolumb wybrał się do Indii, a trafił do Ameryki, czego skutki świat odczuwa do dziś. Niemcy w 1933 roku wybrali Hitlera, a nie komunistów. Dlatego zamiast łagrów powstały obozy koncentracyjne. Wybory zazwyczaj kończą się fatalnie, jeśli mają w ogóle jakieś następstwa i znaczenie. Czego nie można powiedzieć o wyborach do Parlamentu Europejskiego. Przeglądam codziennie sporą porcję prasy europejskiej, w tym i polskiej. I nadziwić się nie mogę, ponieważ mam wrażenie, że albo te wybory odbywają się wyłącznie w Polsce, albo że tylko Polacy przywiązują do ich rezultatów jakiekolwiek znaczenie.
[srodtytul]Rywalizacja ufryzowana[/srodtytul] Tylko u nas jest takie podniecenie, taki rwetes i harmider europejskoparlamentarny. Nigdzie indziej – oczywiście nie śledzę mediów rumuńskich czy bułgarskich; może tam, w każdym razie nie w Niemczech, Francji czy Wielkiej Brytanii – ekscytacja tymi wyborami nie jest zauważalna. Nikt nie analizuje miejsc na listach, samych list ani nawet kandydatów. Rywalizacja Róży Europy z poślednim Ziobrą, która w Polsce jest ufryzowana na wydarzenie epokowe, wręcz cywilizacyjne, nie ma w pozostałej Europie swego odpowiednika. Nikt tam się nie zastanawia, czy kandydaci mówią po angielsku, bo na ogół wszyscy mówią (poza Francuzami), ale co gorsza nikogo też jakoś nie obchodzi, co mają w swojej angielszczyźnie do powiedzenia. Wynika to, jak się zdaje, z lepszej znajomości struktur władzy w Unii Europejskiej i świadomości, jak nikłe w porównaniu z Komisją Europejską czy Radą Europejską są uprawnienia parlamentu. I jak niewielkie ma znaczenie, kto przez najbliższe lata będzie grzał ławę parlamentarną i nawiedzał bufety. U nas tak zwana milcząca większość społeczeństwa też ma wybory europejskie w nosie, a jeśli ją to interesuje, to tylko dość małostkowo: kto w końcu dostanie mandat oraz pięć lat porządnego wynagrodzenia i diet w euro. Natomiast krzykliwa mniejszość, ta, której gęba się nie zamyka ani na chwilę, ze skóry wychodzi, aby upozować banalne eurowybory na kładzenie zrębów i stawianie fundamentów. Oczywiście z użyciem wszystkich, też tradycyjnych w Polsce, chwytów w rodzaju wstydu narodowego za wybór nieodpowiednich posłów, hańby konserwatyzmu czy grozy eurosceptycyzmu. Jeśli urzędujący minister spraw zagranicznych stwierdza, iż Lech Wałęsa psuje wizerunek Polski, zadając się przed wyborami z Declanem Ganleyem, facetem całkiem rozsądnie patrzącym na sklerotyczną i agresywną jednocześnie biurokratyzację Europy, to coś mi się zdaje, że jako naród europejski nie wyrastamy ponad trawę. [srodtytul]Stół jako fundament[/srodtytul] Europa to nie parlament, komisyjna biurokracja, traktat lizboński ani wybór pomiędzy zesłaniem do Brukseli Adama Gierka czy Adama Bielana. Fundamentem naszej wspólnej, europejskiej cywilizacji i kultury jest stół, oczywiście zastawiony – jadło i napitek, rozmowy przy tym stole. Ludzie wydobyli się z barbarzyństwa dopiero wtedy, kiedy przestało im być wszystko jedno, co jedzą. Kiedy, zamiast rwać zębami krwawe ochłapy, zaczęli mięso przyrządzać i przyprawiać. Wyrafinowanie kultury szło zawsze w parze z wyrafinowaniem kuchni. Prostactwo kuchenne zaś z prostactwem kulturalnym i umysłowym. Przypomnijcie sobie PRL, gdzie obowiązywała jedyna, centralna receptura na kotlet mielony. Czy nie obowiązywała też jedyna, słuszna recepta na myślenie, a nawet na wrażliwość estetyczną? Jedno z najstarszych dzieł sztuki, tak zwany Sztandar z Ur, liczący sobie ponad 5 tysięcy lat, który oglądałem w British Museum, przedstawia po jednej stronie wojnę, a po drugiej pokój. Jak wygląda pokój? To po prostu uczta, toasty, muzycy i tancerki. Egipcjanie wkładali swoim zmarłym do grobu jadło i napitek, aby mogli w zaświatach podejmować gości. U Homera bohaterowie „Iliady” w przerwach między bijatykami ucztują. Największym skarbem Muzeum Narodowego w Atenach jest złoty kielich, którego podobno używał pod Troją król Pylos, Nestor. Sympozjum, zwłaszcza europejskie, to dziś śmiertelnie nudny kongres z odczytami. A przecież grecki sympozjon to po prostu uczta mędrców. Jak w „Uczcie” Platona, gdzie mądrość życia przeplata się z jego radością. Filozofia narodziła się przy stole, przy którym zasiadano w Godzinie Sowy, ptaka Minerwy, symbolu mądrości. Najszacowniejszy zabytek literatury satyrycznej to też uczta. „Uczta” Lukiana, podczas której dyskutują i w końcu obrzucają się obelgami i biją filozofowie wszystkich szkół: platończycy, arystotelejczycy, stoicy. Na końcu pewien cynik siusia na podłogę i gasi świece, bo chce zgwałcić flecistkę. Wzór wszelkich satyr społecznych to „Uczta Trymalchiona” Petroniusza, aktualny do dziś obraz chamstwa wzbogaconego. [srodtytul]Wolność w kuchni i w głowie[/srodtytul] To wszystko nasz wspólny świat przedchrześcijański, ale cała symbolika chrześcijańska opiera się też na wydarzeniach jednej uczty: Ostatniej Wieczerzy. Gdzie życie, śmierć, wino i chleb są ze sobą zespolone. Nie przez przypadek wyjście z mroków średniowiecza równie dobrze symbolizują dzieła renesansu, jak i fakt, że kartuzi, dominikanie, benedyktyni byli ojcami i nowoczesnego winiarstwa, i szlachetnej kuchni w wielu częściach Europy. Szampana, wino, które wielu filozofom dało asumpt do rozważań o przemijaniu życia (jak bąbelki w szampanie), wynalazł Dom Perignon, opat w Hautvilliers. Polska weszła do Europy jako partner nie żadną bitwą, najazdem, zaborem, ale ucztami. Najpierw tą wydaną przez Chrobrego na cześć Ottona III, a potem tą u Wierzynka. Byliśmy w Europie długo. Zmarły w 1955 roku znakomity smakosz i gawędziarz Władysław Płachciński tak wspominał wykład paryskiego sommeliera na temat burgunda z Pommard: „Stwierdził, że tego gatunku wina rodzi się niezwykle mało i głównie stawia się je na królewskie stoły Europy. Było jeszcze wówczas wielu królów na tym kontynencie. Tymczasem u nas w bufecie kolejowym w Skierniewicach czy Łowiczu, dobrze pamiętam, można było dostać butelkę pommardu...”. Niewiarygodne, prawda? Najlepszy burgund na dworcu w Skierniewicach. Oddaliliśmy się od tej Europy straszliwie – w krainę pomidorowej z ryżem i schabowego z kapustą, gorzały i bełta. O czym można dyskutować przy tak zastawionym stole po trzeciej setce wódki? Jak wyglądać może rozmowa o Istocie Bytu w trakcie opróżniania butelek wina Żyleta w przydrożnym rowie? Coś się jednak zmienia i tak uczciwie, z ręką na sercu, każdy musi przyznać, że jak dotąd integracja najlepiej powiodła się w sferze kuchni. Fakt, że praktycznie w każdym zakątku Europy można zjeść tradycyjne potrawy niemal każdej europejskiej kuchni, jest budujący i optymistyczny. Ludzie poznają się wzajemnie przez smak i kuchenny obyczaj. Przy dobrym jedzeniu są łagodniejsi, bardziej skłonni do kompromisów i wybaczania. Kuchnia, a nie Parlament, jest nadzieją Europy. Jeżeli nie zniszczą jej brukselskie urzędasy swoim niepohamowanym pędem do regulacji urzędowej wszystkiego. Co może znów skończyć się jedną, centralną, europejską recepturą na mielonego. Jak w PRL, a wtedy będzie też obowiązywać, ku uldze naszych eurorycerzy, jedna recepta na myślenie. Jeśli musicie już kogoś wybierać, głosujcie na tych, którzy obiecają wam walkę o radość w wolności. I w kuchni, i przy stole, i w głowie. [i]Autor jest felietonistą i publicystą dziennika „Fakt”[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL