fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Donald Tusk narusza układy

Rafał A. Ziemkiewicz
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Pokazowa egzekucja senatora Misiaka i partyjny nakaz odcięcia się od prezydenta Sopotu wprawiły wielu działaczy PO w bolesne zdumienie. Uznano to za skrajną nielojalność Tuska i złamanie niepisanej umowy - pisze publicysta "Rzeczpospolitej"
Skomentuj na [link=http://blog.rp.pl/ziemkiewicz/2009/03/30/donald-tusk-narusza-uklady/" "target=_blank]blog.rp.pl/ziemkiewicz[/link]
Niecałe dwa tygodnie temu premier Tusk z nieco zakłopotanym uśmiechem wyjaśniał dziennikarzom, że w życiu politycznym są różnego rodzaju standardy i Platforma, w przeciwieństwie do koalicjanta, będzie przestrzegać tych wyższych. Chyba nikt nie podejrzewał wówczas, żeby było to cokolwiek więcej niż po prostu gładkie frazesy, ot, premier zachwala własną partię, co oczywiste, i stara się jakoś usprawiedliwić bezradność wobec zupełnego bezwstydu, z jakim działacze PSL bronią kumoterstwa swojej. Słowa te, okazuje się, nie były jednak czczą przechwałką. Zapowiedź upublicznienia listy parlamentarzystów PO mających akcje i udziały w rozmaitych przedsięwzięciach, kategoryczne stwierdzenia, iż mandaty poselskie i senatorskie są niemożliwe do pogodzenia z aktywnością w biznesie, propozycja wzorowanego na amerykańskim funduszu powierniczego, który przejmowałby w zarząd interesy polityków na czas kadencji – nawet uznając słuszność zarzutów, iż pomysły są rzucane chaotycznie, a przesada niektórych przypomina stare powiedzenie o wylewaniu dziecka z kąpielą, trzeba docenić, iż Tusk nie próbuje zamieść spraw pod dywan.
[srodtytul]Poczucie krzywdy[/srodtytul] Można to oczywiście cynicznie – i nie bez racji – wyjaśnić wymogami politycznej racjonalności. Waldemar Pawlak nie musi się podobać nikomu poza swoim określonym i dość specyficznie rozumującym elektoratem. Tusk, myśląc poważnie o prezydenturze, na postawę "i co mi zrobicie, opiszecie mnie w gazetach?" pozwolić sobie absolutnie nie może. Nie zmienia to faktu, iż premier stara się nie tylko przekonać wyborców, że PO jest partią czystszą od poprzednio rządzących, ale też naprawdę zapobiec aferom i nadużyciom na swoim zapleczu. W ten sposób premier poprawia notowania u wyborców, ale naraża się na rozgoryczenie i gniew działaczy partyjnych. Nie ma się co czarować – po dwudziestu latach transformacji, na scenie politycznej, coraz bardziej "obrotowej" i coraz skuteczniej chroniącej oligopol istniejących partyjnych nomenklatur ordynacją i sposobem finansowania, do polityki przestali się garnąć idealiści. Nie chcę generalizować, by nie skrzywdzić licznych jeszcze egzemplarzy tego gatunku – ale polityka zdominowana została przez ludzi, dla których jest ona sposobem na własny społeczny i materialny awans. Członkostwo w partii, działanie w jej lokalnych, stopniowo coraz wyższych strukturach to coś jakby praca w firmie, która zajmuje się sprawowaniem władzy na różnych szczeblach, tak jak inne firmy zajmują się handlem żywnością czy wywozem śmieci. Pracujesz na szefa, zarówno tego głównego, jak i bezpośredniego, w nagrodę dostajesz posadę, której inaczej byś nie dostał, i możliwość ustawienia rodziny. Jedni zadowalają się pozycją w gminie, powiecie czy synekurą w spółkach komunalnych, inni, bardziej ambitni, starają się awansować do centrali i do parlamentu. Ten stosunkowo prosty obraz wzajemnych zobowiązań został, w odczuciu wielu szeregowych członków PO, drastycznie przez Tuska naruszony. Rozgoryczenie i poczucie krzywdy jest tym większe, że szef naruszył go zupełnie niespodziewanie, bez żadnych wstępnych sygnałów, iż coś się w funkcjonowaniu partii zmienia. Nawet wręcz przeciwnie – wcześniej partyjne doły miały aż nadto dowodów, iż zasady gry są obustronnie akceptowane. [srodtytul]Rozwiązany Konstancin[/srodtytul] Koło w Sopocie, które ma zostać – po demonstracyjnym opuszczeniu go przez Tuska – rozwiązane, nie będzie pierwszą partyjną strukturą, którą spotka ten los. Mniej więcej rok temu mazowiecka PO rozwiązała koło w podwarszawskim Konstancinie (miejscowość, bez wdawania się w szczegóły, w bardzo specyficznej sytuacji ekonomicznej). Tamto wydarzenie było jednak zupełnie niepodobne. Koło w Konstancinie było dziełem lokalnych społeczników, którzy rozmaite inicjatywy obywatelskie prowadzili tam od kilkunastu lat, aż w końcu dostrzegli w powstającej PO siłę polityczną sprzyjającą działaniom podobnych im lokalnym "nawiedzonym". Jedną ze wspomnianych inicjatyw była tzw. wszechnica obywatelska, cykl otwartych spotkań z ludźmi reprezentującymi różne środowiska i spojrzenia. To właśnie stało się pretekstem do rozwiązania koła. W ustnym uzasadnieniu (oficjalnego w ogóle nie było) poseł Kidawa-Błońska poinformowała przedstawicieli likwidowanej struktury, że PO nie może firmować spotkań z takimi ludźmi jak Semka, Wildstein czy Ziemkiewicz. Był to oczywiście tylko pretekst; jeszcze tego samego dnia (!) PO powołała w Konstancinie nowe koło, zdominowane przez grupę ludzi związanych z tym szczególnym rodzajem przedsiębiorczości, która nie tworzy nowych jakości, ale czerpie z parcelowanej sfery publicznej. Historię przytaczam tu, bo jest niezwykle charakterystyczna. Otóż stopniowe zdominowanie struktur partyjnych przez ludzi, którzy kierują się chęcią poprawienia swojej osobistej sytuacji, wynikło nie tylko z uwarunkowań systemowych, ale ze świadomej polityki partyjnych przywódców, którzy na takich właśnie ludziach postanowili się opierać. W poprzedniej kadencji obserwowałem podobny proces stopniowego "wypłukiwania" ze społeczników lokalnych struktur PiS, gdzie konsekwentnie zastępowano ich zaufanymi ludźmi posłów będących blisko Jarosława Kaczyńskiego. PO ten proces rozbudowywania dworu prezesa w dół przyśpieszyła, tworząc narzędzie do nagradzania tych samorządów, w których przyniósł on pożądane skutki – rozdział pieniędzy na boiska i drogi lokalne. Nikt szczególnie nie dziwił się temu, że budowa lokalnych dróg, zamiast Ministerstwu Infrastruktury podporządkowana została ministrowi spraw wewnętrznych, bo każdy wiedział, że minister ów pełni w partii rządzącej kluczową rolę i że można sparafrazować powiedzonko sprzed lat: "kto nie z Grzesiem, tego zniesiem". [srodtytul]Polska zyskuje[/srodtytul] Angażowanie się w biznes w partii, której korzenie sięgały Kongresu Liberalno-Demokratycznego, nie mogło być i nie było postrzegane nigdy jako przeszkoda w działalności politycznej. A sposób, w jaki objąwszy władzę przejmowała ona "konfitury" w spółkach Skarbu Państwa i samorządach, nie dawał powodów do podejrzeń, że nowa władza zamierza zmieniać panujące dotychczas w naszej polityce obyczaje. Te zaś były takie, że poseł "w cywilu" zarabiający na imporcie gaśnic robił interes życia na napisanej i wylobbowanej przez siebie ustawie nakazującej obowiązkowe kupno gaśnicy każdemu kierowcy, a poseł będący współwłaścicielem sieci sklepów średniopowierzchniowych załatwiał wejście w życie ustawy forującej jego sklepy kosztem hipermarketów. I nikogo w klasie politycznej to szczególnie nie dziwiło, istniała wręcz cicha umowa, by sobie takich przypadków nawzajem nie wytykać. Pokazowa egzekucja senatora Misiaka i partyjny nakaz odcięcia się od prezydenta Sopotu wprawiły więc wielu działaczy partii w bolesne zdumienie. Obsadzanie list do europarlamentu spadochroniarzami, choć niekiedy bardzo przykre, dało się zracjonalizować – nazwiska znane z telewizji to nadzieja na znacząco lepszy wynik. Ale uderzanie przez lidera w wiernych podwładnych wielu oceniło jako skrajną nielojalność i złamanie niepisanej umowy. Niejeden działacz ma powody obawiać się znalezienia w podobnej sytuacji, jaka stała się udziałem Misiaka czy Karnowskiego, i za oczywiste uważa, że gdyby zdarzyło mu się równie nieszczęśliwie dostać na celownik mediów (w tych środowiskach zresztą, bez względu na przynależność partyjną, powszechna jest niewiara, aby dziennikarze dobierali się do kogoś sami z siebie, bez politycznej inspiracji), to należy mu się ze strony własnej partii, a zwłaszcza jej liderów, obrona. Po to jesteśmy razem, żeby w podobnych sytuacjach stawać murem jeden za drugiego. Tymczasem nietrudno usłyszeć dziś głosy (oczywiście z zastrzeżeniem absolutnej anonimowości): my tu na dole robimy wszystko, co do nas należy, a potem szef dla taniej popularności, dla PR, wali nas w łeb i rzuca na pożarcie! Oczywiście, dopóki partia mocno trzyma się u władzy, szybuje wysoko w sondażach popularności, nie przełoży się to na nic więcej niż szemranie. Ale krótka historia III RP pokazuje nam, że od oszałamiającego sukcesu do poważnych problemów bywa bardzo blisko. Teoretycznie jest możliwe, że Tusk, odcięty od partyjnych dołów przez przybocznych i zapatrzony w prezydenturę, nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo naraża się swemu politycznemu zapleczu. Wydaje się to jednak mało prawdopodobne. Bez względu na motywy, z jakich się na to zdecydował, Polska na jego narażaniu się zyskuje.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA